~Smaku Twego nie znam, choć tak często Cię mam
Na końcu języka~
Obietnica.
Jedno z podstawowych wyznaczników zaufania. Składa się ją przeważnie osobom, które zna się szmat czasu i które mogą oprzeć swoje zaufanie na jakimś doświadczeniu. Spełnianie obietnic zacieśnia więzi, jednak gdy dane słowo zostaje zerwane - zaufanie zostaje mocno nadszarpnięte.
Czasami zdarza się też, że obiecujemy innym coś, czego nie jesteśmy pewni lub na co nie do końca mamy wpływ. „Wszystko będzie dobrze" albo „Nie musisz się martwić, ja się tym zajmę". Ludzie wierzą w nasze słowa i dzięki temu mogą poczuć się lepiej. Jednak przeważnie takie obietnice się nie spełniają. Czy warto więc obiecywać, wiedząc, że jest to obietnica bezpodstawna?
Serce podchodzi mi do gardła, kiedy zaciskam dłoń na trzonie miotły i odwracam się w kierunku pozostałych członków drużyny. Ron siedzi na ławce obok, Ginny stoi tuż za mną. Wszystkie oczy skupiają się na mnie, a ja tracę oddech. Chcę uciec stąd jak najdalej, móc całkowicie schować się przed światem. Nie boję się meczu. Nie boję się przegranej. Boję się, że będę musiał stanąć oko w oko z Malfoyem, przez którego wczoraj niemal nie zostałem przyłapany w środku nocy w nie swoim pokoju wspólnym. Z Malfoyem, przez którego pojęcie trzeźwego myślenia stało się dla mnie całkiem obce.
- To pierwszy nasz mecz ze Ślizgonami - zaczynam, próbując z całych sił nie stracić resztek odwagi. - Mamy nowy skład, z którym możemy to wygrać.
Milknę. Słowa rozpadają się na pojedyncze litery, zdania tracą jakikolwiek sens. Mogę jedynie stać i patrzeć w oczy innych osób.
Tak odmiennych od jego oczu.
- Do boju, Gryfoni! - Ginny najwyraźniej zauważa, że ledwo stoję na nogach, więc przejmuje inicjatywę i rusza w kierunku wyjścia na boisko. Jestem jej za to wdzięczny jak nikomu na świecie.
- Wygramy to. - Ron uśmiecha się do mnie i idzie za resztą.
Biorę głęboki oddech i na chwilę zamykam oczy. Nie dam się rozproszyć. Nieważne, jakiej sztuczki użyje Draco.
Wylatuję na boisko, gdzie wszyscy już czekają. Trybuny aż się trzęsą od entuzjazmu przed meczem, a zawodnicy ostatni raz się rozciągają. Zajmuję swoje miejsce, wpatrzony że zmarszczonymi brwiami w Ślizgona, który zajmuję pozycję szukającego. I bynajmniej nie jest nim Draco. Szybko przebiegam spojrzeniem po pozostałych graczach, ale nigdzie go nie widzę. Skurcz w żołądku tylko bardziej się zaciska, a na klatkę piersiową została zrzucona jakby metalowa kula.
O rozpoczęciu meczu informuje mnie jedynie szybki start ścigających w kierunku kafla. Całkowicie zdezorientowany odlatuję w tył, nie mogąc zrozumieć, gdzie podział się Malfoy. Kiedy rozglądam się za nim po trybunach, w oczy rzuca mi się złota piłeczka. Przecież nie możemy przegrać przeze mnie. Potrząsam głową kilka razy i ruszam pędem w kierunku znicza, za którym już podąża szukający Ślizgonów.
Mecz rozkręcił się na dobre. Niemal każdy rzut przeciwnika na naszą bramkę kończy się zwycięską obroną Rona i wrzawą na trybunach. Znicz jak wściekły zmienia kierunki lotu, nurtuje ku ziemi i wzbija się w górę. Szukający Slytherinu niezbyt sobie radzi w takiej sytuacji, nie ma wystarczająco doświadczenia. Nie sprawia to jednak, że zostaje daleko w tyle. Mnie spowalnia natłok myśli, które otwierają się jak parasol i ciągną mnie w tył.
W momencie, kiedy znicz ponownie leci w dół, mnie rzuca się w oczy sylwetka pomiędzy trybunami. Że zdziwienia otwieram usta, wbijając w niego spojrzenie. Stoi tam sobie, jak gdyby nigdy nic i uśmiecha się bezczelnie.
- Harry, uważaj!
Krzyk Ginny wyrywa mnie z zamyślenia i ratuje przed zderzeniem z ziemią. Ciągnę trzon miotły do góry i wystrzelam w kierunku znicza. Szybka reakcja sprawia, że po chwili złota piłeczka leży na mojej wyciągniętej dłoni, a gwizdek obwieszcza zwycięstwo Gryffindoru. Nie jest to jednak szczególny wyczyn, i bez tego byśmy wygrali. Radosne krzyki Gryfonów z trybun oraz samych graczy jest ogłuszający. Jestem chyba jedyną osobą z Domu Lwa, która nawet się nie uśmiechnęła na myśl o wygranej. Jego oczy przewiercają mnie na wylot, a żołądek powoli zaczyna się kurczyć.
Zlatuję do szatni zdecydowanie szybciej od pozostałych. Ron na rękach innych zawodników odbywa swój triumfalny obchód wokół boiska, dzięki czemu mam czas na szybkie wymknięcie się ze stadionu. Tłumy uczniów zaczynają wracać w kierunku zamku, nikt nawet nie zwraca na mnie uwagi. Mam jednak wrażenie, że moje rozszalałe serce bije dźwiękiem dzwonu na wieży.
Muszę to znaleźć. Muszę to znaleźć i powiedzieć mu, że tęskniłem że jest totalnym idiotą. Dlaczego nie brał udziału w meczu? To niepodobne do niego.
W momencie, kiedy wybiegam zza jednej z trybun, na moim nadgarstku zaciskają się lodowate palce i ciągną mnie w tył. Powstrzymuję okrzyk zdziwienia, a raczej on to robi. Skutecznie odbiera mi oddech swoimi ustami.
- Oszalałeś? – naskakuję na niego jak tylko udaje mi się odnaleźć głos w gardle odsuwa się ode mnie na bezpieczną odległość. - Gdzie byłeś?
- Martwiłeś się, Potter? - Ironiczny uśmiech, który sprawia, że tracę grunt.
- Nie żartuj nawet. Bałem się, że.. Z resztą nieważne.
- Nie wiedziałem, że Wybraniec ma czas, żeby myśleć o czymkolwiek poza sobą samym.
Marszczę brwi i wzrokiem uważnie badam jego twarz. Zawsze ta sama obojętność, chociaż nie do końca. Włosy jakby bardziej roztrzepane. Wzrok jakby rozbiegany. Koszula jakby bardziej rozpięta.
Czuję, jak robi mi się gorąco.
- Chyba musisz iść z drużyną na wielką zwycięską imprezę - odzywa się, kiedy ja milczę. - Nie może zabraknąć kapitana, czyż nie?
Znów nie odpowiadam. Chcę spytać, po co, czemu, dlaczego, ale milczę. To i tak jest bezcelowe.
- Przyjdź na błonia przed zachodem. Bardzo chciałbym coś Ci pokazać.
Jego usta przy skórze, jego oddech na ciele, nie umiem oddychać. Słodka tortura. Delikatnie bada ustami obszar mojej żuchwy, policzka, skroni. Sprawia, że moje ciało staje się jedynie lawiną dreszczy.
Jego wargi ledwie muskają moje, kiedy Draco się odsuwa. Wysuwam twarz mu niemu, lecz on tylko się śmieje i odchodzi. Po prostu odchodzi.
Czuję się, jakby mnie wykorzystano.
Impreza w wieży Gryfonów chyba nigdy nie była przyjęta z takim zaangażowaniem. Wszyscy skaczą i krzyczą imię Rona, który stojąc pośrodku pomieszczenia nie bardzo wie, co ma robić. Obraca się w kółko, uśmiecha niepewnie, macha do znajomych. Bycie mistrzowskim graczem zawsze było jego marzeniem, choć nie odnajduje się w centrum uwagi. Paradoksalne połączenie.
W momencie, kiedy Lawender przywiera do jego ciała, we mnie coś pęka. Przyjął to z zaskoczeniem, ale pozytywnym. Nie odrzucił jej. Przeciwnie, mocniej trzyma ją przy sobie, by przypadkiem nie uciekła. Tak wygląda miłość, zauroczenie, sympatia, a nie chwilowe spotkania za trybunami po wygranym meczu. Wybiegam za Hermioną, chociaż moje myśli biegną w zupełnie inną stronę. Biegną do chłopaka, który jest dla mnie całkowitą zagadką. I chociaż siedzę tu przy niej, czuję tylko cień jego ust na swoich. Czuję tylko jego dłoń, oddech, spojrzenie, jakby wszystko, co robi, było materialne. Jakbym mógł poczuć ma ciele jego uśmiech.
Jakbym mógł poczuć jego całego.
Słońce dopiero dotyka linii drzew na horyzoncie, kiedy szybkim krokiem wychodzę na błonia. Nie mogłem czekać, to i tak się już dłużyło. Nie może kazać mi czekać i sprawiać, że ledwie mogę usiedzieć w miejscu. Rozglądam się dookoła, ale nie dostrzegam niczego prócz paru drzew i kamieni, rozrzuconych przypadkowo po błoniach.
- Jesteś niecierpliwy.
Jego głos zza moich pleców paraliżuje mnie do jego stopnia, że nie umiem się odwrócić. Słyszę jego kroki na trawie, czuję, jak dłonią muska mi plecy. Widzę, jak wewnątrz powoli się rozpadam.
- Jesteś bardzo niegrzecznym chłopcem - mówi dalej, bardzo wyraźnie akcentując każde słowo. Błysk zębów, błysk w oku, błysk pioruna, który trafia we mnie z całą swoją siłą.
Odwracam głowę. Nie wiem, co innego mogę zrobić. Nie odpowiem mu, bo odebrał mi tę możliwość. Mogę tylko udawać, że mam jakąkolwiek kontrolę.
- Chciałem się z Tobą spotkać sam na sam. Bez nikogo innego w pobliżu. - Jego szept odbija się echem w mojej głowie. - Pójdziemy do Zakazanego Lasu na romantyczny spacer i zostaniemy tam minutę czy dwie. - Moje ciało całkowicie strawił płomień. Nawet nie wiem, skąd się tam wziął.
Mimo silnej wolnej woli nie potrafię powstrzymać jęku. A jemu właśnie o to chodziło. Uśmiecha się szeroko, nachyla, całuje w czoło. Jakbym był zwierzaczkiem domowym.
- Nie tym razem - mówi nagle, a płomień w jednej chwili gaśnie. - Innym razem.
I odchodzi. Znowu. Znowu to samo. Frustracja i gniew popychają mnie do przodu, łapię go za ramię.
- Dlaczego?
Staje w miejscu, ale nie odpowiada. Odwraca się tylko i chwyta w rękę moją dłoń, którą delikatnie całuje. Potem rusza dalej, a ja już nie próbuję go zatrzymać. I tak bym nie zdołał.
Zawiedziona obietnica boli. Szczególnie taka, która zostaje zerwana w ciągu kilku sekund. Kiedy już ma się nadzieję, już płonie ten płomień. A po chwili znika, kiedy ktoś informuje, że to był tylko żart. Głupi żart. Obietnic nie można rozdawać jak pocałunków. Nie są też żadną formą zapłaty. To nadzieja i zaufanie.
Jak ja mam mu zaufać?
Ta część trzyma poziom poprzednich i za to duży plus. Cieszę się, że też trochę zwolniłaś z akcją i nie jest to takie przeładowane seksem. Cały czas wyczuwam napięcie między bohaterami, tą iskrę, która sprawia, że chętnie się czyta Twoje opowiadanie.
Czekam na kolejne noce i sama nie wierzę, że na nie czekam (w sensie nie spodziewałam się, że dam radę czytać ten parring)