Stres, adrenalina, chęć działania. Chęć z a s p o k o j e n i a.
Pod wpływem stresu człowiek często jest w stanie zrobić więcej, niż normalnie. Jego ciało czuje przypływ energii, taki bonus, który pozwala mu funkcjonować na 150% swojej normalnej normy. Stres może wywoływać dość nieprzyjemne uczucia w umyśle, źle wpływać na samopoczucie, nie zmienia to jednak faktu, że tworzy też coś, dzięki czemu można dokonać rzeczy pozornie niemożliwych.
Wielu nazywa to adrenaliną. Buzującą w żyłach krew, zagłuszającą wszystko inne. Nagły przypływ siły i ta myśl w głowie, że można rzucić się z dachu i przeżyć. To niesamowite uczucie, często niedoceniane. Jednak podczas meczu Quidditcha potrafi dodać skrzydeł, wznieść w powietrze, a odpowiednio wykorzystana - doprowadzić drużynę do zwycięstwa. Serce bije ze zdwojoną mocą, jakby miało po prostu uciec i więcej nie wrócić. Jakby jego odgłos mogli słyszeć wszyscy dookoła.
Lecz użyteczna jest nie tylko w czasie meczy. Przed egzaminem, rozmową z dyrektorem czy podjęciem ważnej decyzji w życiu. Każda sytuacja stresowa idzie w parze z adrenaliną. W większości przypadków jednak zostaje ona niewykorzystana.
To nie był koszmar. Nawet nie sen. To była rzeczywistość. Po kilku dniach, kiedy wydawało mi się, że relacje pomiędzy mną i Malfoyem od poprzedniej nocy się nie zmieniły, jednym gestem wyprowadził mnie z błędu. W czasie trwania lekcji zaklęć podchwycił moje spojrzenie i o b l i z a ł w a r g i. Myślałem, że się przewidziałem, ale jego śmiech i moje piekące ze wstydu policzki szybko przekonały mnie o tym, że jednak nie. Z klasy ulotniłem się tak szybko, jak to było możliwe, ignorując zdziwione okrzyki przyjaciół.
Kto by się spodziewał, że spełnienie marzeń sennych może okazać się koszmarem na jawie?
Przecież nie tak miało być. Jak ja miałbym spojrzeć komukolwiek w oczy?
Jak ja jemu mógłbym spojrzeć w oczy?
Nie mogłem się na niczym skupić, niczego zrobić poprawnie, dłonie cały czas mi się trzęsły. To z pewnością wina jakiegoś uroku.
- Ostatnio zbyt często jesteś nieobecny.
Podnoszę spojrzenie na Hermionę, która ze skrzyżowanymi ramionami patrzy na mnie z góry.
Jesteśmy w szatni na stadionie, tuż po zaciętym pojedynku Rona z McLaggenem. Mimo wszystko odetchnąłem z ulgą, kiedy to Ron został ostatecznym zwycięzcą. Zawsze wiedziałem, że w razie czego mam go obok i teraz na pewno pomoże nam to wygrać. Bardziej jednak martwi mnie fakt, że pierwszy mecz gramy ze Slytherinem.
Będę się modlić, żeby na widok Draco nie spaść z miotły.
- To wina tej całej sprawy ze Slughornem... - Uśmiecham się do niej niepewnie, co raczej jej nie przekonuje.
- Wiem, że myślisz o Malfoyu.
Moje serce gwałtownie przyspiesza, a dłonie zaciskają się w pięści. Skąd ona wie? No tak, przecież to Hermiona, ona wie wszystko. Ale jak ja jej to wytłumaczę?!
- Hermiona, posłuchaj. Ja...
- Wiem, że cały czas widzisz w nim Śmierciożercę, ale zastanów się. Jest jeszcze dzieckiem, a przeszłość jego rodziców nie musi być jego przyszłością.
Powietrze uchodzi ze mnie jak z przebitego balona. Nie jestem pewien, czy ja w ogóle żyję.
Chyba już wiem, co to znaczy przeżyć chwilowy zawał.
- Powinieneś skupić się na lekcjach. Poza tym zostałeś kapitanem drużyny, a do tego jeszcze te lekcje z dyrektorem... Na pewno to wszystko cię wykańcza. - Hermiona do reszty zatraca się w użalaniu nad moją niedolą, ignorując fakt, że jestem tym zupełnie niezainteresowany.
- Hermiono, powinniśmy iść - odzywam się w końcu, kiedy zrobiła krótką przerwę na wzięcie oddechu. - Reszta drużyny już dawno się stąd zwinęła, poza tym chyba mamy długi referat od Snape’a.
- Masz rację, oczywiście. Może trochę przesadzam...
- Bardzo przesadzasz.
- Harry!
Ze śmiechem wychodzimy ze stadionu, a ja staram się ukryć zdenerwowanie, które jeszcze wzbudza w moim ciele dreszcze. Gdyby Hermiona się dowiedziała, byłbym całkowicie skończony. I to nie tylko w jej oczach.
Powoli zaczynam się gubić w tym, co myślę, a co chcę myśleć. Dwie płaszczyzny nakładają się na siebie, jakby między nimi nie było już żadnej rzeczywistej granicy.
Idąc w stronę zamku, tuż obok Hermiony, która pochłonęła się wykładowi na temat obecnego szkolnego nauczania, ja przeżywam wewnętrzne rozdarcie. Chcę krzyczeć, śmiać się i płakać jednocześnie. Czuję się tak bardzo bezbronny w obliczu życia.
Już wolałbym stanąć twarzą w twarz z Voldemortem niż natknąć się na korytarzu na Malfoya.
I już nie wiem, czy kłamię, czy naprawdę tak myślę.
***
Hogsmeade.
Jedno z niewielu miejsc, w którym smutki i wszelkie nieszczęścia zdają się nie istnieć. Chwila odpoczynku od szkoły i zamku, możliwość porozmawiania przy piwie czy herbacie, zakup wszelkiego rodzaju słodyczy. No i oczywiście sklep Zonka, w którym tak często bywali bliźniacy. Zdecydowanie ich tutaj brakuje. Byli ikoną szkoły, lekiem na nudę i jedyną możliwością rzeczywistego zirytowania naszego szkolnego woźnego. Na korytarzach już słyszy się o pewnych "incydentach" z fajerwerkami czy temu podobnymi, ale każdy z nich był niczym w porównaniu do chociażby najgorszego z żartów tej dwójki Weasleyów. Mieli niezaprzeczalny dar, którego nie można od tak sobie przejąć.
Wspólnie z Hermioną i Ronem, pogrążonymi w rozmowie o tym i o tamtym, wchodzimy do Pubu pod Trzema Miotłami. Slughorn (jakże dziwnym zbiegiem okoliczności) również się tu znajduje. Stoi przy barze, w niewielkiej odległości od stolika, przy którym siadamy. Przez dłuższy czas wpatruję się w jego plecy, jakbym samym spojrzeniem miał zmusić go do odwrócenia się. Dopiero po chwili orientuję się, że może to wyglądać co najmniej dziwnie.
- Co dla was? - Przy stoliku pojawia się kobieta, która ze sztucznym uśmiechem opiera rękę o biodro i nonszalancko żuje gumę.
- Trzy piwa kremowe.
Kobieta kiwa głową i szybko odchodzi, zataczając się na chyba zbyt wysokich butach. Mam wrażenie, jakby zaraz miała się wywalić prosto na grupkę pierwszorocznych, którzy naiwnie stoją przy barze i liczą na to, że będą mogli spróbować kremowego piwa.
Mimowolnie znowu zaczynam wzrokiem wiercić dziurę w plecach profesora, który (o dziwo) tym razem się odwraca. Uśmiecha się serdecznie na mój widok i podchodzi do stolika. Chociażby ta krótka wymiana zdań może zaważyć na późniejszych relacjach między nami i na tym, czy podołam wyznaczonemu przez dyrektora zadaniu. Nie spodziewałem się jednak, że zaprosi mnie i Hermionę do siebie. To znacznie poprawia moją obecną sytuację i przyspiesza progres w oswajaniu się ze Slughornem.
Po chwili profesor odchodzi, a ja wolno odwracam od niego wzrok.
W pobliżu schodów napotykam spojrzenie stalowych oczu.
Zastanawiam się, czy serce jeszcze jest w mojej piersi, czy może zostało po nim jedynie echo głuchego bicia. Czas zatrzymuje się na chwilę, bo nie mogę się ruszyć czy złapać oddechu. Jego twarz jest niewzruszona, nie widać żadnej emocji czy cienia zmarszczki. Jakby był jednym z idealnie wykutych rzeźb.
Wtedy czar pryska.
Draco odwraca spojrzenie i chwyta za ramię czarownicy, która szła w naszą stronę z trzema kuflami. Mówi coś do niej szybko, nieznacznie wskazuje głową na nasz stolik i wsuwa jej coś w dłoń. Marszczę brwi. Nie mam pojęcia, o co może chodzić i czemu w ogóle zrobił coś takiego. Chłopak jeszcze raz obrzuca mnie spojrzeniem i znika między ludźmi. Hermiona i Ron na szczęście zdawali się nic nie zauważyć. Byli zbyt zajęci wgapianiem się w Ginny i Deana, którzy bezceremonialnie całują się w kącie pomieszczenia.
Po chwili obok nas zjawia się kobieta, która przed każdym stawia kufel. Pod mój natomiast dyskretnie wsuwa liścik i obdarza mnie znaczącym spojrzeniem. Ja wytężam całą wolną wolę, żeby się nie zarumienić.
Z bijącym sercem i duszą na ramieniu pod stolikiem wolno czytam szybko skreślone na papierze słowa.
Wieczorem czekaj na mnie w Lochach,
w miejscu naszego ostatniego spotkania.
T.M.
Przez dłuższą chwilę wgapiam się w jego podpis jak głupi. Może zapomniał jak się pisze jego własne imię, bo na pewno nie zaczyna się literą T.
Szybko jednak się otrząsam i skupiam na samej treści listu. Nie pozostawia wątpliwości, że to wiadomość od niego, bo innej możliwości po prostu nie ma. Wzdycham dyskretnie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi przyjaciół, jednak to mi raczej nie grozi. Hermiona najwyraźniej już przesadziła z ilością alkoholu, bo jej histeryczny śmiech daje się słyszeć w całym pubie. Ron stara się ją uspokoić, oczywiście niezbyt skutecznie. Chowam kawałek pergaminu do kieszeni, gdzie (mam nadzieję) jest bezpieczny.
- Wracajmy już może - zwracam się do Rona, który pomysł ten przyjmuje z dużym entuzjazmem.
Zataczająca się Hermiona z nami po obu stronach jakoś daje radę iść ośnieżoną ścieżką w kierunku naszego zamku. Nie jestem jednak w stanie o niej teraz myśleć. Cały mój umysł zaprzątają szare oczy, które wycisnęły mi palące piętno w piersi i głowie.
I wtedy się to dzieje. Katie, jedna ze ścigających naszej drużyny, pada ofiarą klątwy. Jej bezwładne ciało unosi się w powietrzu, bezwiednie opada na ziemię, w zawrotnym tempie porusza się po wydeptanym już śniegu. Niedaleko niej leży naszyjnik, najpewniej obiekt, który przeniósł na nią urok. Bezradność i bezsilność paraliżują moje ciało, gdy patrzę na biedną dziewczynę, która całkowicie straciła nad sobą jakiekolwiek panowanie.
Potem wiele rzeczy dzieje się w jednym czasie. Rozmowa z McGonnagal i Snapem. Powrót do dormitorium. Próba nie myślenia o nieprzytomnej Katie, która już leży na jednym z łóżek w Skrzydle Szpitalnym. Wzdycham cicho i zamykam oczy, próbując przeanalizować wszystkie fakty.
To musiał być Malfoy. Katie była z nami w pubie, szła kilka metrów dalej. Draco też tam był. Coś mi mówi, że nie tylko po to, żeby przekazać mi wiadomość.
Pójdę się z nim spotkać. Nie dlatego, że moje serce na myśl o nim chce eksplodować. Musze się dowiedzieć, czy to był on. Zrobię to.
Księżyc świeci już wysoko nad błoniami, kiedy nerwowo zbiegam po schodach na sam dół. Dłoń mimowolnie zaciskam na różdżce, tym razem gotowy się bronić. Odgłos moich kroków odbija się echem po całym labiryncie, ale nie zważam na to.
Już mam wyjść zza zakrętu, kiedy niezidentyfikowana siła ciągnie mnie w tył i przyciska do ściany. Tak samo, jak wtedy.
- Nie umiesz łazić ciszej, Potter?
Jego głos, jego zapach, jego ciało. Chyba oszalałem.
Draco patrzy na mnie zimnym spojrzeniem, takim samym jak wtedy w pubie. Nic nie potrafię z niego wyczytać. On widzi we mnie wszystko na pierwszy rzut oka.
Nie odpowiadam. Głównie dlatego, że gdybym otworzył usta, nie wydostałoby się z nich nic prócz przedłużonego jęku. O ile w ogóle mógłbym wydobyć z siebie jakiś dźwięk.
- Idziemy - syczy cicho Malfoy i mocno chwyta mój nadgarstek. Razem przebiegamy pod ścianą, jak szczury, jak zbiegowie, jak przestępcy. Albo jak wszystko na raz. Nie mam odwagi spytać, gdzie idziemy i po co. Nie mam odwagi się zatrzymać. Nie mam odwagi powiedzieć, żeby całował mnie jak wcześniej.
Nie czekam jednak długo. Po kilku zakrętach zatrzymujemy się tuż przed legowiskiem lwa.
- Czysta krew – mówi głośno Draco, a przed nim otwiera się przejście do Pokoju Wspólnego Ślizgonów.
Mam ochotę uciec i krzyczeć, że to szaleństwo. On jednak zdaje się nie słyszeć głosów mojego umysłu, bo idzie dalej przed siebie, ani trochę nie poluźniając uścisku.
Nie chcę tu być. Nie chcę tu być. Tak okropnie chcę, żeby mnie dotykał.
Ich Pokój Wspólny prawie nie zmienił się od czasu mojej wizyty tutaj przed czterema laty. Zimny, jaskrawozielony płomień w kominku sprawia, że jest tu jeszcze bardziej zimno niż byłoby normalnie. To, że tu jestem, to czysty absurd.
- Siadaj - mówi nagle chłopak, puszczając mnie i podchodząc do stolika. - Chcesz czegoś do picia?
Nie odpowiadam. Nie ruszam się. Patrzę tylko na niego jak na skończonego idiotę, którym najpewniej jest, skoro mnie tutaj przyprowadził.
- W co ty pogrywasz? - syczę w końcu, dając upust buzującej złości. - Wiesz, że jeśli ktoś mnie tu znajdzie…
- Nie znajdzie, nie jestem tak głupi. - Draco przewraca oczami i opada na fotel. - O tej godzinie wszyscy śpią. Nikt tu nie wejdzie, więc możesz się rozgościć. Bo dzisiaj jesteś moim gościem.
- Rzuciłeś urok na Katie.
Chłopak na chwilę nieruchomieje. Jego zamknięte powieki ledwo dostrzegalnie drżą, mięśnie rąk się napinają. Nie spodziewał się tego. Po moim sercu rozlewa się niezdrowa satysfakcja.
- Czy możemy dzisiaj o tym nie rozmawiać?
- Powiedz, czego ode mnie chcesz.
- Harry…
W tym momencie oboje milkniemy. Do naszych uszu dochodzi ciche skrzypienie. Niby nic, a jednak moje serce podskoczyło do gardła, a stres opanował zdrętwiałe ciało. Ktoś tu idzie. Znajdzie mnie. Snape się dowie. Wszyscy się dowiedzą. To będzie mój koniec.
Draco reaguje natychmiast. Doskakuje do mnie i szarpnięciem wpycha mnie za jeden z najbardziej wysuniętych w kąt foteli. Sam siada na nim, niby nonszalancko. Ja skostniałe ciało zwijam w kłębek tuż za jego plecami, próbuję nie wypluć żołądka.
Dochodzą do mnie ciche kroki, z czasem jednak coraz głośniejsze. Zaciskam powieki i modlę się, żeby nikt mnie tu nie znalazł.
- Znowu siedzisz po nocach? – Dziewczęcy głos wznawia drgawki w dłoniach i kolanach. Zaraz mnie znajdzie, zaraz będę martwy.
- Jak zawsze, Pancy – odpowiada jej Malfoy głosem opanowanym do perfekcji. Pod tym względem jest niesamowity. Pod każdy względem jest niesamowity.
- Wydawało mi się, że…
- Idź spać, Pancy.
Stanowczy, pewny, ale nie nachalny. Jakby potrafił doskonale dostosować się do sytuacji. Zagryzam wargę, starając się nie poruszyć nawet palcem u nogi.
Po chwili milczenia słyszę jedynie ciche westchnięcie i znów kroki, z każdą chwilą coraz bardziej odległe. Kiedy ich odgłos całkiem milknie czekam jeszcze kilka sekund, żeby się upewnić, że jest bezpiecznie.
- Jesteś idiotą - mówię rozedrganym głosem, starając się opanować drżące ciało po wyjściu zza fotela. - Skończonym idiotą. Po co ja tu w ogóle…
Milknę. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, że nie z własnej woli. Zimne usta Draco skutecznie mnie uciszają, przy okazji znowu rozpalając malutki płomyczek w moim sercu.
- Jesteś niesamowicie irytujący, Potter - mówi w przerwie między kolejnymi pocałunkami, liźnięciami, dotykami. Bezsilnie opadam na kanapę, on podąża zaraz za moim ciałem. Złączeni niemal w jedno. Po chwili nie wiem już, które serce bije w mojej piersi. Oba znalazły wspólny rytm, uzupełniając siebie nawzajem.
W mroku pomieszczenia zdaję się czuć wszystko wyraźniej. Każde muśnięcie, otarcie ciała o ciało. Odgłos przyspieszonego oddechu przy moim uchu.
Całuję się z Draco Malfoyem w jego Pokoju Wspólnym.
Stres, powodowany samym przebywaniem tutaj, wcale mnie nie obezwładnia. Przeciwnie. Zmienia się w adrenalinę, którą kieruję w jego stronę. W jego usta, oczy, ramiona. W niego całego. I mimo że wychodzę po kilku minutach, nie mogę przestać o tym myśleć przez kilka godzin.
Może to czas, żeby zacząć się zastanawiać, co tak naprawdę czuje moje serce. I czy nie jest to coś, co może mnie zniszczyć.
Więc tak. Piszesz świetnie, powtarzałem Ci to tyle razy i nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Jedyne co mnie trochę irytuje w Twoich tekstach to Twoja maniera t a k i c h wyróżnień. Ja wiem że w książkach się tak robi, ale tam wydawcy dbają o to, żeby to jakoś wyglądało. Tutaj natomiast to przeszkadza, bo słowa niekiedy przechodzą do następnej linijki. Ale co do samego stylu, to nie mam się do czego przyczepić. Treść... no cóż, moje potterowskie serduszko ranią odstępstwa od kanonu, do tego nie przepadam za romansami... No ale szanuję Twoją twórczość i trzymam za Ciebie kciuki