Praca na pierwszy etap Wielkiej Wojny Fan Fiction, która zawiera w sobie krótką przygodę Lockharta i Trelawney w urokliwej angielskiej miejscowości - Lacocku.
Lacock w hrabstwie Wiltshire powoli budziło się z głębokiego, niczym niezmąconego snu. Wśród uliczek błąkał się jedynie spokój wraz z ciszą, nie wybudzając jeszcze zanadto mieszkańców. Pierwsze rozśpiewały się ptaki, radując ludzi cudownymi, delikatnymi dźwiękami. Gdzieniegdzie słychać było kroki rozespanych mężczyzn, pokrzykiwania ich żon i tupot dzieciaków ciekawskich nadchodzącego dnia. Rytm życia cudownie się powtarzał. Znaczy, prawie. Przez jedną z uliczek przechadzał odróżniający się od owego spokoju mężczyzna krokiem zdecydowanym, niemalże sprężystym. Skórzana torba przełożona przez ramię podskakiwała wraz z jego ruchami. Zmierzał na sam środek Lacocku, gdzie znajdowała się gospoda „Znak Anioła”. Głowę trzymał lekko zadartą ku górze, pierś zaś wypiętą do przodu. Jego złociste loki pobłyskiwały skąpane w porannym słońcu.
Gospoda niczym nie różniła się od budynków wokoło; również zbudowana została z kamieni. Nad dębowymi drzwiami wisiał mały, okrągły zielony szyld. Dość duże, drewniane okiennice wypełniały ją słonecznymi promieniami. Mężczyzna wszedł z zadowoleniem do „Znaku Anioła”. Ominął mniej lub bardziej zwinnie wszystkie stoliki, przy których siedziało już kilka turystów. Tylko paru z nich odwróciło się i przez chwilę wodziło za nim wzorkiem. Szybko jednak powrócili do śniadania. W całym pomieszczeniu unosił się zapach świeżo mielonej kawy i smażonej na boczku jajecznicy. Mężczyzna, który dotarł do szynkwasu przywitał się z gospodarzem i zagaił go jedną ze swoich znanych na świecie historii. Uśmiechnął się szeroko, a jego zęby białe niczym perły onieśmieliły rozmówcę. Przynajmniej mężczyzna tak myślał, któż mógłby mu odmówić uroku? Gdy wymienili ze sobą kilka grzecznościowych słów, blondyn ruszył ku schodom. Przed nimi zostawiona została tabliczka, która mówiła o remoncie pierwszego piętra. Na jej widok tylko uśmiechnął się lekko i przekroczył ją.
Na górze znajdowała się podobna sala do tej, która była na dole; długie, dębowe stoły stanowiły główne umeblowanie wraz z dostawionymi do nich ciężkimi ławami. Gdzieniegdzie na ścianach wisiały gobeliny i portrety, które radośnie witały gości. W prawym rogu znajdował się kamienny kominek przyozdobiony polnymi kwiatami w szklanym wazonie. Oczywiście o remoncie nie mogło być mowy – stanowiło to jednie zmyłkę, by mugole nie dostali się do świata magicznego. Mężczyzna rozejrzał się i w najdalszym kącie pomieszczenia zobaczył znaną sobie postać. Charakterystyczna czupryna w nieładzie oraz cekiny pokrywające całą szatę nie pozostawiały żadnej wątpliwości, tak samo jak okulary z bardzo grubymi szkłami, które powiększały jej oczy kilkukrotnie. Właściwie przypominała z wyglądu olbrzymiego, świecącego się owada. Podszedł do niej dumnie i z uniesioną głową.
- Sybillo, moja droga! Cóż cię sprowadziło do Lacocku? – zapytał mężczyzna, przysiadając się bez zbędnego przyzwolenia. Uśmiechnął się szeroko i wpatrywał w kobietę oczekując odpowiedzi.
- Mój drogi, sępy śmierci zbliżają się do ciebie, już krążą nad twą głową… - mruknęła w odpowiedzi kobieta i upiła łyk sherry. Głos miała jak zwykle spokojny i tajemniczy. Przed nią leżała rozłożona talia kart, której przyglądała się uważnie. Oderwała od niej wzrok na chwilę i przyjrzała się mężczyźnie. – Miejsce takie jak Lacock dobrze wpływają na moje wewnętrzne oko, Gilderoyu.
- To cudownie! Czy twoje karty przewidzą mój kolejny sukces pisarski? Korzystając z pięknej pogody przyjechałem tu, by dokończyć kolejny bestseller – powiedział podekscytowany Gilderoy i dumnie wypiął pierś. – Na pewno słyszałaś o tym, jak wysoko znajdują się wszystkie moje dzieła! Kochana, znam świetne miejsce, w którym na pewno twoje wewnętrzne oko się otworzy!
- Zaczekaj chwilę – powiedziała Sybilla i nagle chwyciła go za rękę. Głos drżał, gdy z jej ust przepowiednia sama wypływała: – Twa magia będzie ci odebrana, gdy tylko zamkniesz oczy. Gdy je otworzysz, strach ponownie cię oślepi. Kiedy słońce zabarwi Lacock w czerwień, dowiesz się okrutnej prawdy.
- Niech cię, brzmi groźnie – przeraził się czarodziej. Kiedy dotarło doń, że wyszedł na tchórza, dzielnie uśmiechnął się i mimo pobladłej twarzy dodał: - Dobrze, że tak wybitny czarodziej jak ja zawsze znajdzie wyjście z sytuacji. Tymczasem zapraszam cię na spacer, chyba nie odmówisz właścicielowi najbardziej czarującego uśmiechu na świecie?
Przez całe średniowiecze wieś Lacock słynęła z produkcji wełny. Dziś stała się atrakcją turystyczną Anglii, wciąż utrzymując swój dawny urok. Gilderoy zaprowadził Sybillę na kraniec miejscowości, gdzie znajdowały się pola uprawne pszenicy i pastwisko, na którym właśnie leniwie wylegiwało się stado owiec. Sielski widok otaczał ich zewsząd, tak samo jak zapach traw, odgłosy zwierząt i cichutki szelest liści tańczących na wietrze. Gilderoy zatrzymał się na środku ścieżynki, którą się przechadzali. Położył ręce na biodrach i westchnął przeciągle. Uśmiechnął się szeroko jak miał w zwyczaju, po czym z kieszeni spodni wyjął różdżkę. Rozejrzał się, szukając nieopodal głazu. Gdy taki znalazł w cieniu młodej brzozy, podszedł doń i mrucząc coś pod nosem machnął różdżką. Efektu zaklęcia nie było, zatem zniecierpliwiony powtórzył zabieg kilka razy. Gdy udało mu się w końcu głaz zamienić na kamienną ławkę, odwrócił się do cierpliwie czekającej Sybilli. Kobieta poprawiła spadające okulary i usiadła na przemienionym siedzisku. Gilderoy rozpostarł ręce, wyjął ze skórzanej torby czysty pergamin i samopiszące pióro, które wyróżniało się mocno liliowym zabarwieniem. Sybilla zerknęła na niego z ukosa i rzuciła spokojnie:
- Gdy twoje pióro postawi trzynastą kropkę, ktoś ułoży się do popołudniowego snu. – Mężczyzna spojrzał na czarownicę z zażenowaniem, oparł się wygodnie i nakazał pióru rozpoczęcie pisania. Nie przyglądając się temu, co błyskawicznie pojawiało się na jego pergaminie sięgnął do torby po raz kolejny, tym razem wyjmując kremowe piwo, które kupił będąc jeszcze w gospodzie. Otworzył je i upił spory łyk delektując się jego smakiem. Sybilla pustym wzrokiem patrzyła to na pastwisko, to na towarzysza. W lewej ręce trzymała prawie pustą już butelkę sherry, a prawą bawiła się cekinami przyszytymi do rękawa. Koło nich pojawił się młody zając. Kobieta przyglądała mu się chwilę, szybko jednak wróciła do obserwowania owiec i swojego wewnętrznego oka. Gilderoy zamruczał cichutko z zadowolenia i wystawiając twarz ku słońcu zamknął powieki. Zapewne nie spodziewał się tego, co stało się natychmiast po tym, gdy to zrobił: zając zbliżył się doń, uniósł łebek i chwilę powęszył. W jednej chwili podskoczył i złapał w pyszczek różdżkę, która wystawała Gilderoyowi z kieszeni. Gdy mężczyzna otworzył oczy i z przerażeniem poderwał się z siedzenia, zając kicał już w stronę pola. Sybilla również wstała, odłożyła butelkę i wskazała go palcem.
- Nie zamierzasz go złapać, Gilderoyu? – zapytała. Jej policzki zaczynały mieć odcień ulubionego przez nią trunku. Mężczyzna niezdarnie pobiegł za zającem. Sybilla wyjęła swoją różdżkę, by czarami wspomóc złapanie puchatego uciekiniera. Skierowała ją w zająca i rzuciła: - Immobulus! – Na całe nieszczęście nie trafiła w cel. Fioletowa stróżka ugodziła w plecy towarzysza. W bardzo zwolnionym tempie obrócił się w jej stronę zdziwiony i lekko oszołomiony. Sybilla zaczerwieniła się i wymamrotała przeprosiny piskliwym głosem. Uwolniła go szybko z rzuconego zaklęcia i pobiegła tam, gdzie udał się w podskokach zając. Gilderoy, który znów poruszał się szybko również rozpoczął ponowną gonitwę za zwierzęciem. Biegli więc ramię w ramię, oboje potykając się o kamienie i nierówności, jakie napotykali po drodze. Gdy zając w końcu zatrzymał się, otoczyli go dysząc ciężko. Sybilla uniosła swoją różdżkę. Postanowiła ponowić próbę zatrzymania urwisa. Zając popatrzył na nią zaciekawiony. Przechylił łebek, wciąż trzymając własność Gilderoya w pyszczku. Choć widok był rozczulający, Sybilla nie wahała się. Z jej różdżki kolejny raz pojawiła się fioletowa stróżka. Zając uskoczył przestraszony. Czar ugodził niewinny kamień obok. Gilderoy widząc niepowodzenie kobiety rzucił się na zwierzątko i złapał je w ręce. Zając wyrywał się, ale mężczyzna okazał się być silniejszy. Sybilla podeszła i przyjrzała się bliżej obojgu. Wyciągnęła różdżkę czarodzieja z pyska zająca. Gilderoy uśmiechnął się szeroko, wypiął dumnie pierś. Było oczywistym, że sobie poradzi! Sybilla podała mu różdżkę. Przyjął ją dziękując pięknymi słowy. Chwilę potem zając oddalił się bez zdobyczy. Nie wydawał się być tym zbytnio przejęty – znów radośnie kicał przed siebie. Roześmiali się głośno.
Kiedy ich śmiech przycichł, zdali sobie sprawę, że jakiś dźwięk im wtórował. Nastawili uszy. Głośne, głębokie, tubalne chrapanie dobiegało gdzieś niedaleko. Zdziwieni szukali źródła nieprzyjemnej melodii. Brzmiało to tak, jakby cała Hogwarcka brać chrapała jednocześnie z Hagridem na czele. Gilderoya przeszył nieprzyjemny dreszcz. Sybilla nasłuchując postanowiła zbliżyć się nieco. Czarodziej niespiesznie dreptał za nią z niezadowoleniem wzdychając ciężko. Kobieta zatrzymała się nagle; Gilderoy wpadł na Sybillę. Wymamrotał przeprosiny, spuszczając wzrok. Gdy podniósł głowę, ujrzał to, co nakazało jej się zatrzymać. W cieniu jednego z drzew spało olbrzymie dziecko, kudłate i tubalnie chrapiące. Fioletowe kudły wyglądały na czyste i zadbane. Niekontrolowany krzyk Gilderoya obudził je. Zaspane otworzyło czy. Powoli uniosło łeb. Krótkie rogi zabłysły odbitym światłem słonecznym. Sybilla i Gilderoy przerażeni długimi krokami wycofywali się. Czarodziej ukrył się za kobietą. Troll podniósł się ociężale; upewnili się, że nie był to dorosły osobnik. Pod Gilderoyem ugięły się nogi. Obudzone stworzenie miało prawie osiem stóp wysokości. Szmata, która zakrywała niektóre części jego kudłatego ciała, wyglądała tak, jakby ktoś niedawno ją wyprał; widniało na niej tylko kilka zielonych plam, prawdopodobnie od tarzania się w trawie. Troll zaryczał wściekle. Wskazał ich palcem i powarkiwał zdenerwowany. Natychmiast Sybilla i Gilderoy skierowali różdżki w jego brzuch.
- Petrificus totalus! – wypowiedziała zaklęcie kobieta, zanim mężczyzna zdążył otworzyć usta. Troll zesztywniał. Obie nogi przestały go utrzymywać, runął ciężko na ziemię. Uderzył głową o grunt, a jego niewykształcone, dziecięce rogi wbiły się weń. Stworzenie zaczęło szlochać. – Właściwie, Gilderoyu, nic nam nie zrobił, nie powinnam być taka surowa…
- Zwariowałaś! To troll rzeczny! Skąd on się tu w ogóle wziął? – wybuchł czarodziej. – No ale skoro jest unieszkodliwiony… jak dobrze, że byłem tu, by cię ochronić, prawda, Sybillo? Wracajmy, zostawiłem przybory przy głazowej ławce, a książka się sama nie napisze!
- Finite! – Sybilla po raz kolejny wycelowała w trolla. Zanim ten jednak otrząsnął się po klątwie, dodała: - Levicorpus!
Zostawili biedne stworzenie wiszące głową w dół. Choć warczał, szlochał, nie wrócili, by postawić go na nogi. Jego rogi ukruszyły się od upadku. Wyglądał bardzo nędznie. Gilderoy zebrał swoje rzeczy i odprowadził do gospody Sybillę, której wcześniej haniebnie zmodyfikował lekko pamięć. Ta historia idealnie nada się do jego właśnie powstającego bestsellera, który będzie nosił tytuł „Wędrówki z trollami”! Wszyscy z tej autobiografii dowiedzą się, jak dżentelmeńsko obronił kobietę przed ogromnym trollem rzecznym! Prawdę mówiąc okłamał ją nieco – nie przyjechał na wieś pisać książkę. Jego babka musiała stawić się w Ministerstwie Magii i poprosiła go, by pod jej nieobecność nakarmił koty. Przypominając to sobie, ruszył prosto do jej domu. Wszystkie budowle wyglądały bardzo podobnie: dom jego babki też się nie wyróżniał. Gdy otworzył drzwi, poczuł zapach gotującej się kapusty. Na pewno babuńka gotowała polski przysmak – bigos. Wkroczył zaciekawiony do kuchni, gdzie czekała na niego właścicielka domu. Gdyby wzrok mógł zabijać, na pewno Gilderoy już leżałby martwy. Babka wskazała go chochlą zdenerwowana, jednak wciąż nie mówiąc ani słowa. Wtedy usłyszał znajomy szloch. Cały pobladł.
- Kazałam ci nakarmić koty, a nie atakować trolla, którym się opiekuję! Czy wiesz, jak boli ukruszenie rogów? Felix nic ci nie zrobił, na Merlina! Ten dzieciak, co go na obrońcę szkolę, jest bardziej pożyteczny niż ty! – wydarła się babka. Dalszego wywodu jednak Gilderoy nie usłyszał, gdyż zemdlał z przerażenia, gdy tylko dowiedział się prawdy. Zapewne gdy tylko się ocknie, piekło, jakie wyrządzi mu babka długo zapadnie mu w pamięć. Zastanawiał się, kto przypomina diabła bardziej: ona, czy troll.
Wymogi pracy: 8. PRZYGODOWE
Muszą pojawić się słowa: bigos, boczek i kapusta (słowa mogą się odmieniać)
Główne postacie: Lockhart i Trelawney, którzy muszą razem wykonać jakieś zadanie, coś zrobić, generalnie współpracować ze sobą
Szczerze mówiąc nie przepadam za przygodowymi historiami, więc to trochę bardzo nie mój klimat. Na pewno muszę Ci oddać, że bardzo ładnie piszesz, czyta się to przyjemnie i nie ma nudy. Miałaś też ciekawy pomysł na tą historię i nie mam nic do zarzucenia.
Bardzo podoba mi się ostatni akapit, a końcowe zdanie to mistrzostwo. Także, wracaj do pisania ff, chętnie coś jeszcze przeczytam
Przepraszam, że nie jestem w stanie więcej powiedzieć, ale no nie umiem się wczuć w takie historie, soreczka.