Do Hogwartu przybywa tajemnicza dziewczyna. Nikt nie wie, kim jest, skąd przybywa ani co jej się stało. Wydaje się, że jej podejrzane zachowanie zauważa tylko Robin. Czy Dumbledore na pewno dobrze zrobił, wpuszczając dziewczynę do zamku?
Gabinet dyrektora wyglądał zupełnie inaczej, niż go sobie wyobrażała Robin. Spojrzała na srebrne instrumenty ustawione na niewielkich stolikach, po czym przeniosła wzrok na Tiarę Przydziału, która nuciła coś pod nosem - chyba nawet nie zauważyła obecności dziewczyny. Ostatecznie jej uwagę przykuł piękny ptak o piórach w barwach złota i czerwieni. Feniks. Symbol nieśmiertelności. Gdzieś już czytała o tych ptakach. Podobno feniksy potrafią odrodzić się z popiołów. Zmarszczyła czoło, próbując sobie wyobrazić takie zjawisko. Stworzenie wpatrywało się w nią z zaciekawieniem i nagle zatrzepotało skrzydłami. Robin uśmiechnęła się do niego smętnie. Uwierz, nie chciałbyś być teraz w mojej skórze.
- Ma na imię Fawkes - odwróciła głowę i ujrzała przed sobą Dumbledora.
Ku jej zdziwieniu wcale nie wyglądał na złego lub zawiedzionego. Podążając za nim do gabinetu Robin nie mogła nic odczytać z beznamiętnej twarzy dyrektora. Teraz jednak wydawał się jak zawsze spokojny i nawet w dość dobrym humorze. Uśmiechnął się do niej i usiadł przed swoim biurkiem. Robin poczuła na swoim ciele gęsią skórkę. Zaczęła się niespokojnie wiercić w swoim siedzeniu, zastanawiając się jaka kara ją teraz czeka. Spojrzała na niego z wyczekiwaniem. Obleciał ją strach. Miała nadzieję, że jeszcze nie wyczytał z jej twarzy, jak bardzo jest zestresowana.
Zapadła cisza. Dumbledore dziwnie się jej przyglądał, jednak nic nie powiedział. Milczenie, jak i baczne spojrzenie dyrektora powoli zaczynało wytrącać Robin z równowagi.
- Panie profesorze? - zaczęła nieśmiało.
- Rozumiem, że zechcesz mi teraz wyjaśnić, co cię skłoniło do tych nocnych wędrówek?
Przełknęła ślinę i wyprostowała się. Z jego głosu nie można było odczytać żadnych emocji. W głowie zaczynał jej się robić mętlik. Mimo to wzięła głęboki oddech i odchrząknęła.
- Panie profesorze - powtórzyła, tym razem trochę głośniej. - Wiem jak to wygląda. Dziś, przed Wielką Salą, a teraz jeszcze to, ale zapewniam pana, że nie mam nic wspólnego z tą dziewczyną, ja tylko...
- Panno Ronweals - przerwał jej. - Nikt nie podejrzewa, że ciebie i JĄ może cokolwiek łączyć.
Robin odetchnęła z ulgą, pomimo że wciąż wisiała nad nią kara.
- Aczkolwiek zastanawiam się, czemu zainteresowałaś się tą dziewczyną na tyle, żeby złamać reguły - wstał i zaczął chodzić po gabinecie. Wszystkiemu wciąż przyglądał się Fawkes.
- To nie tak - odparła ostrożnie.
Rozejrzała się nerwowo wokół siebie. Co "nie tak", Robin, niby co? Dumbledore zniknął gdzieś na tyłach pomieszczenia, jednak dziewczyna dobrze wiedziała, że dyrektor nadal ją słucha. Spojrzała na swój kciuk, który wyglądał już jak sto nieszczęść.
- Byłam ciekawa. Albo przerażona. Być może jedno i to drugie. Ta dziewczyna, kim ona jest? Była w potwornym stanie.
Słowa popłynęły z jej ust niekontrolowanie. Nie chciała kłamać. Po chwili ponownie ujrzała dyrektora. Robin dostrzegła jego zmęczenie. Oczy miał podkrążone jeszcze bardziej niż zazwyczaj, trochę się garbił - czego zazwyczaj nie robił. Nawet jego oczy wołały o odpoczynek. Musiał ostatnio okropnie ciężko pracować.
- To prawda. I niestety, wygląda na to, że sama sobie tych krzyw nie wyrządziła - utkwił swoje spojrzenie w czymś odległym, niewidocznym dla Robin. - Wszyscy się zastanawiamy, kto jest sprawcą. Osobiście, sam mam pewne podejrzenia... - zaczął, jednak urwał, jakby przypominając sobie, że rozmawia jedynie z uczennicą. - To znaczy, każdy snuje swoje domysły, jednak to nic nie da. Nie musisz się już o nią martwić, Robin. Wszystkim się zajmę, obiecuję. A teraz wracaj do swojego dormitorium i proszę cię, nie wychodź nigdzie więcej.
Dziewczyna pokiwała głową i powoli wstała, kierując się do drzwi. Coś ją jednak powstrzymywało.
- Co cię trapi? - usłyszała za plecami i przygryzła wargę. Odwróciła się po krótkim namyśle.
- No więc, kiedy już tam byłam, w tym skrzydle szpitalnym, zdarzyło się coś - próbowała znaleźć jakiekolwiek pasujące określenie – dziwnego.
- Dziwnego – zmarszczył czoło. - Co masz na myśli?
- Kruk - wyrwało jej się, chociaż chciała już porzucić temat. - Był tam kruk. Ale zjawił się tam nagle. A-a potem zniknął, ale dopiero jak, no, TO WSZYSTKO ustało.
- Robin, co się tam stało?
Nie odpowiedziała. W kilku krokach dostała się do posągu chimery i rzucając niewyraźnie "Do widzenia", zbiegła po schodach. Przed oczami stanęły tamte obrazy. Kruk. Dziewczyna. Głos. Śmiech. Kruk. Najbardziej to właśnie ten ptak ją niepokoił. Nie potrzebnie, to tylko ptak. Zamknęła oczy i oparła się plecami o chłodny mur. Była pewna, że ma je podrapane. W końcu puściła swój nadgarstek i obejrzała ranę. Wyglądało to jeszcze paskudniej, niż się spodziewała. Tym bardziej z ogromnym trudem zniosła widok krwi. Zauważyła, że jest strasznie roztrzęsiona. Nie chciała już nawet myśleć, jak to mógł odebrać Dumbledore. Nie chciała w ogóle myśleć o tym, co się stało tej nocy i nie chciała już nigdy w życiu widzieć tej dziewczyny. Skierowała się do wieży Ravenclawu. Tak, łóżko i sen, teraz tylko na te dwie rzeczy miała ochotę.
Idąc pustymi, ciemnymi korytarzami wszystko wydawało się Robin lekko... przerażające. Zresztą nic dziwnego, to tak jak po obejrzeniu strasznego filmu znaleźć się samemu w ciemnym pokoju - wtedy nawet lampa wygląda potwornie. Spróbowała dodać sobie otuchy, w myślach nucąc jakąś melodię. Dopiero po chwili zaczęła się zastanawiać nad tym, skąd ją w ogóle zna. Nie wiedziała.
Nagle usłyszała echo dwóch kłócących się ze sobą głosów. Pierwszy Robin rozpoznała od razu. Nie miała wątpliwości, że to profesor McGonnagal. Za to drugi należał do...
- Rick! Choć raz mnie wysłuchaj i przestań wszystkich obwiniać!
- Przecież słucham! A co ze mną? Czy ja tu już nie mam nic do powiedzenia? Jak zawsze, mieszacie się w moje życie bez mojej zgody i robicie z nim co chcecie.
- Wysłuchaj DO KOŃCA. To jest decyzja wspólna.
Robin zatkało. Co Rick robił tu w środku nocy, razem z profesor podczas gdy powinien już dawno spać w lochach Hufflepuffu? Wytężyła słuch i poszła w kierunku źródła głosów. W końcu doszła do rozwidlenia korytarzy. Przylgnęła do chłodnego muru, prawie przy samym rogu ściany. Teraz już wyraźnie słyszała ich rozmowę, w końcu stała tuż obok.
- Decyzja! Kto niby o tym decydował, bo ja oczywiście nie brałem w tym udziału - ton jego głosu świadczył, że jest wyraźnie rozwścieczony. Zapadło milczenie.
Robin jeszcze nigdy go takiego nie słyszała. Nie było to już aroganckie burczenie pod nosem, w żadnym stopniu nie przypominał też tego miłego chłopca, który powitał ją wczoraj przed Wielką Salą. Ten chłopak ma naprawdę wiele twarzy. Po chwili dało się słyszeć ciche westchnienie.
- Proszę cię, nie krzycz. Jest już cisza nocna - powiedziała w końcu McGonnagal, która wyraźnie siliła się na spokojny ton (mimo, że nie do końca jej to wychodziło).
- Nie krzycz? Naprawdę? Jeszcze przed chwilą ci to nie przeszkadzało...
- Rick, opanuj się, chłopie! Mógłbyś się wreszcie zachować trochę przyzwoiciej?! To nie są żarty, z tym trzeba coś zrobić! Twoi rodzice również są tego samego zdania - ostatnie zdanie wypowiedziała już ciszej.
- Przestań wszystkich do tego mieszać!
- Cóż, z tobą się dogadać nie da.
- Bo nikt mnie nie słucha!
- Bo nie próbujesz zrozumieć innych! Liczy się dla ciebie tylko to, co ci pasuje.
- Och, naprawdę? Bo mi się wydaje, że jest na odwrót.
Po głowie Krukonki chodziło teraz tysiące pytań. Nie chciała podsłuchiwać. Wiedziała, że nie powinna. Jednak jej ciekawość po raz kolejny wzięła górą. Już od dziecka taka była, zawsze chciała wiedzieć wszystko o wszystkich. Mówią, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła, jednak ta cecha towarzyszyła jej praktycznie od zawsze i najwyraźniej nie chciała jej opuścić Robin nigdy nie należała do tych plotkujących dziewczyn. Informacje, których się dowiadywała zawsze zachowywała dla siebie. Ale to był Rick... wydawał się bardzo miły (a przynajmniej wtedy). Jak by zareagował, gdyby się dowiedział, że właśnie narusza jego prywatność. Chociaż z drugiej strony to niej była jej wina, że nie znaleźli jakiegoś ustronniejszego miejsca do prywatnych rozmów. A może jednak była?
- Mógłbym w czymś pomóc?
Dziewczyna aż podskoczyła i domyślała się, że podobnie na skrzeczący głos Filcha zareagowali również Rick i McGonnagal. Zapadło niezręczne milczenie. Robin zbliżyła się do rogu ściany i lekko wychyliła głowę, tak aby zobaczyć całą trójkę. Twarz Filcha zastygła w złowieszczym uśmiechu, co sprawiało, że wyglądał jeszcze bardziej nieprzyjemnie niż zwykle. Profesor McGonnagal co chwila spoglądała to na woźnego, to na Ricka. On za to odwrócił wzrok i utkwił swoje spojrzenie w czymś niewidocznym dla reszty. Jego mina nie zdradzała żadnych uczuć bądź emocji.
- Nie, Argusie - wydusiła nagle McGonnagal. - Po prostu odprowadzałam tego ucznia z powrotem do jego dormitorium.
- Czy chłopak sprawia kłopot? Z chęcią bym pomógł, mogę zabrać go...
- Nie trzeba - przerwała mu. - To sprawa... prywatna.
Wytrzymała podejrzliwe spojrzenie Filcha, po czym złapała Ricka z rękaw szaty i po chwili obydwoje zniknęli w ciemnościach zamku. Woźny mruczał coś jeszcze pod nosem, ale Robin już tego nie słyszała. Szybkim krokiem, prawie że biegiem udała się do swojej wieży. W głowie huczało jej od przeróżnych myśli. Kładąc się do swojego łóżka była pewna, że długo nie będzie mogła zasnąć, jednak gdy poczuła miękką, wygodną pościel oczy same jej się zamknęły, a po paru chwilach już głęboko spała.
Na śniadanie przyszła dziesięć minut przed rozpoczęciem się lekcji. Zaspała, obudził ją dopiero jej kot, Merlin, siadając na niej i machając przed jej twarzą swoim puszystym, czarnym ogonem. Zmęczona, usiadła przy stole Krukonów i nalała sobie trochę soku. Sala była już prawie pusta, jedynie nieliczni uczniowie rozmawiali ze sobą, dojadając śniadanie i zbierając się na lekcje. Spojrzała na swój plan lekcji. Pierwszą dziś miała transmutacje. Od razu pomyślała o profesor McGonnagal oraz o jej kłótni z Rickiem. Nie miała pojęcia, o co im chodziło, ale nie mogła przestać o tym myśleć. Było do przewidzenia, że Rick raczej nigdy by jej nie powiedział - było to wręcz niemożliwe. Może jednak mogłabym z nim porozmawiać i dowiedzieć się czegokolwiek. Spojrzała na jedzenie i stwierdzając, że nie jest głodna wstała od stołu i skierowała się do sali od transmutacji.
Na lekcji profesor McGonnagal nie dawała po sobie poznać, że cokolwiek stało tej nocy. Pomimo bacznych obserwowań Robin nie udało się zauważyć żadnego znaku na twarzy nauczycielki, że coś jest nie tak. Tą lekcje miała z Puchonami, ale Rick się nie pojawił. Puste miejsce dwie ławki przed nią wydawało jej się strasznie rzucać w oczy. Na kolejnych lekcjach również go nie spotkała, nie było go też w bibliotece. Robin, już trochę zirytowana w końcu dała sobie tego dnia spokój. Usiadła na tyłach biblioteki, wśród regałów zapełnionych książkami, aby spokojnie odrobić prace domowe. Jak się później okazało Rick nie przyszedł też do Wielkiej Sali na obiad. Jakby wyparował.
- Hej, widzieliście może Ricka... tak, tego Puchona z piątej klasy? - spytała Krukonów siedzących obok.
Połowa popatrzyła na nią pytającym wzrokiem, nadal nie kojarząc nikogo takiego. Reszta wzruszyła ramionami.
- Świetnie - mruknęła ironicznie do swojego talerza.
Po zjedzeniu szybko odeszła od stołu i wyszła na błoniano ter. Odetchnęła świeżym powietrzem. Przez chwilę nawet czuła się dobrze, ale jej myśli po raz kolejny powróciły do skrzydła szpitalnego. Teraz wydawało się to Robin jedynie złym koszmarem. Chciałaby wierzyć, że to był tylko zły sen. Tylko po co miałaby się oszukiwać?
Usiadła na brzegu jeziora, wpatrując w płaską taflę wody i w powoli zachodzące słońce. To wszystko nie miało sensu. Na pewno niczego sobie nie wyobraziła ani nie przesadziła. Jej rana opuchła, a krew zastąpił nieciekawie wyglądający strup – jak przy użyciu jedynie rąk można zrobić coś takiego? - swoich pleców jeszcze nie oglądała. Pomyślała o tamtym wspomnieniu, które ją wtedy nawiedziło. Już od dawna o tym nie myślała, starała się po prostu zapomnieć. Na samą myśl o tamtym dniu czuła się okropnie. Upokorzona. Dlaczego tak zareagowała? Nikt nie przeraził się tak jak ona. Wyszła na tchórza. I pomimo że większość już praktycznie zapomniała o tamtej lekcji, ją wciąż dręczyło to poczucie słabości. Poza tym to od tego zaczęły się jej ataki paniki.
- W porządku, Robin? Co ci się stało w rękę?
Wyrwana z zamyśleń, gwałtownie się odwróciła i wytrzeszczyła oczy - stał przed nią Rick. Patrzył się na jej dłoń, za którą wciąż się trzymała. Robin pospiesznie opuściła swój rękaw szaty, starając się zrobić minę mówiącą "To nic takiego.".
- Ja - rozejrzała się w okół i zobaczyła kilku uczniów wracających z powrotem do zamku. Teraz zostali tu sami - potknęłam się.
- Nie żebym był specjalistą, ale to nie wygląda, jakbyś się potknęła - spojrzała na niego, na jej twarzy znów widniał spokój, jak wcześniej oraz zmartwienie.
W co ty ze mną pogrywasz?
- Trzymałam w ręku widelec - dodała pospiesznie, nie zastanawiając się nawet nad tym, co mówi - to było w Wielkiej Sali. Przepraszam, muszę już iść.
- Poczekaj - złapał ją za rękę, nieświadomie w miejscu rany i Robin musiała ugryźć się w język, żeby nie zawyć z bólu.
Wyszarpnęła się z jego uścisku i ponownie spojrzała mu w oczy. Jeszcze nigdy nie widziała tak dziwnego odcieniu zieleni. Robin wyczytała z nich zaniepokojenie i troskę. Tylko dlaczego akurat ona?
- Słuchaj - zaczął trochę niepewnie. - Nie było mnie dzisiaj na lekcjach.
- Zauważyłam.
- No więc... mogłabyś mi podać lekcje? Będzie trochę słabo, jak przyjdę jutro nieprzygotowany.
Robin dostrzegła, że to nie był główny powód, żeby się z nią spotkać. Widać, że to tylko wymówka.
- Jasne, czemu nie? - uśmiechnęła się przyjaźnie. - Biblioteka powinna jeszcze być otwarta.
Dowiem się, o co wtedy chodziło.
Na wstępie: poszukaj sobie Bety, bo wyłapałam trochę niedociągnięć. Braku literki, zła końcówka wyrazu. Poprawiłam, bo nie było tego dużo, ale zawsze można poprawić przed wysłaniem i złapać więcej punktów.
Oczy -> Garb -> Oczy. Bądź konsekwentna, a nie przeskakuj z garbu na oczy ; )
Ogólnie opowiadanie całkiem mi się podoba i chyba w wolnej chwili przeczytam wcześniejsze części.