Do Hogwartu przybywa tajemnicza dziewczyna. Nikt nie wie, kim jest, skąd przybywa ani co jej się stało. Wydaje się, że jej podejrzane zachowanie zauważa tylko Robin. Czy Dumbledore na pewno dobrze zrobił, wpuszczając dziewczynę do zamku?
Robin w milczeniu przyglądała się kartkom zapełnianym przez pochyłe pismo Ricka. Siedzieli na tyłach biblioteki, pogrążeni w ciszy. O tej porze większość już przerywała naukę lub ewentualnie kończyła ją w swoich dormitoriach. Otoczeni dziesiątkami regałów, z czego każdy był zapełniony po brzegi książkami, Robin nie mogła powstrzymać zachwytu. Głównie były to stare księgi, każda z nieco już zatartymi tytułami wypisanymi na grzbietach. Dziewczyna, odkąd nauczyła się czytać, z książkami lubiła spędzać całe dnie, a nawet i noce. Nie ograniczała się do jednego gatunku, sięgała po poezję i literaturę piękną, jak i podręczniki historyczne i naukowe. I pomimo że - jak większość w jej wieku - nie przepadała za siedzeniem w dusznej klasie i słuchaniem nudnego wykładu lub pisaniem większych wypracowań i innych prac domowych, sama nauka sprawiała jej przyjemność.
- Robin? Hej, słyszysz?
Czyjaś ręka zamachała jej przed oczami. Uniosła wzrok i ujrzała piękne, brązowe oczy. Rick wpatrywał się w nią z lekkim rozbawieniem, co wprawiło ją w zakłopotanie. Nerwowo odchrząknęła, powracając do rzeczywistości.
- Hm? Przepraszam, zamyśliłam się.
- Nic nie szkodzi. - Rick zaśmiał się lekko. - Zdradzisz, o czym myślałaś?
Nagle do Robin dotarło, że jeszcze nie spytała go o tamtą noc. [i]Nie powinnaś wtykać nosa w nie swoje sprawy.[/i] Dobrze jednak wiedziała, że nie zdoła już siebie przekonać.
- O niczym ważnym. - Zbyła go, próbując wymyślić jakieś sensowne i odpowiednie pytanie. - Wiesz, chyba powinniśmy już zacząć ćwiczyć transmutację, bo McGonagall nie zamierza nam odpuścić w tym roku... - Na dźwięk samego nazwiska profesor na jego twarzy pojawił się ledwie widoczny grymas, a Robin z trudem powstrzymała się od wykrzyknięcia "Ha! Wiedziałam, że coś jest na rzeczy!".
- Czyli nic nowego - mruknął ściszonym głosem.
- Nie lubisz jej? Znaczy, jako nauczyciela.
- Powiedzmy, że transmutacja nie jest moim ulubionym przedmiotem.
Oboje zamilkli i siedzieli tak w niezręcznej ciszy. Po chwili Rick wstał i zaczął zbierać swoje rzeczy.
- Do zobaczenia, Robin. - Uśmiechnął się (choć jego uśmiech wydał się Robin trochę wymuszony) i odszedł, a niedługo po nim dziewczyna również wyszła z biblioteki.
W łazience było jeszcze pusto, jako że Robin zawsze przychodziła wcześniej. Szorując zęby, intensywnie wpatrywała się w swoje odbicie w lustrze. Włosy jak zwykle - choćby czesała je całymi dniami - wyglądały na rozczochrane. Odłożyła szczoteczkę i spięła swoje kasztanowe loki w kucyk. Była strasznie blada. Od zawsze miała dość jasną karnację, ale teraz wyglądała aż na chorą. Jej oczy były mocno podkrążone. Nabrała sobie wody do ust, która po chwili wylądowała w zlewie. Dziś powinna się wyspać. Jednak nadal nie mogła wyrzucić z głowy jej odwiedzin w skrzydle szpitalnym. Co było z nie tak z tą dziewczyną? Jest opętana? Trudno było właściwie wyjaśnić, co tam się stało. Robin przymknęła oczy, wsłuchując się w swój oddech. Niepokojąco nierówny. Wyjęła z kieszeni niewielkie opakowanie i zażyła dwie tabletki. [i]Jeszcze jedna nie zaszkodzi[/i]. Ale czy na pewno? Wprawdzie w swoim kufrze trzymała jeszcze kilka paczek, jednak powinny wystarczyć jej do aż do ferii... Oczami wyobraźni ujrzała tą przerażającą twarz dziewczyny. Z trudem przełknęła trzecią tabletkę, prawie się dławiąc. Pomyślała o swoich podrapanych plecach. Po czwartej schowała opakowanie. Nie powinna brać tyle na raz, może mieć potem mdłości lub - jak twierdził lekarz - dość silne bóle głowy i brzucha, w zależności od ilości. Wyszła z łazienki i udała się w stronę schodów. Na korytarzach paliły się jeszcze pochodnie, a mimo to Robin czuła lekki niepokój (lekarstwa jeszcze nie zaczęły działać). Nagle usłyszała jakiś dźwięk za plecami. Wydawało jej się? Odwróciła się i spojrzała w dół. U jej stóp usiadł Merlin, głośno miaucząc.
- Wystraszyłeś mnie, mały! - Uśmiechnęła się do niego.
Merlin towarzyszył jej w Hogwarcie już od pierwszej klasy. Przez te wszystkie lata był jej najbliższym przyjacielem. Schyliła się, aby wziąć go na ręce, a wtedy zauważyła trzy ślady rozcięcia na jego brzuchu. Przysunęła zwierzę do siebie, ale Merlin zaczął się wyrywać.
- Kto ci to zrobił? - szepnęła, nieco skołowana. Próbowała utrzymać Merlina, ale ten ugryzł ją w rękę i uciekł. - Hej, wracaj tu!
Stała bez ruchu na środku korytarza. Merlin był mistrzem kamuflażu. Zawsze, gdy nie chciał być znaleziony, nikt nie miał pojęcia, gdzie on jest. Pojawiał się i znikał kiedy chciał i gdzie chciał. Mimo to ruszyła go szukać. Do ciszy nocnej było jeszcze trochę czasu, a ona nie miała ochoty spędzać go na domyślaniu się i przypuszczaniu, gdzie jest jej kot.
Szła szybkim tempem, rozglądając się wokół. Od czasu do czasu próbowała go przywołać, jednak Merlina albo nie było, albo nie miał zamiaru do niej wyjść.
- Ee, przepraszam. - Przystanęła przy jednym z obrazów. - Widziałeś tu gdzieś w pobliżu jakiegoś kota?
Mężczyzna, wyglądający na nie więcej niż trzydzieści lat, spojrzał na nią z uniesioną głową. Siedział na czerwonej, eleganckiej kanapie, a w rękach trzymał białego kota o puszystym futrze. Pomieszczenie, w którym przebywał, miało ciepłe barwy, a ogień w kominku obok płonął, będąc jedynym źródłem światła. Robin, wychowaną w świecie mugoli, zawsze intrygowały ruszające się obrazy, choć już dawno powinna się do nich przyzwyczaić.
- Cóż za głupie pytanie. Nie widzisz, kto mi siedzi na kolanach? - zapytał śmiesznie wysokim tonem głosu, obrzucając Robin znieważającym spojrzeniem.
- Chodzi o kota tutaj, w zamku.
- Ach, no tak, jeden właśnie tędy przebiegał. Sir Valentino nie był z tego zadowolony, zresztą ja również jestem przeciwny takiemu zachowaniu. Trochę szacunku dla tego zamku, w końcu to nie jest zoo! - mówił wyniosłym i trochę irytującym głosem. Robin przyjrzała się mu dokładniej; miał niewielką kozią bródkę i trochę czarnych, choć łysiejących włosów.
- Sir Valentino?
- Mój kocur oczywiście, który w przeciwieństwie do twojego jest wychowany.
- Merlin też jest wychowany - obruszyła się. - No więc wiesz, gdzie pobiegł? - dodała zniecierpliwiona.
- Prosto przed siebie, jakby przed kimś uciekał. Prawdę mówiąc, nie dziwię się jemu, jakbym ja miał taką właścicielkę...
Krukonka obrzuciła go wściekłym spojrzeniem i pobiegła wzdłuż korytarza, który prowadził do wieży astronomicznej. Miała jedynie nadzieję, że Merlinowi nie stało się nic poważnego. Pięła się schodami w górę, aż doszła na sam szczyt i ujrzała uchylone drzwi. Weszła do okrągłego pomieszczenia. Tuż przy niej siedział skulony w kłębek kot z tymi swoimi wielkimi oczami. Uśmiechnęła się do niego przyjaźnie i wyciągnęła dłoń. Merlin mruknął cicho i pochylił łepek, a Robin usiadła przy nim i zaczęła go głaskać. Potem powoli wzięła go na ręce, dzięki czemu w końcu mogła obejrzeć jego brzuch. Rany nie były głębokie, chociaż na futrze wokół widać było ślady krwi. Przyciągnęła zwierzę do siebie i mocno przytuliła.
- Jutro pokażemy to Hagridowi, dziś jest już za późno, aby wychodzić z zamku - powiedziała, próbując uspokoić i Merlina, i siebie. - No choć, wracamy.
Podniosła się i już miała iść, kiedy zobaczyła coś na dole, na błoniach. Podeszła do jednego z rozłożonych teleskopów, odsunęła go na bok i wychyliła lekko głowę, chcąc spojrzeć w dół. Stąd widziała chatkę Hagrida, w której jeszcze paliło się światło, część Zakazanego Lasu i jezioro... a na jego brzegu stała jakaś postać. Robin nie widziała jej dobrze z tak dalekiej odległości. Złapała za teleskop będący najbliżej i skierowała go prosto na tę osobę. Stała tyłem do zamku, ale Robin widziała jej zarzucone do tyłu ciemne włosy, które sięgały do połowy pleców. Miała na sobie koszulę szpitalną, nogi były kompletnie bose. Dokładnie tak, jak wtedy. To była ona, ta dziewczyna! Nagle postać odwróciła się i Robin aż się wzdrygnęła, widząc twarz wykrzywioną w odrażającym uśmiechu, która - pomimo dzielących je odległości - zdawała się patrzeć wprost na nią.
Krukonka zamarła, ale już po chwili skierowała się w stronę schodów. Merlin, jak na zawołanie biegł tuż za nią. Dziewczyna czuła, jak mocno biło jej serce i nie było to spowodowane biegiem.
- Idź do mojego dormitorium i czekaj tam na mnie, zrozumiałeś? - powiedziała do kota, gdy tylko zeskoczyła z ostatniego stopnia.
Nie czekała na jego reakcję. Biegła w stronę ruchomych schodów, musiała się jak najszybciej dostać na błonia. Miała nadzieję, że Merlin przynajmniej teraz ją posłucha. Po drodze minęła portret tamtego mężczyzny z kotem, który coś do niej powiedział. Nie usłyszała go. W głowie huczała jej tylko jedna myśl: "Co teraz?". Z początku chciała pójść po Dumbledore'a albo kogokolwiek z nauczycieli, ale zajęłoby to za dużo czasu, ona mogłaby już dawno uciec. Modląc się, aby nie wpadła na żadnego z profesorów, minęła gabinet nauczycielski. Sięgnęła sprawdzić, czy ma przy sobie różdżkę i mocno zacisnęła palce na rączce.
Wybiegła na błonia. Na dworze było już ciemno, a księżyc i gwiazdy przysłaniały ciemne chmury. Wyjęła różdżkę spod szaty. Trzymała ją teraz sztywno przed sobą, zastanawiając się, co w ogóle chce zrobić. Obleciał ją strach, ale go zignorowała. Miała przecież różdżkę, a ta dziewczyna nic. Zatrzymała się przy brzegu jeziora, przygotowana, by w razie czego użyć zaklęcia Drętwota, jednak po dziewczynie zostały jedynie ślady stóp odbite na piasku. Robin poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Zdecydowanie wolałaby, aby dziewczyna stała teraz przed nią, niż gdzieś, nie wiadomo gdzie. I to w ciemnościach.
- Hej! - wydusiła z siebie, obracając się nerwowo wokół. - Kto tu jest?
Starała się cokolwiek dojrzeć, ale widziała tylko niewyraźne kształty. Celowała wyciągniętą różdżką prosto w ciemność. Nagle usłyszała czyiś głos. Poczuła, jakby ktoś wylał na nią wiadro lodowatej wody - to był śmiech, taki sam, który słyszała w skrzydle szpitalnym. Spojrzała na chwilę w stronę zamku. Wejście było oświetlone słabym światłem, które Robin wydawało się teraz bardzo odległe. Odwróciła się od jeziora i spojrzała przed siebie. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, jednak nadal nie widziała nic podejrzanego. Śmiech ucichł.
Nastała przerażająca cisza, którą Robin starała się nie zagłuszać nawet swoim oddechem. Obejrzała się za siebie i ujrzała niewielkiego kruka po drugiej stronie brzegu. Jego czarne oczy uparcie się w nią wpatrywały. Robin czuła, jak to spojrzenie wierci jej dziurę w brzuchu. Po chwili usłyszała za plecami świst powietrza, jakby ktoś przebiegł tędy z ogromną prędkością. Odwróciła się, mając już na końcu języka zaklęcie. Nikogo nie widziała. Gdy tak patrzyła się tępo przed siebie, usłyszała trzepotanie skrzydeł. Nawet nie musiała spojrzeć w tamtą stronę. Kruk w każdej chwili mógł nadlecieć. Czuła, jak paraliżuje ją strach. Starała się powstrzymać panikę, ale nie umiała. Wrócił potworny śmiech, ale tym razem Robin wydawało się, że dochodzi prosto z jej głowy. Syknęła z bólu - rana na nadgarstku nagle okropnie zapiekła. Ból był tak mocny, że aż zakręciło jej się w głowie. Krzyknęła. Poczuła jakby ktoś podpalał jej rękę. Opadła bezwładnie na kolana. Miała łzy w oczach, ale mocno zacisnęła oczy. Dlaczego to tak bolało? Ścisnęła drugą ręką miejsce bólu. Ugryzła się w język, żeby nie krzyknąć przed kolejną falą bólu, która była jeszcze większa od poprzedniej i już po chwili poczuła metaliczny smak krwi w ustach. Przez chwilę nic się nie działo, a Robin słyszała jedynie śmiech dźwięczący jej w uszach. Następnie otworzyła szeroko oczy, bo poczuła jakby coś ją ugryzło. Niczego przy niej nie było. Rana pulsowała bólem. Piekło. Czy ktoś polał jej rękę wrzątkiem wody? Dziewczyna nie zdołała tym razem powstrzymać krzyku. Zacisnęła usta, przyciskając dłoń do siebie. Łzy już dawno zalały jej całą twarz. Zamknęła oczy. Traciła przytomność i powoli wszystko zaczęło cichnąć, czuła jedynie ból. Walczyła, starając się nie zemdleć, ale było to wręcz niemożliwe. Cały czas uparcie otwierała oczy, jednak jej powieki zaraz po tym ponownie opadały. Wyglądało to, jakby oglądała film z brakującymi momentami. Pierwsza scena ukazywała piasek, na którym leżała, i kawałek jeziora. Druga uchwyciła w oddali czyjeś kościste nogi. W trzeciej i czwartej scenie stopy zbliżały się coraz bliżej, były już prawie przy niej. Piąta scena zaparła Robin dech w piersiach. Tuż przed nią pojawiła się trupio-blada twarz dziewczyny, która patrzyła się na nią swoimi nienaturalnie wielkimi, czarnymi oczami z krzywym uśmiechem na ustach. Szósta natomiast była już po części rozmazana. Krukonka widziała jedynie, jak dziewczyna podnosi palec do swoich ust, po czym wyciąga do niej rękę. Robin poczuła lodowate zimno na twarzy, a po chwili szorstka dłoń zamknęła jej powieki.
Chciałam przeprosić za błąd w poprzedniej części - pomyliłam się i napisałam, że Rick ma zielone oczy zamiast brązowe. Nie zauważyłam tego wcześniej.
Masz czasem błędny zapis dialogów, ale ogólnie bardzo ładnie i poprawnie piszesz, podoba mi się też Twój styl. Piszesz niby prosto, ale jest w tej prostocie coś, co uwielbiam. Bardzo łatwo mi się wczuć w klimat i w sytuacje, jakie opisujesz. Podoba mi się też to, że nie skupiasz się aż tak mocno na głównej bohaterce, nie robisz z niej super hero, Mary Sue ani innych, tandetnych postaci. Cały czas trzymasz nas w napięciu, nie wiadomo co się dzieje, ani o co chodzi.
Nie pasuje mi do końca próba Twojego wytłumaczenia, dlaczego Robin nie poszła po pomoc do nauczycieli. Ogólnie fajnie, że próbowałaś nam to jakoś wytłumaczyć, ale nadal nie wyszło to dla mnie realistycznie. Najpierw napisałaś, że to trwałoby za dużo czasu, a zaraz potem było, że modliła się, by nie wpaść na kogoś z profesorów. To w końcu chciała pomoc, ale bała się, że to będzie za długo trwało, czy nie chciała? ;>
I piszemy Dumbledore'a. Poza tym super. Czekam na dalszą część