Przygód Ginny i Rona ci±g dalszy.
Ginny i Ron byli gotowi na wyprawê. W pokoju ch³opaka zostawili list, w którym wyja¶nili, dok±d zamierzali siê udaæ i co zrobiæ. Potem ramiê w ramiê weszli do lasu.
— My¶lisz, ¿e ta nimfa nam co¶ zrobi? — spyta³ Ron, odsuwaj±c ga³±¼ na bok.
Trawy by³y tak wysokie, ¿e niemal dostawa³y Ginny do kolan. Na szczê¶cie za³o¿y³a rajstopy, bo gdyby nie one, ju¿ dawno poparzy³aby siê pokrzywami znajduj±cymi siê wrêcz na ka¿dym kroku. Ron niestety musia³ siê co chwilê drapaæ albo schylaæ przed ka¿d± mijan± ga³êzi±, ¿eby potem nie wróciæ ca³y obdrapany do domu. O ile w ogóle wróc±.
— Kto wie? Ostatnio macha³a nad moj± g³ow±, ¿eby przepêdziæ... co¶. — Skrzywi³a siê.
Odgoni³a jedn± rêk± owada, gdy drug± przytrzyma³a ga³±¼. Sz³a tu¿ za Ronem, który ka¿dy krok stawia³ ostro¿nie, jakby spodziewa³ siê, ¿e nagle zza krzaków wyskoczy nimfa i ich zje.
Ginny naprawdê nie lubi³a tego lasu. Ogó³em niespecjalnie uwielbia³a przebywaæ w miejscu, w którym w ka¿dej chwili co¶ mog³o j± zaatakowaæ, a ów busz idealnie siê w te kryteria wpasowywa³. Czy to zwierzêta, czy to ro¶liny, czy nawet grunt: wszystko wydawa³o siê niebezpieczne.
— Poza tym uzna³a, ¿e to dla mnie jaki¶ prezent. Wziê³a mnie za Indiankê i chyba my¶la³a, ¿e przepêdzaj±c to... co¶, zrobi mi przyjemno¶æ. — Wzruszy³a ramionami, mimo i¿ Ron nie móg³ tego zauwa¿yæ.
Ginny czu³a pod stopami tward± ziemiê. W tym momencie zag³êbiali siê w tê czê¶æ lasu, która by³a wyj±tkowo gêsta. Drzewa ros³y wysoko, wy¿ej ni¿ dom Weasleyów, a trochê dalej zwiêksza³a siê ilo¶æ paproci i krzaków. Ju¿ wkrótce dojd± do roz³o¿ystego krzewu ostrê¿nic, przy którym dwukrotnie zatrzymywa³a siê wcze¶niej na przek±skê.
— W sumie wygl±dasz na Indiankê. — Ron odwróci³ g³owê, ¿eby ujrzeæ, jak twarz Ginny przybra³a pochmurny wyraz. — Nie wiñ mnie, tylko to, jak wygl±dasz.
Pu¶ci³ ga³±¼, która uderzy³a Ginny prosto w twarz.
— Ach tak? Mów dalej — spyta³a gniewnie, w ostatniej chwili ³api±c kolejn± witkê. Z³ama³a j± na wpó³ i wyrzuci³a w trawê, choæ najchêtniej cisnê³aby ni± w g³owê brata.
— Gdyby¶ przesta³a zaplataæ tego warkoczyka albo nosiæ tê durn± czapkê jak jakie¶ trofeum, mo¿e wziê³aby ciê za normaln± dziewczynê. A tak to proszê: czarowa³a co¶ nad twoj± g³ow± i wygadywa³a bzdury nie z tej ziemi. — Nagle zatrzyma³ siê i odwróci³ w stronê Ginny ze zmru¿onymi od podejrzliwo¶ci oczami. — Czekaj... A co, je¶li jeste¶ zaklêta i w³a¶nie prowadzisz mnie na ¶mieræ?
Cofn±³ siê o krok, kiedy Ginny prychnê³a i zaplot³a rêce na piersi.
— Nie wyg³upiaj siê. Gdybym by³a zaczarowana, poczu³abym to.
Ron zeskanowa³ wzrokiem Ginny od góry do do³u, nie bêd±c ani trochê przekonanym. Zrobi³ kolejny krok w ty³.
— To samo powiedzia³aby osoba zaczarowana.
Ginny przewróci³a oczami i przepchnê³a siê obok Rona.
— W porz±dku, mo¿esz zostaæ tutaj. Stañ na czatach, a ja pójdê przodem. I tak jeste¶my ju¿ blisko.
I w rzeczywisto¶ci niewiele brakowa³o do strumienia. S³ysza³a z niedalekiej odleg³o¶ci uspokajaj±cy d¼wiêk p³yn±cej wody. Powietrze by³o wilgotne i ciê¿kie; nawet ptaki nie æwierka³y, bo niedawno co skoñczy³o padaæ.
— Pilnuj ty³ów — rozkaza³a Ronowi, który wci±¿ nie nabra³ zaufania do siostry, ale mimo wszystko kiwn±³ g³ow±.
Ginny wziê³a g³êboki oddech, zwi±za³a spuszone w³osy w kitkê i ruszy³a do przodu jak ¿o³nierz id±cy na wojnê.
Z ka¿d± przebyt± stop± jej serce zamienia³o siê w ciasny supe³, a rêce coraz bardziej poci³y. Nogi jakby automatycznie siê porusza³y, a plecy pozostawa³y wyprostowane. Ginny oczami wyobra¼ni widzia³a, jak wraca do domu z triumfem w oczach, a ca³a rodzina jest z niej dumna, bo zachowa³a siê jak prawdziwa Gryfonka i pokona³a nimfê. Weasley za¶ nie posiada³aby siê ze szczê¶cia, gdyby taki scenariusz naprawdê zaistnia³. Szkoda jednak, ¿e za wcze¶nie by³o, by spocz±æ na laurach.
Minê³a oznaczone drzewo, a po chwili znalaz³a siê przy strumieniu, u którego brzegu znowu przesiadywa³a nimfa. Teraz jednak siedzia³a cicho, wpatruj±c siê w wodê, a ¿adne ptaki nie kr±¿y³y nad jej g³ow±. Ginny pomy¶la³a, ¿e mo¿e dziewczynka znajdowa³a siê my¶lami daleko st±d, ale w mig siê otrz±snê³a. Czy zamy¶lona, czy nie, nimfa odpowie na wszystkie pytania m³odej Weasley i nie istnia³a ¿adna magia, by j± od tego planu odwie¶æ.
Ginny skulona przebieg³a na dó³ i, tak jak wcze¶niej, stanê³a za nimf±. Tym razem jednak by³a nieuzbrojona, a jedyna pomoc w postaci brata znajdowa³a siê wysoko ponad ni±, kilka stóp dalej. Zacisnê³a rêce w piê¶ci i wyprostowa³a siê, jakby przygotowuj±c siê do ka¿dej mo¿liwo¶ci ataku ze strony dziewczynki.
Odchrz±knê³a g³o¶no i od razu zrobi³a krok w ty³, kiedy nimfa ocknê³a siê i odwróci³a w jej stronê.
— Och, to znowu ty — westchnê³a blondw³osa dziewczynka, odwracaj±c siê ku strumieniu. — Odganianie gnêbiwtrysków pomog³o?
Ginny zacisnê³a usta w w±sk± liniê. Nie mia³a zielonego pojêcia czym s± gnêbiwtryski, ale patrz±c po nazwie, nie by³y zbyt dobrymi stworzeniami.
— Nie.
Nimfa zaatakuje teraz, czy za kilka minut, jak skoñcz± pogawêdkê?
— A szkoda. Na tatê to zawsze dzia³a.
Ginny widzia³a po dziewczynce, ¿e siê zasmuci³a. Znowu wbi³a wzrok w strumieñ i porusza³a nogami, wywo³uj±c falê. Woda by³a zaskakuj±co czysta, a na dnie Weasley zauwa¿y³a wiele kamieni.
— Siadasz? Woda z tego strumienia ma w³a¶ciwo¶ci lecznicze, a twoim nogom siê chyba przyda.
Ginny sapnê³a z irytacji. Gdyby woda rzeczywi¶cie leczy³a, Weasley ju¿ dawno by o tym wiedzia³a.
— Wolê postaæ — stwierdzi³a butnie.
Nimfa wzruszy³a ramionami. Na jej twarzy nie odbija³y siê ¿adne emocje, a pusty wzrok by³ zawieszony na strumieniu. Ginny nie s±dzi³a, aby blondynka szuka³a czego¶ konkretnego w wodzie, bo w przeciwnym razie nie siedzia³aby bez ruchu, jakby wszelkie si³y witalne opu¶ci³y jej cia³o.
Weasley postanowi³a wiêc wykorzystaæ sytuacjê, póki nimfa by³a my¶lami nieobecna.
— Dlaczego nie zamieni³a¶ siê w syrenê, gdy obla³am ciê wod±?
Odwróci³a w jej stronê g³owê, a Ginny przez moment zauwa¿y³a b³ysk zdziwienia w oczach dziewczyny.
— A dlaczego bym mia³a? Tak potrafi± tylko magiczne stworzenia.
Ginny mia³a wielk± ochotê potrz±sn±æ nimf±, byleby tylko przesz³a do sedna. Nie lubi³a, kiedy kto¶ k³ama³ jej w ¿ywe oczy, je¶li widzia³a dowód na swoj± racjê. A w tym przypadku jasno i dobitnie dziewczynka naprzeciwko udowodni³a, ¿e nie by³a cz³owiekiem.
— Przestañ. Widzia³am, jak ro¶liny zachowuj± siê wokó³ ciebie. Obrastaj± ciê jak królow±.
Nimfa wci±¿ patrzy³a na ni± ze zdziwieniem, co tylko bardziej zdenerwowa³o Ginny. Splot³a rêce na piersi i wysunê³a lew± nogê do przodu.
— Wiêc mów, dlaczego siê nie przemieni³a¶. — Weasley zadar³a podbródek i spojrza³a z góry na dziewczynkê.
Nie przejmowa³a siê, ¿e blondynka ci±gle wgapia³a siê w ni± swoimi niebieskimi oczami. Ginny nie wiedzia³a, która w tamtym momencie wygl±da³a straszniej: ona czy nimfa. W koñcu obydwie nie by³y piêkne, a co dopiero po deszczu.
— Nie potrafiê — odpowiedzia³a prosto dziewczynka, a jej ton przybra³ pusty wyraz, niemal taki sam jak przewiercaj±ce Ginny na wylot oczy. — Gdybym umia³a, rodzice byliby najszczê¶liwszymi osobami na ziemi.
Odwróci³a wzrok ku z³±czonym d³oniom, które, jak dopiero teraz Ginny zauwa¿y³a, w niektórych miejscach by³y poparzone i zaczerwienione. Ich widok sprawi³, ¿e poczu³a obrzydzenie. Nienawidzi³a widzieæ czyich¶ ran, bo to oznacza³o, ¿e kry³y za sob± przykr± historiê, a Ginny naprawdê nie lubi³a rozpaczy i smutku. Poza tym oparzenia wygl±da³y okropnie, jakby nimfa próbowa³a siê broniæ przed ¿r±cymi miksturami.
— Co ci siê sta³o w rêce? — spyta³a Weasley, kiwaj±c w stronê d³oni.
Mo¿e to siê wydawa³o g³upie, ale naprawdê zainteresowa³o j±, sk±d u magicznego stworzenia pojawi³y siê takie rany. A je¶li mia³a dzi¶ umrzeæ, to czemu by nie dowiedzieæ siê czego¶ wiêcej?
— Moja mama eksperymentowa³a z Eliksirem Bulgeye. Niestety straci³a nad nim panowanie i wybuch³ na ca³y pokój.
Ginny skrzywi³a siê na tê historiê. Wola³a sobie nie wyobra¿aæ, w jakim stanie by³a matka tej nimfy.
— I co, twoja mama jest w jakim¶ o¶rodku dla magicznych zwierz±t?
Kiedy dziewczynka unios³a wzrok, Ginny zrozumia³a, ¿e to by³o bardzo nietaktowne zagranie. Z drugiej strony jednak niewiele j± to obchodzi³o.
— Jest w ¦w. Mungu — odpowiedzia³a niemal¿e lekko blondynka, mimo ¿e twarz i oczy wskazywa³y, ¿e a¿ tak lekko siê nie czu³a.
Ginny mrugnê³a ze zdziwienia.
— W Mungu? Przecie¿ tam przyjmuj± tylko czarodziejów.
— Moja mama jest czarownic±. Tata równie¿ jest czarodziejem.
Serce Weasley zatrzyma³o siê na moment, kiedy nimfa-nie-nimfa wypowiedzia³a s³owa. To by³o jak uderzenie w brzuch: nag³e i bolesne. Skoro dziewczynka naprzeciwko to nie nimfa, to w takim razie Ginny nie mog³a liczyæ, ¿e wróci do rodziny z dobrymi wie¶ciami o pokonaniu gro¼nego stworzenia. Ca³e marzenie rozpad³o siê w py³.
— Przykro mi — powiedzia³a Ginny pustym g³osem.
Naprawdê chcia³a pokazaæ rodzinie, ¿e by³a godna uwagi. Od dawna ¶ni³a o tym, i¿ rodzice poklepywali j± po plecach i mówili, jacy s± dumni z takiej córki, jak± mieli. Teraz jednak czu³a wielkie rozczarowanie, ¿e nimfa okaza³a siê zwyczajn± dziewczynk± i nikim ponadprzeciêtnym. Gdzie¶ g³êboko w pod¶wiadomo¶ci pragnê³a stoczyæ walkê z magicznym stworzeniem i wyj¶æ z tej walki zwyciêsko.
Usiad³a obok dziewczynki i wpatrzy³a w swoje odbicie w wodzie. Ukazywa³o przegranego, nudnego rudzielca z brakiem talentów, ze ¶redni± urod± i ¿adn± blisk± osob±, która mog³aby j± pocieszyæ.
— Chrapaki maj± j± w opiece — odpowiedzia³a blondynka, zataczaj±c nogami ko³a w wodzie.
Przez d³ug± chwilê siedzia³y w ciszy, napawaj±c siê odg³osem szumu wody i szeleszcz±cych li¶ci. Niebo wci±¿ pokrywa³y szare chmury, jakby znowu mia³o zacz±æ padaæ. Ginny jednak siê tym nie przejmowa³a. Je¶li mia³a wracaæ ca³a przemoczona do domu, niech i tak bêdzie. Przynajmniej dope³ni obraz czystej pora¿ki, jak± dzisiaj pope³ni³a.
— Czemu tamten ch³opak siê tak na nas gapi? — spyta³a w pewnym momencie dziewczyna, kiwaj±c g³ow± w stronê drzew.
Ron mierzy³ j± wzrokiem jak wroga, co Ginny doskonale widzia³a nawet z tej odleg³o¶ci. Sta³ skulony z kapturem na g³owie, wychylaj±c siê spoza krzaka niczym prawdziwy, nieudolny agent.
— To mój brat. Uwa¿a ciê za nimfê i my¶li, ¿e chcesz mnie zabiæ — wyja¶ni³a pokrótce Ginny, obserwuj±c, jak pusta twarz dziewczyny powoli nabiera kolorów i przyjmuje zainteresowany wyraz.
— Och.
Weasley uzna³a, ¿e „och" to dobry sygna³ do poznania blondynki, skoro nie wydawa³a siê chcieæ zamordowaæ Rona.
— Jak siê nazywasz?
Odwróci³a siê od Rona, a na jej twarz wyp³yn±³ lekki, rozmarzony u¶miech.
— Luna Lovegood. A ty?
— Ginny Weasley. — Skinê³a g³ow± i wyci±gnê³a rêkê w stronê nowej znajomej, któr± ta szybko potrz±snê³a.
— Nie wiedzia³am, ¿e Weasleyowie to Indianie.
Ginny wyba³uszy³a ze zdziwienia oczy i prêdko opu¶ci³a rêkê. Luna za¶, nic sobie nie robi±c z otêpia³ego wzroku Weasley, odwróci³a siê w stronê rzeki i weso³o zamacha³a nogami.
Wychodzi³o na to, ¿e mia³y ze sob± wiele do omówienia.
***
Ron wrêcz kipia³ ze z³o¶ci, kiedy wracali do domu. Ginny spokojnie pod±¿a³a za nim, staraj±c siê ignorowaæ ga³êzie, których brat umy¶lnie nie przytrzymywa³, tak aby ca³y czas uderza³y j± w twarz. Zacisnê³a zêby i bez s³owa, jak potulny baranek, ruszy³a za nim.
Bêd±c z ty³u, Ginny widzia³a napiête plecy Rona oraz zbiela³e piê¶ci. Doskonale wiedzia³a, co w³a¶nie prze¿ywa³: jedn± wielk± z³o¶æ, która rozp³ywa³a siê po ca³ym ciele i odbiera³a mowê. Atmosfera w powietrzu by³a napiêta i sugerowa³a, ¿e brat nie wytrzyma d³ugo w ciszy. Ginny ju¿ tylko czeka³a na wybuch.
Deszcz znowu zacz±³ padaæ, przez co ich humory znacznie siê pogorszy³y. Ginny s³ysza³a g³o¶ne pla¶niêcia przemoczonych butów w b³ocie i uderzaj±ce o li¶cie krople. Powietrze cudownie pachnia³o wilgoci±.
— Martwi³em siê o ciebie — powiedzia³ nagle Ron, nie zwalniaj±c kroku i nie odwracaj±c siê w stronê siostry.
Brzmia³ na zdenerwowanego, o co Ginny nie mog³a go winiæ. Gdyby by³a na jego miejscu, ju¿ dawno wybuchnê³aby z³o¶ci± i krzycza³aby na ca³y las, dopóki kto¶ z rodziny by ich nie us³ysza³.
— By³em nawet gotów rzuciæ siê, ¿eby ciê ratowaæ.
— Nie musia³e¶ — odpowiedzia³a spokojnie Ginny, przytrzymuj±c kolejn± ga³±¼.
W tej chwili wola³a zachowaæ ostro¿no¶æ i nie mówiæ niczego pochopnie. Naskakiwanie na brata mog³o siê ¼le skoñczyæ, szczególnie kiedy by³ na granicy cierpliwo¶ci.
Przez chwilê szli w ciszy. Ginny mog³a napawaæ siê zapachem powietrza i pogod± ducha, która nagle zala³a jej cia³o. Lubi³a, kiedy pada³o. Co prawda wola³a wtedy siedzieæ w domu i czytaæ ksi±¿kê, kiedy na zewn±trz panowa³a szaro¶æ, jednak na ten moment wilgoæ a¿ tak jej nie przeszkadza³a.
— Nie musia³em? — sarkn±³ Ron. — Jestem twoim bratem. Oczywi¶cie, ¿e musia³bym ci pomóc. Od tego jest rodzina.
Ginny nic nie powiedzia³a, choæ na usta cisnê³o jej siê wiele niemi³ych s³ów.
— I tak po prostu jej zaufa³a¶? A mo¿e ona w³a¶nie chcia³a, ¿eby¶ uwa¿a³a j± za niegro¼n±?
— Luna jest czarownic±, Ron. Nie zrobi³aby nam krzywdy.
— Oczywi¶cie! No tak, jak mog³em o tym nie pomy¶leæ? Ka¿dy, kto jest czarodziejem, automatycznie jest naszym przyjacielem!
Rzuci³a mu zdenerwowane spojrzenie, kiedy macha³ rêkami, nieomal trafiaj±c j± w g³owê. Przybra³ tak fa³szywie weso³y ton, na jaki go by³o staæ, i wrêcz z u¶miechem wykrzykiwa³ swoje zdanie. Gdyby tylko ktokolwiek znajdowa³ siê w pobli¿u, natychmiastowo zwróci³by na nich uwagê.
— By³o, minê³o. Nie masz siê co przejmowaæ. Luna nie jest nimf±, sprawa zamkniêta i mo¿esz i¶æ w spokoju spaæ.
— Och, dziêkujê za przyzwolenie. W koñcu zala³a mnie ulga.
Ginny naprawdê musia³a siê powstrzymywaæ, ¿eby nie powiedzieæ kilka niemi³ych s³ów. Co prawda rozumia³a powód zdenerwowania brata, ale i tak nie mog³a siê nie zdenerwowaæ. W koñcu wszystko siê dobrze skoñczy³o, prawda?
— W ogóle co ty sobie my¶la³a¶, ¿eby pój¶æ tam bez ¿adnej broni? Liczy³a¶ na ³ut szczê¶cia czy co?
— Po prostu chcia³am skoñczyæ sprawê najszybciej, jak siê da³o.
I w koñcu udowodniæ, ¿e nie jestem nikim, dopowiedzia³a w my¶lach.
— W takim razie ¶wietnie ci posz³o. Zadowolona ze swoich wyników?
— Nawet bardzo — stwierdzi³a ponuro, pó³ k³ami±c, pó³ mówi±c prawdê.
Luna by³a naprawdê fantastyczna. Dziêki niej Ginny mog³a choæ na chwilê siê zrelaksowaæ i odej¶æ do ¶wiata marzeñ. Gdy nowo poznana dziewczyna opowiada³a tak niestworzone historie, jak to Weasleyowie mogli staæ siê Indianami, Ginny wrêcz zapomnia³a o Billu i Apolonii. Mimo wszystko jednak widmo odniesionej pora¿ki, ¿e nie pokona³a nimfy, wisia³o nad ni± jak szare chmury zapowiadaj±ce deszcz.
— Zaraz bêdziemy w domu — poinformowa³a Weasley, widz±c majacz±cy z daleka wysoki, kamienny komin.
Ze wstydem przyzna³a, ¿e nie chcia³a wracaæ. Nie potrafi³a spojrzeæ rodzicom w twarz. Gdyby tylko ktokolwiek z rodziny wiedzia³ o ma³ym polowaniu na nimfy, zapewne stroi³by sobie z Ginny ¿arty a¿ do koñca ¿ycia. Wystarcza³o, ¿e Ron widzia³ ow± pora¿kê, jakiej do¶wiadczy³a.
— Mówimy rodzicom? — spyta³, a Ginny wnet unios³a g³owê i wykrzyknê³a:
— Nie, na Merlina, nie! Jeszcze siê pytasz? Bêdziemy mieli przechlapane, jak siê dowiedz±.
Ron wzruszy³ ramionami z obojêtn± min±. Wydawa³o mu siê wszystko jedno, czy ktokolwiek bêdzie wiedzia³, czy nie. Dla Ginny to sprawa ¿ycia i ¶mierci.
Spojrza³a na niego k±tem oka, gdy siê zrównali. Mo¿e i jego twarz niczego nie wyra¿a³a, ale Ginny doskonale zdawa³a sobie sprawê, ¿e wci±¿ by³ na ni± z³y. Utkwi³ wzrok w jednym punkcie, co zawsze oznacza³o, ¿e stara³ siê pozbieraæ my¶li. Nawet nie patrzy³, czy cokolwiek zagradza³o mu drogê; po prostu szed³ przed siebie i nic go nie obchodzi³o.
W pewnym momencie zatrzyma³a siê tu¿ na skraju lasu. Widzia³a, ¿e ¶wiat³a w oknach s± zapalone, a gdy siê przyjrza³a, zauwa¿y³a Charlie'ego chodz±cego po pokoju. ¦ciana deszczu jednak nie pozwala³a ujrzeæ niczego, co nie by³o o¶wietlone.
— Ron...? — powiedzia³a niepewnie, wci±¿ wpatruj±c siê w Charlie'ego. — Mo¿esz mi co¶ obiecaæ?
Brat obróci³ siê do niej z wyra¼nym poirytowaniem.
— Mo¿e jak wrócimy do domu. Nie chcê siê przeziêbiæ.
— Proszê, nie mów nikomu o tym, co siê dzisiaj sta³o — wypali³a, gdy ju¿ siê odwraca³, by pój¶æ dalej.
Wlepi³a w niego b³agaj±ce spojrzenie. Mog³a nawet pa¶æ na kolana, wy¶piewaæ ¿yczenia, cokolwiek, byleby tylko nie musia³a znosiæ upokorzenia.
Ron po d³u¿szej chwili z wolna pokiwa³ g³ow±, choæ wci±¿ wygl±da³ na tak samo nieugiêtego z tymi swoimi zaplecionymi rêkami, jak kilka minut wcze¶niej. Ginny westchnê³a z ulg±, a stres opu¶ci³ jej klatkê piersiow± jak za dotkniêciem ró¿d¿ki.
— Dziêkujê — wymamrota³a, a Ron znowu kiwn±³ g³ow±.
— A teraz chod¼. Ju¿ mi siê zbiera na dreszcze i kichanie.
Ginny podbieg³a do brata i razem przeszli drogê do domu. Zostawiali za sob± odciski butów i ¶lizgali siê na b³otnistej ¶cie¿ce, o ma³o siê nie wywracaj±c. Ginny czu³a siê strasznie nieswojo, gdy g³o¶ne klapniêcia zwiastowa³y d³ugie mycie obuwia. W koñcu jednak dotarli do drzwi.
Z obu stron wisia³y malutkie latarnie, w których ¶wieczki siê powoli wypala³y. Weasley a¿ do teraz nie zdawa³a sobie sprawy, jak bardzo przemokniêta i zimna by³a. Jak dot±d wstyd skutecznie odpiera³ wszystkie inne uczucia. Teraz przynajmniej deszcz nie pada³ im na g³owy; znale¼li siê pod daszkiem, z którego zwisa³y w donicach czerwone kwiaty.
— Przepraszam — odezwa³a siê nagle, czuj±c, ¿e tak powinna zrobiæ, mimo ¿e wstyd znowu nie pozwoli³ jej spojrzeæ bratu w oczy. — Za wszystko, co siê dzisiaj sta³o. ¯e musia³e¶ siê o mnie baæ.
Zapanowa³a cisza. Ginny miêtoli³a kawa³ek bluzki, patrz±c na swoje buty. Dawno nie by³a tak skruszona, jak dzi¶. Najchêtniej schowa³aby w tym momencie g³owê w piach lub zamieni³a siê w jedn± z tych ro¶lin doniczkowych, które tak piêknie wygl±da³y jako ozdoba domu.
Ron westchn±³ i ¶cisn±³ ramiê siostry. Dopiero teraz odwa¿y³a siê unie¶æ wzrok: jego twarz przybra³a ³agodniejszy wyraz. Mo¿e i Ron ³atwo popada³ w zdenerwowanie, ale równie szybko z³o¶æ z niego uchodzi³a jak z pêkniêtego balonika. W jednej chwili potrafi³ dyszeæ z gniewu, a w drugiej ¶miaæ siê serdecznie z niedawnego wybuchu.
Ginny poczu³a spokój zalewaj±cy jej cia³o jak ciep³a herbata w zimowy poranek. Lekki u¶miech brata spowodowa³, ¿e ona równie¿ nie mog³a powstrzymaæ siê od pó³u¶miechu.
— Wybaczam — odpowiedzia³ w sympatyczny sposób, który zawsze sprawia³, ¿e Ginny czu³a siê bezpieczna. — Ale teraz w³a¼ do ¶rodka. Mam ju¿ do¶æ deszczu.
Dziewczynka roze¶mia³a siê i wesz³a do domu. Nawet nie zauwa¿y³a, jak poczucie pora¿ki przesta³o nawiedzaæ jej my¶li, a da³a porwaæ siê rado¶ci. Du¿o mówi³a, a Ron s³ucha³, a potem na odwrót: Ron gada³, a ona siê przys³uchiwa³a.
I gdyby nie fakt, ¿e rzeczywi¶cie nazajutrz siê pochorowali, by³oby... zaskakuj±co dobrze.