Rekord osób online:
Najwięcej userów: 918
Było: 23.12.2025 07:55:01
Współpraca z Tactic Games
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Nieoryginalna, Klaudia Lind, Anastazja Schubert, Takoizu, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Więcej
Jak wyglądało życie Gauntów? Powstał film, który Wam to pokaże.
>> Czytaj Więcej
W sierpniu HPnetowicze mieli okazję spotkać się w Krakowie. Jak było?
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, louise60, Zireael, Aneta02, Anastazja Schubert, Lilyatte, Syrius...
>> Czytaj Więcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, Hanix082, Sam Quest, louise60, PaulaSmith, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Więcej
Każdy tatuaż niesie ze sobą jakąś historię. Jakie niosą te fanowskie, związane z młodym czarodzie...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpędu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Więcej
Cykl wierszy poświęcony Remusowi. :)
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpędu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna się nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjaciółkami ma pierwsze zajęcia i...
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna się nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjaciółkami ma pierwsze zajęcia i...
>> Czytaj Więcej
Ewa Potter
O pomocy i determinacji.
>> Czytaj Więcej
Nicram_93
Hermiona wraz z przyjaciółkami przybywa do Hogwartu, gdzie odbywa się uczta rozpoczynająca nowy r...
>> Czytaj Więcej




[P]Louise Lainey ostatnio widziano 17.12.2024 o godzinie 15:44 w Błonia
Valerie Adams ostatnio widziano 02.07.2023 o godzinie 13:40 w Stacja kolejowa
Valerie Adams ostatnio widziano 27.06.2023 o godzinie 21:20 w Błonia
Valerie Adams ostatnio widziano 23.06.2023 o godzinie 16:46 w Sala transmutacji
Valerie Adams ostatnio widziano 22.06.2023 o godzinie 19:04 w VII piętro
Valerie Adams ostatnio widziano 12.06.2023 o godzinie 18:15 w Dziedziniec Transmutacji
Cudownie było widzieć jak jej twarz odzyskuje pełen koloryt. Policzki zaróżowiły się, a sińce rozjaśniły, chociaż wcale nie zniknęły. Nic w tym dziwnego. Pewnie nie spała całą noc. Ale największą zmianę przeszły jej oczy. Do tej pory przygaszone, odzyskały dawny, piękny zielony kolor, który tak mnie zauroczył na samym początku. To one były głównym powodem, dla którego do niej podszedłem. I dlatego, że miała na plecaku naszywkę z moim ulubionym zespołem.
Wyszliśmy z budynku komisariatu. Pogoda jakby odzwierciedlała nasze uczucia. Słońce leniwie toczyło się po błękitnym niebie, nie chowając się nawet na moment za chmurką. Odór spalenizny został zastąpiony uroczym zapachem skoszonej nieopodal trawy.
- Dzięki, że ze mną przyszedłeś. Przecież wcale nie musiałeś - odezwała się nagle.
- Daj spokój. To nic takiego. Cieszę się, że tak to się wszystko skończyło. A tak na marginesie, kim jest ten Eryk?
To pytanie padło z moich ust w sposób całkowicie niekontrolowany. Owszem, ciekawiło mnie to, ale - na gacie Merlina! - wcale nie powinno. Przecież ledwo ją znałem. Ale obchodziło, czemu dałem wyraz.
Zaśmiała się szczerze. Pewnie gdyby nie to, że czułem się zażenowany, poczułbym coś w rodzaju dumy.
- Eryk to narzeczony mojej siostry. Zapytałam o niego najpierw, żeby zyskać jeszcze trochę czasu.
- Aha.
Przestąpiłem nerwowo z nogi na nogę. Minął nas starszy pan z kotem na ręce. Zwierzę miało na sobie szelki, ale najwyraźniej nie podzielało entuzjazmu swojego właściciela do spacerów na czterech łapach.
- Odprowadzić cię do domu?
Drgnęła i nerwowo zaczesała włosy za ucho.
- Ej, nie zrozum mnie źle. Po prostu chcę być miły.
- Nie o to chodzi. Tylko... ja nie wiem gdzie mieszkam.
Wyraz zdziwienia na mojej twarzy musiał być wyjątkowo głupi, bo znów się roześmiała.
- Alice przeprowadziła się niedawno w zupełnie nieznaną mi część miasta. Byłam tam tylko raz i to tylko na chwilę. Prawie od razu pojechaliśmy do wesołego miasteczka. Nie zapamiętałam jeszcze adresu - wyjaśniła.
- A jakieś punkty orientacyjne? Jakiś sklep chociażby? Rzeźba, ulica?
Pokręciła głową, a ja głośno westchnąłem.
- To czeka nas długa wycieczka po mieście. Nie jestem najlepszym przewodnikiem, ale coś tam wiem. Może całkiem przez przypadek trafimy tam, gdzie powinniśmy
Spacerowaliśmy wzdłuż starej, zabytkowej uliczki. Było to naprawdę piękne miejsce, o ile doceniało się wiktoriański styl. Wiedziałem nieco o tym miejscu, gdyż moja babcia fascynowała się architekturą i często zabierała mnie tu na niedzielne spacery. Skończyły się dwa lata temu, kiedy odeszła, pozostawiając mnie w głębokim smutku. Od tej pory niedzielne popołudnia zazwyczaj spędzałem w domu.
Gadaliśmy o naprawdę głupich rzeczach ciesząc się, że katastrofa była już za nami. Dowiedziałem się trochę o jej przeszłości oraz o planach na przyszłość. Postanowiłem też opowiedzieć jej nieco o sobie. Zacząłem od pracy.
- Naprawdę?
- Poważnie. Pracowałem na zmywaku tylko przez wakacje, a mimo to zarobiłem na nową miotłę.
- Coś kręcisz - uznała rzeczowym tonem. Przyglądała się rzędowi starych kamieniczek. Mimo że rozglądała się uważnie, wiedziałem, że mnie słuchała.
- Wiesz, normalnie by mi się nie udało, ale świat jest o wiele łatwiejszy, gdy masz w spodniach różdżkę.
Mój prymitywny, dwuznaczny żart nie zrobił na niej szczególnego wrażenie. Wyglądało na to, że grzecznie udawała, iż w ogóle go nie było. Odchrząknąłem i kontynuowałem.
- Gdy tylko ktoś wychodził, czarowałem i te wszystkie brudne gary myły się same. Byli ze mnie tak zadowoleni, że zwolnili dwójkę pozostałych pracowników, a ja dostałem znaczącą podwyżkę. I tak oto stałem się najlepszym zmywak-mistrzem. W dodatku z nową, lśniącą miotłą.
Spoglądała w dal, jakby nieobecna, pogrążona w myślach.
- Żałuję, że tylko Alice ma tę całą magię w sobie. Wasze życie faktycznie wydaje się dużo łatwiejsze. No i w Hogwarcie uczycie się rzeczy, które przydają się w życiu. Każde zaklęcie może kiedyś pomóc. A my? Do czego mi się przydadzą całki? Albo wiedza o tym jak rozmnaża się pantofelek?
- Co to jest pantofelek? Bo chyba nie mówimy o butach, prawda?
Rzuciła mi szybkie, ironiczne spojrzenie.
- Oczywiście, że nie. To takie żyjątka. Bardzo prymitywne.
Spróbowałem sobie wyobrazić takiego małego gumochłona. Uparcie przybierał jednak wygląd buta. Na domiar złego nałożyła się na to wizja rozmnażania.
- To też nie jest tak, że nam się wszystko przydaje. Runy czy wróżbiarstwo to całkowita strata czasu. Części eliksirów też nigdy nie powtórzę, bo i po co mi eliksir na zmianę metalu w ziemię? - rzuciłem. - Transmutacja, obrona przed czarną magią i zaklęcia, to ma sens. No i może zielarstwo i opieka nad zwierzętami. Warto wiedzieć co może cię zabić, a przy tym wyglądać uroczo.
Mijaliśmy właśnie budkę z lodami. Bez słowa odeszła i stanęła przed kontuarem. Zamieniła kilka słów z obsługującą dziewczyną i odwróciła się w moim kierunku. Nic nie powiedziała, tylko się przyglądała. W końcu złożyła zamówienie. Po chwili miała już w rękach dwa duże, śmietankowe lody. Wręczając mi go uśmiechnęła się szeroko.
- To w ramach podziękowania. Będę musiała kupić ci jeszcze dużo jedzenia żeby się odwdzięczyć.
- Przyjmuję również lakiery do miotły i sprzączki do witek. Ewentualnie karmę dla sów, mój Sparrow je zaskakująco dużo, jak na swoje rozmiary.
- O, masz sowę! Piękne ptaki. A wiesz, że wcale nie są takie mądre? Do pewnego stopnia tak, ale kruki są od nich zdecydowanie bardziej rozwinięte. I złośliwe - stwierdziła, a jej twarz wykrzywił grymas. Widocznie musiała mieć jakieś niemiłe wspomnienia z tymi ptakami. - Tak czy inaczej chciałabym urodzić się magiczna.
Nie za bardzo wiedziałem, co mam jej na to odpowiedzieć. Nic z tym nie mogła zrobić. Postanowiłem zająć się deserem.
- Poznaję ten sklep! - zawołała nagle. - Znaczy nie ten konkretnie, ale przypomniało mi się, że właśnie taki mijałam w drodze do mieszkania Alice. I to całkiem niedaleko.
Spojrzałem na szyld mając nadzieję na jakiś ekskluzywny sklep, który występował w góra trzech miejscach w Manchesterze. Niestety, była to miejscowa sieciówka, która zdecydowanie była w więcej niż trzech miejscach.
Wpatrywała się we mnie z nadzieją. Chciała usłyszeć, że wiem dokąd musimy iść.
- To niestety dużo nie dało, ale jest ich w pobliżu kilka. Odwiedzimy je, może to któryś z nich.
Wyraz zawodu szybko zniknął z jej twarzy. Sądziłem, że nic nie jest w stanie popsuć jej dziś humoru. Uszła cało z tragedii, jej siostra żyła. Całkiem szczęśliwy dzień.
- W porządku. Dochodzi dopiero trzecia. Mamy jeszcze kupę czasu.
Wyszliśmy zza rogu i poczułem jak łapie mnie za rękę, jednocześnie przytulając się do mojego ramienia. Zapewne zrobiła to całkowicie nieświadomie, ale i tak sprawiło mi to przyjemność.
- To tutaj! Na pewno. Pamiętam ten rower przypięty do płotu. Pewnie należy do jakiegoś pracownika.
Spojrzałem na rzeczony środek lokomocji i spróbowałem opanować kąciki ust, które same się podnosiły. Był cały odrapany, z wielkim butwiejącym koszem na bagażniku. Niewątpliwie był to rower jakiegoś menela. Niewielki parczek z kilkoma ławeczkami, który znajdował się na tyłach sklepu, tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu.
- Dokąd teraz? - zapytałem.
- Prosto, prosto, a potem w prawo. O! Widzę już nawet blok.
Rzeczywiście, górny fragment budynku prześwitywał przez konary drzew. Byliśmy prawie u celu.
Na szczęście klatka schodowa była otwarta i nie musieliśmy męczyć się z próbą przypomnienia sobie numeru mieszkania. Weszliśmy na drugie piętro i Amelia zapukała w jasnobrązowe drzwi. Mosiężna ósemka lśniła. Nikt nie otwierał, więc postanowiła zadzwonić. Odpowiedziała nam cisza.
- Pewnie poszli mnie szukać - westchnęła i usiadła na schodach prowadzących na górę.
Przytaknąłem, wpatrując się w zamek.
- Nie zatrzymuję cię. Tu już nic mi nie grozi, a bez sensu żebyś siedział bezczynnie na klatce. Pewnie masz inne zajęcia. Na pewno ciebie też ktoś szuka! Ojej, zupełnie o tym nie pomyślałam, przecież ty też masz rodzinę, która się o ciebie martwi!
Skoczyła na nogi i stanęła przede mną.
- Spokojnie, są na wakacjach w Chorwacji. Nic nie wiedzą o tym pożarze. Zresztą jeśli nawet, to raczej wątpię, aby pomyśleli, że mogłem tam być. Tak się więc składa, że mam masę wolnego czasu, a ty obiecałaś mi jedzenie.
Nie wyglądała na przekonaną, ale nie próbowała roztrząsać sprawy.
- Mieszkanie jest zamknięte.
Uśmiechnąłem się szeroko i wyciągnąłem z podręczny zestaw małych wytrychów, który sprezentował mi dziadek. Jej oczy zabłysły i na chwilę pojawiły się w nich wesołe ogniki.
Mugolskie zabezpieczenia nie stawiały większego oporu, szczególnie przy wykorzystaniu odpowiednich sztuczek. Zamek kliknął cicho i mogliśmy wejść.
Przedpokój był jasny, ale dość wąski. Poczucie osaczenia potęgowały jeszcze dwa stojące tam rowery, które zagradzały drogę. Musieliśmy wyminąć je, zachowując nadzwyczajną ostrożność, ponieważ jeden z nich opierał się leniwie o półkę, która z kolei wyglądała jakby miały to być ostatnie chwile jej życia.
Salon najwyraźniej był również jadalnią, bo niska ława stała w otoczeniu pufów, a na jej blacie leżały trzy nakrycia. Amelia widząc je, skrzywiła się. Przysiadła na fotelu ustawionym w kącie. Była spięta.
- Jedliśmy to wczoraj na obiad. Mieliśmy pozmywać wieczorem, gdy wrócimy.
Z początku nie wiedziałem o co jej tak właściwie chodzi. Dopiero po chwili dotarło do mnie co chodzi po jej głowie.
- Pewnie wpadli zdenerwowani, zobaczyli że cię nie ma i pobiegli szukać dalej. Może są na policji.
- Może...
- Daj spokój. Gdyby ktoś z twojej rodziny zaginął, to czy myślałabyś o zmywaniu naczyń?
Uśmiechnęła się, ale wesołość nie obejmowała oczu. Wstała z fotela i przeszła do pokoju, który najprawdopodobniej był sypialnią siostry. Nie poszedłem za nią, takie miejsca powinny zostać w sferze prywatnej. W dodatku na jednym z talerzy zostało trochę frytek, a ja byłem głodny. Zdążyłem je zjeść zanim wróciła. Miała jeszcze bardziej grobową minę i zaciśnięte usta. Bez słowa przeszła obok mnie i wyszła. Po chwili stanęła w progu.
- Nie było ich tu. Wszystkie rzeczy leżą tak jak wczoraj. Nic się nie zmieniło. Nic.
- Pewnie tylko ci się wydaje - zacząłem, wstając z miejsca. - Przecież nie zapamiętujesz każdej rzeczy.
- Nie było ich tutaj - oznajmiła z pewnością.
Ręce opuściła luźno wzdłuż boków, dłonie zacisnęła kurczowo na materiale spódniczki.
- Spokojnie, jest wiele sensownych wytłuma...
- Jakie?
Zaskoczyłem się jej nagłym wybuchem.
- Eeee... kręcą się koło miejsca pożaru i cię szukają. Są na komisariacie i niedługo wrócą, szczęśliwi, że nic ci nie jest.
- Albo ich ciała są tak spalone, że nie da się ich rozpoznać. Albo zamienili się w garstkę pyłu, więc nie nie ma nawet czego rozpoznawać.
Jej pierś falowała niespokojnie pod wpływem częstych, zbyt szybkich wdechów.
- Spokojnie. Usiądź, poczekamy chwi....
- Nie, nie będziemy czekać. Zbyt dużo czasu zmarnowaliśmy na te twoje wycieczki.
Od razu pomyślałem, że gdyby nie to, że nie znała adresu, wcale nie musielibyśmy urządzać tych wycieczek. Ale postanowiłem się zamknąć, bo powoli zaczynała mieć kolejny atak paniki. Tym razem najwidoczniej objawiał się byciem niemiłym i apodyktycznym.
- Nie musisz ze mną iść. Tylko mnie spowolnisz i będziesz próbował mnie przekonać, że nic im nie jest.
- Czy możesz mi w takim razie wytłumaczyć, jak zamierzasz się tam dostać?
- Zamówię taksówkę - stwierdziła jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Prychnąłem tylko. Ominęła mnie ze złością. Ściągnęła z kołka w przedpokoju kurtkę i wyszła z mieszkania.
- Możesz wyjść? Nie sądzisz chyba, że zostawię cię w mieszkaniu.
Ruszyłem się. Na dobrą sprawę dziewczyna zaczynała mi działać na nerwy i powoli chciałem ją opuszczać, pozwolić żeby pojechała tą cholerną taksówką. Skończyłoby się niańczenie. Ale nie potrafiłem. Przeżyliśmy razem chwile grozy, więc tak łatwo bym o niej nie zapomniał. Wyszedłem na klatkę schodową, a ona trzasnęła drzwiami...
... podłoga zatrzęsła się nagle. Złapałem się poręczy, ale czerwony plastik został mi w ręce i potoczyłem się pół piętra w dół. Bolało mnie całe ciało, ale po szybkich oględzinach doszedłem do wniosku, że nic nie jest złamane. Wstałem niezgrabnie. Znowu nastąpił wstrząs, ale tym razem byłem przygotowany. Oparłem się o ścianę i udało mi się ustać. Tynk posypał się z sufitu.
Amelia siedziała pod drzwiami wyraźnie przestraszona. Miała białawe włosy i przybrudzoną spódniczkę.
- Nie siedź tak! Wstawaj i uciekamy!
Z mieszkania obok mnie wypadła kobieta, krzycząc "wojna!". Sądziłem, że częściowo miała rację. Nie wiedziała jednak, przeciw komu się toczyła. Budynek zatrząsł się po raz kolejny. Dopiero teraz Amelia wstała i zbiegła po schodach. Dołączyłem do niej. Wypadliśmy na dwór i przebiegliśmy kilkanaście kroków po trawie. Tłum porwał nas w prawą stronę. Złapałem rękę dziewczyny, żeby jej nie zgubić i starałem się przedrzeć w kierunku ulicy. Ludzie wrzeszczeli, płakali, ale nade wszystko próbowali uciec przed czymś, co podążało za nimi.
W końcu udało się nam wbiec na jezdnię. Tłum był tutaj znacznie mniejszy. Pędząc naprzód, obejrzałem się za siebie. Za nami maszerowała armia Śmierciożerców.
BumSzakalaka dnia 23.05.2016 20:36
A więc tutaj plus. Kolejna rzecz opisy, opisy i opisy </3 Niesamowite! Jaa nie wiem jak ty to robisz, ale każdym kolejnym zdaniem wkręcach coraz bardziej. Dalej, zakończenie. Miałam nadzieję na trzęsienie ziemi, czy coś w tym rodzaju, a tu Śmierciożercy. Pojawiały się błędy, ale ktoby tam zwracał na nie uwagę kiedy tak świetnie piszesz i utrzymujesz emocje?
Alette dnia 26.05.2016 11:22
blad logiczny dnia 28.05.2016 10:21
. Tymczasem tutaj taki spokój, pozorny. Bohaterowie zachowują się jakby nic strasznego się nie stało, co najwyżej byli świadkami jakiegoś wypadku samochodowego. Druga sprawa jest już poważniejsza, nie przekonuje mnie zupełnie ta bezczynność władz, zarówno mugolskich jak i Ministerstwa Magii. Przecież po takiej masakrze ostatni idiota by się zorientował, że tu coś nie gra. Nie wyobrażam sobie aby śmierciożercy mieli ochotę wymazywać pamięć tak wielkiej liczbie świadków, bo ich celem było sianie strachu. Skoro bohaterom udało się uciec to zapewne i wielu innym świadkom. Ministerstwo także nic nie robi, skoro zaraz następnego dnia "armia śmieciożerców" może sobie tak otwarcie atakować za dnia, w środku miasta.
Alette
fuerte
Katherine_Pierce
Sam Quest
Shanti Black
A.
monciakund
ania919
ulka_black_potter
losiek13
Toż to wstyd, że jeszcze komentarzy nie ma, ale chociaż mogę napisać: pierwsza!
A już myślałam, że nagle będzie tak blogo i spokojnie po poprzednim mocnym rozdziale. Nie da się ukryć, że wiesz jak budować napięcie bo ta końcówka jest naprawdę dobra. Podoba mi się to, że Amelia nie jest taka super hero, bo to by było irytujące, chociaż jak to mają w zwyczaju Amelie, musiała pokazać kto tu rządzi, jednak chyba ją trochę rozumiem. Ciekawi mnie też postać Jareda, pomimo narracji pierwszoosobiwej nadal nie wiele o nim wiadomo, ale jakoś mi to nie przeszkadza, bo to dopiero drugi rozdział, więc masz czas by się rozkręcić. Czytałam wczoraj i gdzieś tam były powtórzenia słów, w sensie jedno słowo dwa razy, ale teraz nie mogę tego wyłapać
Generalnie jakbym miała podsumować początek tej historii, to nasz ciekawy pomysł i wiesz jak go realizować, więc czekam na dalszy rozwój wydarzeń i mam nadzieję, że nie będę musiała za długo czekać, bo będę płakać