Hope z osłupieniem wpatrywała się w drzwi. Jak widać ten gobelin nie wisiał tu dla ozdoby, lecz by zasłaniać jakieś ukryte pomieszczenie... - pomyślała. – Fascynujące... Podeszła bliżej i powoli chwyciła klamkę. Drzwi nie ustąpiły. Pociągnęła mocnej, ale daremnie. Zamknięte - stwierdziła z rozczarowaniem.
***
- Błagam, nie miejcie takich ponurych min! - zawołała pani Watson, wbiegając w pośpiechu do salonu.
Obie siostry spoczywały na kanapie. Mary ze swoją bujną, rudą czupryną, leżała, głowę opierając na poduszce, a ciemnowłosa Hope siedziała sztywno, złożywszy dłonie na podołku.
- Czy ja tak dużo od was wymagam? - westchnęła pani Watson. - Wiem, że nie darzycie Andrei sympatią, ale gdy tu zamieszka, macie się zachowywać, jakby cieszyła was jej obecność. Nie chcemy chyba, żeby poczuła się niechciana, nieprawdaż? - Tymi słowami kobieta zakończyła swój wywód, po czym skierowała swe kroki w stronę kuchni.
Dziesięć minut później Linnet usłyszała dzwonek do drzwi.
- Andrea! - zawołała. - Tak szybko? - Odłożyła nóż, którym siekała marchewkę, zdjęła fartuch i pobiegła do salonu.
Hope i Mary nadal siedziały bezczynnie na kanapie.
- Wstawajcie, już! - ponagliła je. - I może byście powitały kuzynkę uśmiechami? Wyglądacie, jakbyście szły na ścięcie - dodała, chwytając klamkę. Skłonność do przesady leżała w naturze pani Watson.
W otwartych drzwiach stanęła Andrea.
- Dzień dobry. - Jej głos był uprzejmy, ale chłodny.
- Och, pewnie, że dobry, wejdź proszę – odpowiedziała Linnet Watson, odsuwając się, by dziewczynka mogła wejść do pomieszczenia.
Andrea niechętnie przekroczyła próg i rozejrzała się po pomieszczeniu. Ubrana była w białą sukienkę z bufiastymi rękawami, którą Linnet określiła w myślach mianem przedpotopowej.
Nie dało się ukryć, że ostatnio pani Watson widziała swą małą krewną prawie dwa lata temu, stwierdziła więc, że dziewczynka była wyższa i chudsza, a twarz miała nieco szczuplejszą. Wciąż jednak charakteryzowała się drobną, filigranową sylwetką, jej skóra była bardzo blada, a na ramiona dziewczynki opadały te same, jasne, niemal białe włosy. Natura obdarzyła ją również ustami w kolorze malin i przejrzystym spojrzeniem błękitnych oczu. Linnet zawsze uważała Andreę za bardzo ładną, choć w jej wyglądzie było coś niepokojącego, może przenikliwe spojrzenie, może blada cera.
- Hmm. Ciekawy wystrój wnętrza - skomentowała dziewczynka bezbarwnym tonem, przyglądając się czarnym, skórzanym kanapom, szklanemu stolikowi i zakurzonym półkom, wypełnionym równie zakurzonymi księgami.
- Ach, moja droga, jeszcze się on zmieni – powiedziała Linnet, zgarniając z czoła ciemną grzywkę. - Zatrudniłam mojego przyjaciela do przywiezienia starych mebli... Ale nie wszystkich, bo nie wiem, jak ci się tu podoba, ale mnie wprost zachwyca... ten wystrój.
Andrea zignorowała paplaninę ciotki i ruszyła w stronę schodów, tocząc za sobą walizkę. Obróciła się z powrotem w stronę Linnet i zapytała, powoli przeciągając sylaby:
- Gdzie znajduje się mój pokój? Chciałabym pobyć sama.
- Ekhm... Naturalnie, moja droga, masz za sobą ciężki okres... Na drugim piętrze są takie białoróżowe drzwi. Sądzę, że tamten pokój jest idealny dla dwunastoletniej dziewczynki. Takiej jak ty.
Andrea zawahała się przez moment i rzekła:
- Oczywiście. - Weszła na schody, taszcząc za sobą walizkę.
Biedne, biedne dziecko. Ale cóż, idę dalej robić obiad, mam nadzieję, że będzie jej smakował - pomyślała Linnet.
***
Mary jęknęła cicho i wyszeptała w stronę Hope:
- Ona mnie przeraża. Nie sposób stwierdzić, czy jest taka nieśmiała, smutna, czy po prostu nas nienawidzi.
Siostra Mary również czuła się skrępowana przy enigmatycznej kuzynce, ale odszepnęła:
- Przesadzasz. Dopiero co przyjechała, jej rodzice nagle zmarli. Ma powody, by...
- Tak? - przerwała jej Mary. - A kiedy ostatnio zachowywała się inaczej?
Hope nie wiedziała, co odpowiedzieć, westchnęła więc tylko i przestąpiła z nogi na nogę.
- No właśnie. To ja już pójdę... Mam coś do zrobienia - powiedziała Mary.
- Co takiego?
- Czy ty zawsze musisz wszystko wiedzieć? - burknęła dziewczyna, odgarniając z twarzy niesforny rudy kosmyk. - Chcę pozwiedzać nowy dom.
- Aha. No tak... Ja też muszę go kiedyś obejrzeć.
Mary nie odpowiedziała i wyszła z salonu.
Dziewczynie nie podobało się, że Linnet tak nagle się przeprowadziła, nie zważając na to, że jej córki wcale nie miały ochoty zmieniać miejsca zamieszkania. Musiała jednak przyznać, że była jedna dobra strona tej sytuacji: mogła teraz dokładnie sobie obejrzeć tę wielką rezydencję.
- Na pierwszy ogień pójdzie ten pokój - powiedziała do siebie i podeszła do najbliższych drzwi.
Przekręciła gałkę, weszła do środka i zamarła. To musiała być biblioteka! Ściany zastawione były regałami podobnymi do tych, które znajdowały się w Hogwarcie.
- Ile tu książek... - wyszeptała.
Mary uwielbiała książki. Przeczytała już pewnie połowę tych, które znajdowały się w szkole, oczywiście nie licząc tych z działu Ksiąg Zakazanych.
Z postanowieniem, że na pewno tu wróci w celu dokładniejszego przyjrzenia się księgom, opuściła pokój, zamykając za sobą drzwi. Otworzyła kolejne i zajrzała do środka. Ten pokój musiał kiedyś komuś służyć za gabinet. Pośrodku stało biurko, na którym leżały rolki pergaminu i świecznik. Prawie cały wosk się stopił. Podeszła do biurka i usiadła na twardym krześle. Rozwinęła jedną rolkę.
Starożytne runy. Niech to. Niczego tu nie przeczytam. Przejrzała kolejne rolki, ale wszystkie zawierały runy, żadna nie była zapisana w znanym jej języku.
Dziwne. Gabinet wygląda, jakby ktoś opuścił go w czasie pracy i już nie wrócił... Część tekstów wygląda na niedokończone!
Otworzyła szufladę biurka. W środku leżała opasła książeczka w skórzanej oprawie. Na okładce złociły się słowa "Ten dziennik należy do Sebastiana Moore’a. Zaglądasz na własną odpowiedzialność." Mary uśmiechnęła się drwiąco. Ten Sebastian pewnie już od dawna nie żyje. Nic nie zrobi, jeśli Mary przeczyta jego wpisy.
Przekartkowała dziennik i położyła go na biurku. Weźmie go potem do swojego pokoju i przeczyta. Od deski do deski.
I co ty na to, Sebastianie? Co mi zrobisz?
Zajrzała do wszystkich szuflad, ale nie znalazła w nich nic ciekawego.
Przejrzała również gabloty, szafki i szafeczki. Sebastian musiał być bardzo interesującym człowiekiem. Trzymał w swoim gabinecie mnóstwo różnych pamiątek z wypraw w najróżniejsze miejsca świata.
W pewnym momencie natknęła się na coś godnego uwagi.
Oho, album ze zdjęciami! – ucieszyła się.
Też go sobie wezmę. I obejrzę. Położyła album na podłodze i ostrożnie zamknęła drzwiczki gabloty.
Czuła się teraz bardzo zadowolona z siebie, ale nie mogła się pozbyć wyrzutów sumienia. Przecież ten, kto tu mieszkał, sprzedał mieszkanie. A teraz to był jej dom, nie jego. Nie naruszała niczyjej własności, bo to wszystko należało teraz do niej. Raczej...
O, jeszcze ten kufer przy drzwiach. Wcześniej go nie zauważyłam... Uklękła na ziemi i z trudem otworzyła ciężkie wieko kufra.
Co? To niedorzeczne... Zaczęła wyjmować ze środka płachty fioletowego materiału. Na samym dnie znajdował się mały, srebrny kluczyk.
- I po co to tam wsadził? – spytała, jakby licząc, że materiał jej odpowie. - Może mi się przyda... pewnie są tu jakieś zamknięte drzwi. Zakładam, że Moore nie chciał, żeby ktoś je otworzył. - Wyjęła klucz z kufra.
No, to chyba na dziś starczy zwiedzania, dokończę je jutro. – pomyślała z zadowoleniem i wyszła z pokoju, zabierając ze sobą dziennik, album i srebrny klucz.
Po pierwsze - nie możesz robić tak długich przerw między pierwszym a drugim rozdziałem, masz na to absolutny zakaz
Dziwi mnie, że dopiero teraz Mary wzięła się za zwiedzanie nowego domu - wydaje się być dość ciekawską dziewczyną, myślę, że od razu wzięłaby się za zwiedzenie nowego mieszkania. Szczególnie, jeśli byłoby ono tak osobliwie jak te ;>
Rozdział czytało się bardzo dobrze, nie wyłapałam osobiście żadnych błędów, nic mi nigdzie nie zgrzytało. Jestem ciekawa, jak rozwiniesz wątki Andrei i Sebastiana, bo czuję, że za nim też kryje się jakaś ciekawa historia. Pisz dalej, tylko koniecznie częściej!