Kradzie¿ i wielka ucieczka Ginny.
Rok pó¼niej, gdy Ginny koñczy³a dziewiêæ lat, Weasleyowie urz±dzili dla niej ma³e urodziny. Jak dot±d organizowali huczne przyjêcia, spraszaj±c wszystkie ciotki, wujków, kuzynów i przyjació³, a biesiada trwa³a a¿ do bia³ego rana. Tym razem jednak postanowili wyprawiæ ma³± imprezê tylko dla najbli¿szej rodziny.
Zazwyczaj przygotowania trwa³y od ¶witu. Gdy zje¿d¿ali siê Weasleyowie z ka¿dego zak±tka Wielkiej Brytanii, pracy by³o nie do¶æ, a koñcowy efekt powala³ na kolana. Oczywi¶cie gospodarze harowali jak wo³y, aby wszystko by³o perfekcyjne, a i tak zdarza³o siê, ¿e kto¶ z go¶ci podpali³ obrus, zbi³ wazon lub upu¶ci³ kawa³ek ciasta na pod³ogê. Tak to ju¿ bywa³o, ale Ginny nie mia³a za z³e ogólnemu harmiderowi, jaki zazwyczaj panowa³.
W tym roku jednak za¿yczy³a sobie skromnego przyjêcia bez wielkich przygotowañ i z ma³± ilo¶ci± go¶ci.
Przez poprzednie dziewiêæ lat Ginny udawa³o siê przetrwaæ wszystkie imprezy (zarówno braci, jak i jej w³asne) tylko dziêki Billowi. Zawsze wybawia³ j± od niewygodnych pytañ ze strony rodziny, pozwala³ na chwilê odsapn±æ, by potem móc wróciæ do biesiaduj±cych z now± energi± i zapa³em godnym rudow³osych Weasleyów. Bill potrafi³ tak zauroczyæ towarzystwo, ¿e Ginny mog³a oddaliæ siê niewidzialna do spokojniejszej czê¶ci domu: w tym przypadku do jej pokoju. Ogród, balkon, kuchnia i salon by³y ca³y czas okupowane.
Teraz jednak Billa nie by³o, a Ginny musia³a sobie jako¶ bez niego radziæ. Dlatego te¿ wybra³a bezpieczn± opcjê: tylko rodzice i bracia, nikogo innego.
Same urodziny wypad³y tak, jak to sobie wyobra¿a³a: zgromadzili siê wokó³ sto³u, na którym znajdowa³ siê truskawkowy tort z dziewiêcioma ¶wieczkami i razem za¶piewali „Sto lat!”, po czym zaczêli je¶æ w ogólnej weso³o¶ci. Ginny jedynie co chwilê uderza³ fakt, ¿e jedno krzes³o sta³o puste, a jego w³a¶ciciel znajdowa³ siê daleko st±d i nie odzywa³ siê od dawien dawna. W jednym momencie o tym nie pamiêta³a, a w drugim rozczarowanie przychodzi³o znienacka, jak przy dzieleniu tortu, nakryciu sto³u, czy w³a¶nie owym krze¶le.
Nie spodziewa³a siê jakichkolwiek prezentów. Nawet mówi³a, ¿e niczego nie potrzebowa³a i ¿e chcia³a po prostu spêdziæ urodziny spokojnie. Jednak, jak to zawsze bywa³o u Weasleyów, jaki¶ podarunek musi byæ. Ten jeden przypad³ jej szczególnie do gustu.
Po zjedzeniu ciasta, które razem z mam± upiek³y (wszystkim bardzo smakowa³o, a szczególnie Ginny, bo w g³ównej mierze to ona je przygotowa³a), Artur wzi±³ córkê na bok.
— A teraz — zacz±³, bior±c z blatu chustê i zawi±zuj±c j± na oczach Ginny — pora na niespodziankê.
Dziewczynka zdziwi³a siê niezmiernie. My¶la³a, ¿e to ju¿ koniec tego jak¿e uroczystego przyjêcia. Co w takim razie rodzice jeszcze zaplanowali? Nie widzia³a niczego przygotowywanego oprócz jedzenia.
— O co chodzi?
Artur za¶mia³ siê pod nosem, zaciskaj±c rêce z ty³u na jej ramionach. Popchn±³ j± delikatnie do przodu, a Ginny zaczê³a machaæ rêkami, aby przypadkiem w nic nie trafiæ. Widzia³a tylko ciemno¶æ. Kuchnia by³a tak zagracona, ¿e cudem by³oby nie zrobiæ sobie krzywdy: czy to przez kosz, czy to przez podwiniêty dywan, czy miot³ê lub blat.
— Zobaczysz, jak ju¿ dojdziemy.
Wyostrzy³a zmys³y i nabra³a podejrzliwo¶ci. Uwa¿nie stawia³a kroki, a tata spokojnie prowadzi³ j± do przodu – wydawa³ siê radosny, a przeczucie podpowiada³o jej, ¿e równie¿ u¶miecha³ siê pod nosem. Ginny lubi³a, kiedy tata by³ rozlu¼niony. Zazwyczaj wraca³ ca³y spiêty z pracy, wiêc zobaczenie go takiego odprê¿onego graniczy³o z niemo¿liwym.
Zrobi³a siê jednak jeszcze bardziej ciekawa, kiedy wyszli na zewn±trz. Co takiego rodzice wymy¶lili, ¿e specjalnie trzeba by³o wynie¶æ siê na dwór? Czy urz±dzili co¶ wielkiego? Ginny po chwili zastanowienia stwierdzi³a, ¿e to niemo¿liwe, bo by to zobaczy³a chocia¿by przez okno pokoju. No chyba ¿e ukryli ów prezent g³êboko w lesie, daleko poza zasiêgiem wzroku. Ale wtedy pojawia³o siê pytanie: po co?
Wiatr wywo³a³ na jej ramionach gêsi± skórkê. Od rana nie by³o ³adnie; wygl±da³o, jakby mia³o zaraz zacz±æ padaæ. W domu oczywi¶cie zaklêcie podtrzymywa³o ciep³o, przez co mog³a chodziæ w krótkim rêkawku, ale kiedy wysz³a na zewn±trz, w mig zrobi³o jej siê zimno.
— Rzucisz zaklêcie ocieplaj±ce? — wymamrota³a, a po chwili us³ysza³a, jak tata wyjmuje ró¿d¿kê z tylnej kieszeni spodni.
— Gotowe — powiedzia³, w momencie kiedy poczu³a, jakby promyki s³oñca osiad³y na jej ramionach.
Szli wiêc dalej, a Ginny nas³uchiwa³a wszelkich d¼wiêków, które mog³yby pomóc jej w zrozumieniu, dok±d w³a¶ciwie zmierzali. Niestety nic oprócz szumu li¶ci nie podpowiada³o niczego konkretnego.
W pewnym momencie jednak stanêli, a Ginny wnet u¶wiadomi³a sobie, ¿e nie zaszli daleko od domu; zaledwie kilka kroków, nawet nie zbli¿yli siê do lasu, bo wtedy us³ysza³aby strumieñ. W takim razie byli na obszarze ogródka, gdzie¶ po prawej stronie, s±dz±c po tym, jak ojciec j± prowadzi³.
— Mogê ju¿ zdj±æ opaskê?
Tata mrukn±³ na potwierdzenie. Ginny szybko zsunê³a chustê z oczu, czuj±c rosn±ce w sercu podniecenie, oraz wstrzyma³a oddech. Unios³a wzrok.
Nie tego siê spodziewa³a.
— Szopa? — spyta³a cichym tonem.
Tata na szczê¶cie sta³ nieco z ty³u, dziêki czemu nie widzia³, jak przez twarz przebieg³o jej rozczarowanie.
Szopa nie wydawa³a siê niczym zjawiskowym. Artur zawsze trzyma³ w niej mugolskie rupiecie, przy których czêsto eksperymentowa³ na przeró¿ne, czêsto niebezpieczne sposoby. Ginny rzadko do niej wchodzi³a – nie obchodzi³y j± te wszystkie nieczarodziejskie rzeczy. Widzia³a jednak, ¿e tata czêsto znika³ w niej nawet na kilka godzin, a wychodzi³ zale¿nie od powodzenia badania: je¶li uda³o mu siê co¶ odkryæ, szczê¶liwy, je¶li co¶ zepsu³ – sfrustrowany.
Skoro teraz by³ naprawdê radosny, to pewnie przygotowa³ dla Ginny co¶, z czego nie kry³ dumy. A dziewczynka, choæby nie wiadomo jak bardzo chcia³a, nie potrafi³a doceniæ mugolskich rzeczy.
My¶la³a, ¿e jak wejdzie do ¶rodka, to zobaczy stosy nieprzydatnych, nieczarodziejskich przedmiotów. Pan Weasley uwielbia³ zbieraæ nawet najdrobniejsze graty, o których dzia³aniu nawet nie mia³ pojêcia, a które potem kurzy³y siê w szopie przez najbli¿sze kilka lat. Kiedy jednak przest±pi³a próg, oczom nie dowierza³a, co w³a¶nie ujrza³a.
— Niespodzianka! — Tata u¶miechn±³ siê szeroko, patrz±c, jak Ginny z otwartymi ustami rozgl±da siê wokó³.
Mugolskie rupiecie ca³kowicie zniknê³y, zast±pione przez blat z kocio³kami, szafki ze sk³adnikami do eliksirów, a oprócz tego pó³ki ze szklanymi butelkami i przyrz±dami do przygotowywania wywarów.
Ginny zamar³a z podziwu. Wszystko by³o tak schludne, tak idealnie wykonane, aby przywo³ywa³o na my¶l prawdziw± warzelniê, ¿e nie potrafi³a oderwaæ od tego wzroku. Na ¶cianie ponad kocio³kami tata zawiesi³ kilka haków na chochle, szczypce i ³y¿ki do spalañ. Po¶rodku szopy sta³ stó³ z wag±, mo¼dzierzami, i statywem; Ginny zak³ada³a, ¿e bêdzie musia³a to wszystko u³o¿yæ wed³ug w³asnych upodobañ. Z sufitu zwisa³y dwie ¿arówki, które ¶wieci³y siê dziêki magii.
Nie potrafi³a powstrzymaæ siê od szerokiego u¶miechu, który pcha³ siê na jej usta od momentu, kiedy po raz pierwszy zobaczy³a kocio³ki. Bêdzie mog³a warzyæ! Co prawda szopa sama w sobie nie by³a wielka, ale na spokojnie zmie¶ci w niej ma³±, rud± dziewczynkê z zapa³em do pracy.
Ginny obróci³a siê do taty, a¿ jej sukienka zawirowa³a, i z wielkim u¶miechem wypali³a:
— Dziêkujê, dziêkujê, dziêkujê!
Artur za¶mia³ siê pod nosem, gdy jego córka podesz³a podekscytowana do szafki ze sk³adnikami, sprawdzaj±c, które tata kupi³, a których trzeba jeszcze poszukaæ.
— Wszystkiego najlepszego — odpowiedzia³, a jego s³owa oby³y siê bez ¿adnego komentarza, kiedy Ginny w ca³o¶ci skupi³a siê na ingrediencjach.
Ka¿de z nich dotknê³a i obejrza³a, w my¶lach tasowa³a, jak i do czego je u¿yæ: lepiej poeksperymentowaæ nad tworami w³asnymi czy poszukaæ w pokoju Percy'ego czego¶ z dok³adnymi instrukcjami? A mo¿e spróbowaæ i tego, i tego? Bêdzie mia³a du¿o czasu na zastanowienie.
Teraz jednak do g³owy przysz³a jej jedna, na pozór b³aha my¶l: czy to wszystko by³o tylko dla niej? Czy mo¿e reszta rodziny równie¿ bêdzie z tego korzystaæ nawet czê¶ciej ni¿ ona sama, bo w koñcu wci±¿ mia³a tylko dziewiêæ lat, a pozostawienie niebezpiecznych eliksirów dziecku stanowi³o du¿e zagro¿enie? Taki sposób wydawa³ siê logiczny: stworzyæ warzelniê pod pretekstem urodzin, by w pó¼niejszym czasie tê warzelniê przej±æ dla w³asnych celów. Ginny by tak zrobi³a, gdyby tylko mog³a. Zawsze wybra³aby rozwi±zanie korzystne tak¿e i dla niej samej.
Jednak nie mog³a o to spytaæ. To nietaktowne, przecz±ce zasadom dobrego wychowania, które tak bardzo rodzice pragnêli, by dzieci siê nauczy³y.
W koñcu Ginny musia³a zacisn±æ usta i zobaczyæ, co przysz³o¶æ poka¿e. Wbi³a paznokcie we wnêtrze d³oni, bo tylko w taki sposób radzi³a sobie z emocjami, i nie wypowiedzia³a ani jednego z³ego s³owa. U¶miechnê³a siê ponownie, chocia¿ ju¿ nie tak weso³o jak wcze¶niej, a nastêpnie przesz³a do przegl±dania buteleczek i przedmiotów porozrzucanych po ca³ym stole. £atwiej udawaæ, ¿e wszystko w porz±dku, kiedy jeszcze przed momentem skaka³o siê a¿ po sam sufit z rado¶ci.
***
Dok³adnie tydzieñ pó¼niej Weasleyowie poszli na ulicê Pok±tn±, aby zakupiæ potrzebne dzieciom rzeczy do Hogwartu. Ginny i Ron co prawda wci±¿ byli za m³odzi, by dostaæ list ze szko³y, ale i tak chêtnie podró¿owali na Pok±tn±.
Ginny uwielbia³a atmosferê tej ulicy – weso³a, pe³na ludzi, a ka¿de z nich gdzie¶ siê spieszy³o. Czasami przypomina³a jej Ministerstwo Magii. Z t± ró¿nic±, ¿e w Ministerstwie jak dot±d nigdy nie spotka³a dziecka. Sama w³a¶ciwie znalaz³a siê tam tylko dlatego, ¿e czeka³a na tatê, który mia³ zabraæ j± i resztê dzieci do restauracji.
W ka¿dym razie Ginny fascynowa³ ¿ywio³ czarodziejów, których tutaj widzia³a. Zdawaæ by siê mog³o, ¿e w tym miejscu ka¿dy ¿y³ w po¶piechu, staraj±c siê za³atwiæ sprawy najszybciej, jak siê da³o. Weasley mia³a równie¿ wra¿enie, ¿e nawet do lodziarni nikt nie szed³ dla czystej przyjemno¶ci.
Kiedy reszta rodziny siedzia³a w ksiêgarni, Ginny wymknê³a siê na ulicê. Zanim Percy skoñczy przebieraæ w ksi±¿kach, prawdopodobnie min± wieki, a w tym czasie mog³a po prostu patrzeæ na tutejszych czarodziejów i na za³atwiane przez nich sprawy. Jeden z nich, z ¿ab± na barku, targowa³ siê w³a¶nie z handlarzem zió³, a jego, jak Ginny przypuszcza³a, ¿ona potakiwa³a niecierpliwie nog±, staj±c siê coraz czerwieñsza na twarzy. Garstka dzieci goni³a chochliki na magicznych papierowych samolocikach. Grupa starców debatowa³a nad najnowszymi wie¶ciami w Proroku. Rodzice z ch³opcem wchodzili do antykwariatu, nios±c ze sob± pe³en worek.
Ginny w³a¶ciwie mog³a siedzieæ tak godzinami i spogl±daæ na czarodziejów. Praktycznie nie mia³a kontaktu z nikim oprócz jej w³asnej rodziny i Luny. Zawsze lubi³a przygl±daæ siê innym, odczytywaæ ich my¶li z mimiki twarzy, ale najczê¶ciej na obserwacjach siê koñczy³o. Niespecjalnie j± ci±gnê³o do nawi±zywania kontaktu.
I kiedy tak minuty mija³y, a Ginny siedzia³a na murku podryguj±c nogami do taktu muzyki, któr± kto¶ gra³ z drugiego koñca ulicy, zapragnê³a co¶ zrobiæ. Nie wiedzia³a dok³adnie co, ale nasz³a j± ochota, by nie tylko obserwowaæ z daleka ¿ycie czarodziejów. Mo¿e by te¿ do nich do³±czyæ?
Ale co by mia³a zrobiæ? Przy³±czyæ siê do gonienia chochlików lub poogl±daæ wystawê nowych miote³ razem z ch³opcami? Nie... to nie to.
Zerknê³a na handlarza zió³. Wci±¿ k³óci³ siê z tamtym mê¿czyzn±, a ¿ona wygl±da³a, jakby by³a u skraju wytrzymania.
A gdyby tak... wzi±æ co¶ z jego stoliczka? W koñcu Ginny brakowa³o blekotu, jednej z najbardziej pospolitych ro¶lin w Europie, a chcia³a uwarzyæ Eliksir Be³kotu. Ponoæ zalicza³ siê do tych naj³atwiejszych, a Weasley z chêci± wys³ucha³aby potoku s³ów Percy'ego.
Zeskoczy³a z murka i zbli¿y³a siê do handlarza. By³ tak zajêty k³ótni± z brodatym mê¿czyzn±, ¿e nawet gdyby kto¶ tu¿ na jego oczach skrad³ wiêkszo¶æ ro¶lin, pewnie i tak by tego nie zauwa¿y³.
Ginny, najdyskretniej jak tylko potrafi³a, wyci±gnê³a rêkê po blekot. Chwyci³a go z prêdko¶ci± atakuj±cego wê¿a i natychmiastowo wsadzi³a do kieszeni. Handlarz ani nikt inny na ulicy nawet nie zwróci³ na ni± uwagi – panowa³ tak du¿y t³ok, ¿e zobaczenie czegokolwiek poni¿ej pasa graniczy³o z niemo¿liwo¶ci±. Ginny mia³a tak± przewagê, ¿e wci±¿ by³a niska.
Oddali³a siê prêdko w stronê antykwariatu, czuj±c bij±ce jak dzwon serce, a dr¿±ce rêce schowa³a do kieszeñ. Ca³a spocona oraz czerwona na twarzy stanê³a obok stolika z darmowymi rzeczami do wziêcia i prze³knê³a g³o¶no ¶linê. Adrenalina wci±¿ w niej buzowa³a jak po wykonaniu skoku z du¿ej odleg³o¶ci. A jak to bywa z prze¿yciami, które spróbuje siê raz, pragnie siê spróbowaæ znowu.
Wziê³a dr¿±cy oddech i pozwoli³a sobie na ma³y u¶miech ni to satysfakcji, ni to pijanego szczê¶cia – nie mia³a pojêcia, które z nich teraz w niej przewa¿a³o. Czy to ¶wiadomo¶æ, ¿e znowu uda³o jej siê co¶ ukra¶æ bez niczyjego zauwa¿enia, czy to fakt, ¿e naprawdê to zrobi³a.
Opar³a siê bokiem o stolik, na który teraz rzuci³a okiem. Same rupiecie, nic warto¶ciowego ani ³adnego. Mimo wszystko jednak jej uwagê przyku³ wisiorek ze statkiem, srebrny, dobrze wykonany. Jakim cudem znalaz³ siê na stoisku darmowych rzeczy? Mo¿e przez fakt, ¿e nie wydawa³ siê warto¶ciowy. Równie dobrze mo¿na taki kupiæ na pchlim targu.
Oddycha³a g³êboko jeszcze przez kilka sekund, a¿ wreszcie siêgnê³a wci±¿ dr¿±cymi rêkami po wisiorek. Skoro by³ darmowy, to dlaczego by nie wzi±æ? Schowa³a go do kieszeni.
— Hej! — krzykn±³ nagle kto¶ za jej plecami.
Odwróci³a siê prêdko przodem, a serce zatrzyma³o siê na milisekundê, by nastêpnie znowu przyspieszyæ tempa.
Przed ni± sta³ chudy, przera¼liwie blady ch³opiec o niesamowicie czarnych w³osach, które brzydko odcina³y siê na jego cerze. Wzrok mia³ skierowany na kieszeñ Ginny – tê, w której ukry³a blekot i wisiorek.
Weasley mia³a wra¿enie, ¿e zaraz serce wyskoczy jej z klatki piersiowej. Nogi zwiotcza³y, a rozum krzycza³ g³o¶no „Uciekaj! Zosta³a¶ przy³apana!”
— Oddaj to. — Ch³opiec wyci±gn±³ w jej stronê rêkê, a Ginny nie mog³a nic poradziæ, ¿e wlepi³a w ni± przera¿one spojrzenie. — Widzia³em, jak to zabra³a¶.
Wrêcz ciska³ gromami z oczu. Ginny, gdyby tylko ch³opak nie wygl±da³ na tak strasznego i w¶ciek³ego, mo¿e i wyj±ka³aby jakie¶ s³owa przeprosin i grzecznie odda³a blekot. A tak to zrobi³a jedyn± w tym momencie s³uszn± rzecz.
Odwróci³a siê na piêcie i uciek³a.
Ch³opak krzykn±³ co¶ za ni±, ale Ginny kompletnie odciê³a siê od d¼wiêków. W biegu potr±ci³a kilku przechodniów i popchnê³a na ziemiê jednego z dzieciaków, które gania³y za chochlikiem. Starsze panie wrzeszcza³y za uciekinierk±, a mê¿czy¼ni przeklinali pod nosem. Wszystko to jednak ginê³o w odmêtach jej mózgu, a przed sob± mia³a jasno postawiony cel: uciec z Pok±tnej.
Skrêci³a w boczn± ulicê, przeskakuj±c nad ¿ebrakami i drobnymi handlarzami. Nadepnê³a na rozbite szk³o, które wbi³o jej siê w buty, ale siê tym kompletnie nie przejmowa³a, bo znowu musia³a zboczyæ z drogi. ¦lizga³a siê przy ka¿dym zakrêcie, a kolejne pokonywane stopy wypruwa³y z niej si³y. Z³apa³a nawet kolkê, ale to nie powstrzyma³o Ginny przed szaleñczym biegiem. Byle do koñca ulicy, byle do koñca ulicy.
— Stój! Zatrzymaj siê! — krzycza³ ch³opiec, depcz±c jej po piêtach, ale Ginny ani ¶ni³o siê teraz poddaæ.
Z³apa³a w drodze za kraniec stolika i poci±gnê³a gwa³townie za sob±, a¿ wszystkie kocio³ki z niego spad³y, a pergaminy polecia³y w powietrze. Nastêpnie zrobi³a to samo tylko ¿e z ¿ywno¶ci±, a na koñcu wpad³a w beczki; z dwóch z nich wyla³o siê whisky.
Ca³a obola³a wsta³a i obejrza³a za siebie. Ch³opiec próbowa³ wygramoliæ siê ze sterty beczuszek, a przechodnie patrzyli na niego krzywo, ani ¶ni±c mu podaæ rêki. Dlatego te¿, wykorzystuj±c sytuacjê, pobieg³a dalej i ju¿ ani na chwilê nie spojrza³a w ty³.
Wpad³a z powrotem na Pok±tn± i zauwa¿y³a, ¿e akurat w tym samym momencie jej rodzina wychodzi³a z ksiêgarni.
Mama rozszerzy³a z przera¿enia oczy.
— Na Merlina, Ginny, co ci siê sta³o? — krzyknê³a, wznosz±c ku górze ramiona jak w dramatycznym przedstawieniu.
Natychmiast do niej podesz³a i chwyci³a za podbródek, ogl±daj±c z ka¿dej strony i pod ka¿dym k±tem.
Ginny nie mog³a nic poradziæ na to, ¿e wci±¿ ciê¿ko oddycha³a, a adrenalina buzowa³a w ¿y³ach jeszcze bardziej, ni¿ kiedy krad³a blekot. Po prostu musia³a daæ czemu¶ upust energii, mimo ¿e nogi trzês³y siê jak po przebiegniêciu maratonu i gdyby nie fakt, ¿e jak najprêdzej musia³a siê wynie¶æ z Pok±tnej, pad³aby na kolana i nie wsta³a.
Ale tamten ch³opiec móg³ pojawiæ siê z powrotem w ka¿dej chwili, a wtedy bêdzie mia³a przechlapane. Dlatego te¿ wyrwa³a siê z u¶cisku mamy i odesz³a o krok do ty³u.
— Nic wielkiego — odpowiedzia³a Ginny, ale nie zabrzmia³o to tak pewnie, jak chcia³a. — Po prostu goni³am za chochlikiem.
— Jeste¶ ranna — stwierdzi³ Ron, kieruj±c spojrzenie prosto na jej nogi.
Albo raczej na obszarpane do krwi kolana i brudn± sukienkê.
Machnê³a na to rêk± i chwyci³a mamê za ramiê, ci±gn±c do wyj¶cia z Pok±tnej.
— Musia³am przewróciæ siê po drodze. No wiecie, te zawody w „kto pierwszy z³apie chochlika, ten wygrywa”... — za¶mia³a siê nerwowo. — Jaki¶ ch³opak mnie popchn±³. Ale to nic wielkiego, powa¿nie!
Mama ju¿-ju¿ otwiera³a usta, by jako¶ zareagowaæ, kiedy Ginny ponownie poci±gnê³a j± ku wyj¶ciu, za nic maj±c zirytowane prychniêcia Percy'ego oraz podejrzliwe spojrzenie Rona. Jedynie bli¼niacy wydawali siê nie przejmowaæ ca³± sytuacj±.
— Musimy ci uleczyæ kolano... — zaczê³a mama. — I porozmawiaæ z tym m³odzieñcem. Dziewczynek siê nie popycha.
I zapewne zaczê³aby tyradê na temat wychowania ch³opców, ale Ginny wypru³a do przodu, wzrok maj±c utkwiony w kostce.
— Jak wyjdziemy z Pok±tnej, dobra? Naprawdê nie chcê siê z nim widzieæ, a poza tym straszny tu t³ok. Duszno siê robi.
Ale to nie przez nat³ok czarodziejów Ginny nie mog³a oddychaæ. Wrêcz za ka¿dym razem, kiedy widzia³a czarn± czuprynê, serce ¶ciska³o jej siê ze strachu, a dech zamiera³.
— Ale...
— Mamo, proszê — uciê³a Ginny, rzucaj±c Molly b³agaj±ce spojrzenie. — Chod¼my st±d.
Dziewczynka naprawdê nie lubi³a o cokolwiek prosiæ – to nie le¿a³o w jej naturze. Ekstremalne sytuacje wymaga³y jednak ekstremalnych ¶rodków, a Ginny, gdyby musia³a, pad³aby na obszarpane kolana i b³aga³a mamê o natychmiastowe ewakuowanie siê z ulicy.
Na szczê¶cie nie musia³a tego robiæ, bo mama jeszcze tylko przez chwilê wydawa³a siê niepewna, ale ju¿ w nastêpnym momencie niepokój w jej oczach zamieni³ siê w troskê. Pokiwa³a g³ow± i bez wiêkszych oporów da³a siê poprowadziæ do wyj¶cia.
— I co, i nie dostanie ¿adnej kary, ¿e wysz³a bez pozwolenia? — wymamrota³ Percy na tyle cicho, ¿e mama go nie us³ysza³a.
Ginny wziê³a g³êboki oddech i próbowa³a uspokoiæ dr¿±ce d³onie – nie wysz³o. Pod palcami wci±¿ mia³a delikatn± fakturê tego przeklêtego blekotu. Musia³ siê nie¼le zgnie¶æ w trakcie ucieczki.
Przechodz±c, czu³a pal±ce spojrzenia na sobie. Stanowi³a zapewne niez³± atrakcjê dla przechodniów: ¿ebraczka lub dzikuska z band± rudych osób obstawiaj±cych j± jak ¿o³nierze. Niedziwne, ¿e przyci±ga³a wzrok.
Wyszli z Pok±tnej i kominkiem fiuknêli do Nory, a tam przesz³a gruntowne leczenie i przepytywanie. W³a¶ciwie wola³a dostaæ najgorsz± karê od mamy, czyli odgnamianie ogrodu, ni¿ teraz stawiæ czo³a temu ch³opakowi.
***
Czarnow³osy ch³opiec z ponur± min± pow³óczy³ nogami w stronê antykwariatu, mijaj±c zabieganych przechodniów, którzy po¶wiêcali mu chwilê na zlustrowanie wzrokiem ca³ej jego postury.
Odwróci³ g³owê, gdy starszy mê¿czyzna wykrzywi³ w obrzydzeniu wargi, i wbi³ spojrzenie w chodnik. Co¶ w nierówno ustawionej kostce denerwowa³o ch³opaka, a dodaj±c do tego niechcian± uwagê, któr± skupia³ na sobie, mo¿na powiedzieæ, ¿e irytacja wrza³a w nim jak nieudany eliksir.
Zaciskaj±c usta, stan±³ wreszcie przed stoliczkiem w darmowymi rzeczami, który zlustrowa³ wzrokiem. W tym momencie pragn±³ roztrzaskaæ go na drzazgi.
— Teo! — zawo³a³ kto¶ wychodz±cy z antykwariatu.
Ch³opiec powoli odwróci³ wzrok od stolika i stan±³ twarz± w twarz z w³asnym ojcem. Elegancki mê¿czyzna zaplót³ rêce z ty³u i wbi³ spojrzenie w syna, przekrzywiaj±c tym samym g³owê. Ma³y kapelusz nie przekrzywi³ siê nawet o milimetr.
— Gdzie by³e¶? I co ci siê sta³o? Kto¶ zrobi³ ci krzywdê? — Wyraz oczu mê¿czyzny stwardnia³, gdy zada³ ostatnie pytanie.
Ch³opiec westchn±³ i pokrêci³ przecz±co g³ow±, choæ na usta ciska³y mu siê nieprzyjemne wyzwiska.
— Nie, ojcze, wszystko gra. — Zamilk³ na chwilê, zaciskaj±c ponownie usta i zwracaj±c czarne oczy na stolik z darmowymi rzeczami. — Zabra³a go.
Starszy mê¿czyzna, wygl±daj±cy podobnie do w³asnego syna, tylko ¿e zdrowszy, spojrza³ w tym samym kierunku co on. W mig poj±³, o co mu chodzi³o.
— Jak wygl±da³a?
— Ruda, niska, obdarty strój i piórka we w³osach — odpar³ zdawkowo syn, recytuj±c s³owa jak z wiersza, który trzeba siê nauczyæ.
Ojciec skin±³ g³ow±, zdaj±c siê nad czym¶ my¶leæ, bo zwróci³ ciemne oczy ku niebu i zmarszczy³ brwi.
— By³a w twoim wieku?
— Tak s±dzê.
— W takim razie spotkasz j± jeszcze w Hogwarcie.
Ch³opiec spojrza³ na niego w niedowierzaniu.
— Ale do Hogwartu jadê dopiero za rok! A je¶li ona go zgubi albo zniszczy?
Mê¿czyzna pokrêci³ g³ow±.
— Nie ma innego wyj¶cia. Teraz jej nie znajdziemy. A naszyjnik odzyskasz tak szybko, jak bêdziesz móg³.
— Ale... — Ogarn±³ jeszcze raz wzrokiem stolik, jakby wierz±c, ¿e zaraz b³yskotka siê na nim zmaterializuje. — Ale on jest bezcenny.
— Wiem, Teo. — ¦cisn±³ synowi ramiê na znak pocieszenia, ale ten nawet nie zwróci³ na niego uwagi. — Te¿ mi siê to nie podoba, ale zrozum: gdy bêdziecie obydwoje w Hogwarcie, na pewno ta dziewczyna odda ci naszyjnik. Jak dowie siê, ¿e nale¿a³ do twojej siostry, od razu ci go odda.
Teo wpatrywa³ siê stolik tak jeszcze przez chwilê, a¿ w pewnym momencie z antykwariatu wyszli stary sprzedawca i czarnow³osa, wyprostowana jak na damê przysta³o kobieta, która ogarnê³a ch³opca zimnym spojrzeniem.
— Teodorze — odezwa³a siê, maj±c g³owê wysoko w górze, a kolczyki odbija³y promienie s³oñca. — Co¶ ty z sob± zrobi³? Wiesz, jak wygl±dasz?
Ojciec zwolni³ u¶cisk z ramienia i na nowo splót³ rêce na plecach, a g³owê uniós³ równie wysoko, co ¿ona. Tym razem jednak jego oczy nie odbija³y ¿adnych emocji.
Teodor spu¶ci³ g³owê i zapatrzy³ w swoje poplamione od whisky spodnie i marynarkê, do której przyklei³y siê kawa³ki ¿ywno¶ci. Nie odpowiedzia³, bo nie chcia³ siê bardziej pogr±¿aæ.
Matka wyci±gnê³a ró¿d¿kê i dwoma machniêciami usunê³a ca³y brud. Z pewno¶ci± nie chcia³a, aby ktokolwiek z czystokrwistych zobaczy³ jej syna w tak godnej politowania chwili.
— Sugerowa³bym, aby¶my wrócili do omawiania interesów — powiedzia³ sprzedawca, wyczuwaj±c napiêt± atmosferê miêdzy rodzin±. — Panie Nott, nie skoñczyli¶my jeszcze omawiaæ ceny zegarka.
Pañstwo Nott weszli z powrotem do antykwariatu, a chwilê po nich sprzedawca, patrz±c na Teodora wzrokiem pe³nym ¿alu. Ch³opiec specjalnie nie spojrza³ w jego kierunku.
Kiedy na ulicy zosta³ ju¿ sam, przymkn±³ oczy i wyszepta³ obietnicê:
— Znajdê ciê.