Ginny trafia do Hogwartu.
Ceremonia przydzia³u przebiega³a spokojnie, bez ¿adnych fajerwerków. Ka¿da kolejna osoba siadaj±ca na sto³ku wydawa³a siê nastêpn± ciekaw± postaci±, o której Ginny chcia³a dowiedzieæ siê jak najwiêcej: czy to dziewczynka o jedwabistych w³osach, weso³ym spojrzeniu pe³nym odwagi i dumy (czarodziejka pochodz±ca z arystokratycznej rodziny, która od zawsze wiedzia³a, do którego domu chce trafiæ?), czy to zgarbiony ch³opiec, utrzymuj±cy wzrok na pod³odze (niepewny siebie? Znaj±cy ju¿ swój los? Nielubi±cy byæ w centrum uwagi?). I tak w kó³ko i w kó³ko, nowi ludzie, nowa zabawa.
Ginny sta³a praktycznie na samym koñcu kolejki do Tiary. W tym roku co prawda nie by³o zbyt wielu czarodziejów, nad czym m³oda czarownica osobi¶cie ubolewa³a, ale przynajmniej bêdzie mog³a po¶wiêciæ wiêcej czasu na ka¿dego czarodzieja osobno. Codziennie bêdzie mia³a mo¿liwo¶æ poznaæ nowe osoby, ich przyzwyczajenia, nastroje i pupilów – wszystko to, co Ginny uwielbia³a zg³êbiaæ. Póki co, czekaj±c, a¿ zasi±dzie na sto³ku, mog³a jedynie przygl±daæ siê innym z daleka. Ale ju¿ wkrótce... ju¿ wkrótce wejdzie w fascynuj±cy ¶wiat ¶wie¿ych umys³ów, wznios³ych planów i ciekawych charakterów.
Na pocz±tku zanotowa³a w pamiêci, aby bli¿ej przyjrzeæ siê zgarbionemu ch³opcu, który mia³ wyraz niechêci na twarzy. Krzywi³ siê, jakby brzuch go bola³, a im bli¿ej byli zamku, tym bardziej stawa³ siê ponury. Ginny zastanawia³a siê dlaczego. Czy to ambitny mugolak, który nie chcia³ uczyæ siê w Hogwarcie, a za to osi±gaæ sukces w nieczarodziejskim ¶wiecie? A mo¿e z góry wiedzia³, do jakiego domu trafi, co niekoniecznie mu siê podoba³o?
Ginny chcia³a go poznaæ. Szczególnie spodoba³a jej siê teoria, ¿e ów ch³opiec móg³ byæ mugolakiem. Jeszcze nigdy w ¿yciu nie widzia³a nikogo z mugolskiej rodziny, bo rodzice niechêtnie wypuszczali j± do nieczarodziejskiego ¶wiata w³a¶nie przez wzgl±d na nieznajomo¶æ mugoli. Wracaj±c, ch³opak nazywa³ siê Vincent Avery. Trafi³ do Slytherinu, z czego, jak pó¼niej dowiedzia³a siê Ginny, by³ w miarê zadowolony (mimo ¿e jego mina wskazywa³a na kompletnie co innego).
Kolejn± osob±, która rzuci³a jej siê w oczy, by³ niejaki Colin Creevey – g³o¶ny, gadatliwy, weso³y i nierozgarniêty Gryfon. Mimo swojej... osobliwo¶ci, Ginny niespecjalnie mia³a ochotê siê z nim zaznajamiaæ. Wola³a osoby spokojniejsze i cichsze, jak na przyk³ad wy¿ej wymieniony garbaty. Chocia¿ i Vincent nie pasowa³ do jej wymarzonego przyjaciela. Mo¿liwe, ¿e to przez jego minê.
Ceremonia nie dobieg³a nawet do po³owy, a Ginny ju¿ zauwa¿y³a, jak jej bracia Fred i George zaczêli wierciæ siê w miejscu i postukiwaæ ze znudzenia palcami o blat. Z kolei Percy siedzia³ wyprostowany jakby kij po³kn±³ i lustrowa³ salê bacznym spojrzeniem, czêsto zatrzymuj±c go na Ginny. Weasley zak³ada³a, ¿e po prostu martwi³ siê o jej przydzia³.
A, co najdziwniejsze, nigdzie nie widzia³a Rona. Przeczesa³a wzrokiem stó³ Gryfonów od pocz±tku do koñca po kilka razy, ale Rona nie by³o. Ginny wcale siê to nie spodoba³o. Wola³a mieæ swojego brata bli¿ej siebie. Ale oczywi¶cie – w najwa¿niejszym momencie jej ¿ycia go nie by³o, mimo ¿e obieca³, ¿e to on bêdzie najg³o¶niej klaska³ spo¶ród wszystkich uczniów w sali.
Tu¿ obok Ginny sta³a Luna, kiwaj±c siê z palców na piêty, z piêt na palce i obserwowa³a niebo. Albo raczej imitacjê nieba.
— Tata mi mówi³, ¿e dwie¶cie lat temu wró¿ki zaczarowa³y dach Hogwartu — szepnê³a nagle do ucha Ginny.
Weasley podskoczy³a w miejscu z zaskoczenia. Tak skupi³a siê na Tiarze, ¿e kompletnie zapomnia³a o przyjació³ce.
— Wró¿ki? — odmruknê³a, zadzieraj±c g³owê do góry.
Wró¿ki wydawa³y jej siê równie nierealne, co mugolom czarodzieje. Ale Luna ju¿ zaczê³a snuæ opowie¶æ, której Ginny nie ¶mia³a przerwaæ.
— Przyby³y z Nowej Zelandii, aby szerzyæ w¶ród nas magiê piêkna. Zatrzyma³y siê w Hogwarcie, aby siê napoiæ i zape³niæ brzuchy. W podziêce przemieni³y dach w imitacjê nieba i nauczy³y kilku zaklêæ. Szkoda tylko, ¿e nie ka¿dy potrafi³ doceniæ ten dar — dokoñczy³a smêtnie.
Ginny zmarszczy³a brwi.
— To znaczy?
W³a¶nie ten moment wybra³a profesor McGonagall, aby wywo³aæ Lunê. Dziewczyna ca³a poja¶nia³a, a smutek znikn±³, jakby wiatr, który szala³ na dworze, uniós³ go w górê, ku zaczarowanemu sklepieniu Hogwartu.
— Uwa¿aj na wredne gnêbiwtryski. Potrafi± nie¼le namieszaæ w g³owie — szepnê³a Lovegood, rzucaj±c Ginny ostatnie powa¿ne spojrzenie, nim ruszy³a do taboretu.
Weasley zadr¿a³a. Ostatni raz, gdy Luna zachowywa³a siê w tak dojrza³y, nieprzystaj±cy jej sposób, zdarzy³ siê na pogrzebie jej matki i ju¿ wtedy wydawa³o siê to strasznie nienaturalne oraz... przera¿aj±ce.
A poza tym... uwa¿aæ na gnêbiwtryski? Co to znowu¿ oznacza³o?
Skupi³a siê jednak na Lunie, ale nie musia³a d³ugo czekaæ na werdykt. Na usta Lovegood wyszed³ radosny u¶miech, a nogi zamacha³y weso³o, przez co Ginny od razu wiedzia³a, gdzie jej przyjació³ka trafi.
— RAVENCLAW! — krzyknê³a dono¶nie Tiara.
Luna w podskokach dotar³a do sto³u swojego domu, u¶miechaj±c siê szeroko, jakby w³a¶nie gwiazdka do niej dotar³a. Przywita³a siê z pozosta³ymi domownikami i wrêcz natychmiast zaczê³a co¶ opowiadaæ, co wywo³a³o rozbawienie u Ginny. Za to uwielbia³a Lunê – za pogodê ducha.
Z minuty na minutê sto³y poszczególnych domów coraz bardziej zape³nia³y siê nowymi uczniami. W sali panowa³ szmer rozmów oraz od czasu do czasu ¶miechy lub chichoty, a te z kolei by³y przyg³uszane przez sporadyczne wykrzykiwanie domu.
A Ginny w tamtym momencie objada³ stres. Bawi³a siê naszyjnikiem lub wy³amywa³a palce; im bli¿ej by³o do niej, tym bardziej zastanawia³a siê nad ucieczk± z sali i przep³yniêciem z powrotem przez jezioro do peronu w Hogsmeade. I prawdopodobnie wybieg³aby z Wielkiej Sali, gdyby nie to, ¿e w³a¶nie nadesz³a wiekopomna chwila:
— Weasley, Ginny!
Cicho odetchnê³a pod nosem. Nie mo¿e byæ tak ¼le, powiedzia³a sobie, próbuj±c u³o¿yæ my¶li w sensowny sposób. Wszystko bêdzie dobrze.
Unios³a g³owê w akcie dumy i, mia³a nadziejê, pewnym krokiem posz³a do Tiary. Co prawda po drodze my¶la³a, ¿e zemdleje, ale to szczegó³. Bo przecie¿ wszystko bêdzie dobrze.
Usiad³a na taborecie, zaciskaj±c piê¶ci. Wdech i wydech. Zbyt wiele ludzi siê patrzy. Wdech i wydech. Profesor McGonagall za³o¿y³a jej Tiarê Przydzia³u. Wtem w g³owie rozszed³ siê g³os:
— Stresujesz siê, mimo i¿ masz dok³adnie zaplanowane, do którego domu chcesz trafiæ? — G³os by³ melodyjny i rozbawiony, tak jakby ¶mia³ siê z jej uczuæ.
Ginny jeszcze mocniej zacisnê³a piê¶ci. Czu³a, jak jej krótkie paznokcie wbija³y siê w d³oñ i Weasley wiedzia³a, co zauwa¿y, gdy zejdzie ze sto³ka – okr±g³e, czerwone pó³ksiê¿yce.
— To niesamowite, ¿e jedenastoletnie dziecko ma tak dok³adnie wytyczone, jak± tras± chce pod±¿aæ. Bez w±tpienia nie brak ci odwagi, aby spe³niaæ swoje ambicje. Ciê¿ko pracujesz, aby zas³u¿yæ na uwagê, ale wiesz te¿, kiedy przestaæ i wtopiæ siê w t³um. Potrafisz wykorzystaæ odpowiednio sytuacjê dla w³asnych celów...
Wdech i wydech. Pomy¶l o tym, co mo¿esz robiæ w Hogwarcie, kiedy przydzia³ siê zakoñczy. Pomy¶l, co mo¿esz osi±gn±æ! Jak daleko zajdziesz! Tyle mo¿liwo¶ci!
Nastêpne pytanie j± zaskoczy³o:
— Chcesz trafiæ do Gryffindoru?
Prze³knê³a ¶linê. Jak powinna odpowiedzieæ? ¯e niby nie, ale wola³aby tak? Sama w³a¶ciwie nie wiedzia³a, jaka odpowied¼ by³aby tu poprawna.
— Chcê byæ tam, gdzie reszta mojej rodziny — wyszepta³a w koñcu, maj±c ¶ci¶niête gard³o.
Czy to w³a¶ciwy wybór? Czy na pewno chcia³a trafiæ tam, gdzie wszyscy inni i wci±¿ walczyæ o uwagê? Sam przydzia³ do Gryffindoru w³a¶ciwie niczego nie zmieni – wtopi siê w t³o innych, bardziej uzdolnionych rudzielców z rodziny. A przecie¿ nie tego pragnê³a. Chcia³a byæ zauwa¿ona i powa¿ana, a bycie kolejn± Gryfonk± w¶ród Weasleyów nie by³o niczym nadzwyczajnym.
Ale z drugiej strony Gryfoni zawsze byli odbierani pozytywnie, a to z kolei pomog³oby jej uzyskaæ dobr± posadê i nowe mo¿liwo¶ci na rozwijanie zainteresowañ. W takim razie Gryffindor to dobre wyj¶cie – w³a¶ciwie najlepsze. I dodatkowo bêdzie mog³a wiêcej czasu spêdziæ z braæmi!
— Och, to bez w±tpienia! Muszê przyznaæ, ¿e to bardzo wygodne wyj¶cie. Proste i bezpieczne, rzutuj±ce pozytywnie na twoj± przysz³o¶æ.
Chyba siê uda³o. Ginny ju¿-ju¿ mia³a odetchn±æ z ulg± i wypi±æ pier¶, jak na przysz³ego dumnego Gryfona przysta³o, ale nagle Tiara powiedzia³a:
— W ¿yciu nie zaszkodzi odrobinê chaosu. SLYTHERIN!
¯e co?
Od strony ¦lizgonów dobieg³y j± przyg³uszone brawa. Profesor McGonagall w³a¶nie zdjê³a z g³owy Ginny Tiarê Przydzia³u, która nagle wyda³a siê jednym wielkim kpi±cym ¿artem, w dodatku nieudanym.
Mia³a nogi jak z waty. Jakim cudem nie upad³a w drodze do sto³u nowego domu lub nie zaczê³a mieæ ataku paniki na ¶rodku sali? Chyba jedynie przez lekki u¶miech Luny i jej spojrzenie, które doda³o du¿o otuchy.
Ale dlaczego akurat Slytherin? Mog³a wymieniæ wiele powodów, dla których nie chcia³a trafiæ do tego domu i zak³ada³a, i¿ ¦lizgoni równie¿ nie przyjêli jej przydzia³u pozytywnie. Mia³a wra¿enie, jakby zewsz±d otacza³y j± drwi±ce spojrzenia, mówi±ce: „Jestem lepszy, bogatszy i wa¿niejszy od ciebie, plebsie”. Co ona w³a¶ciwie robi³a w Slytherinie? Przecie¿ pasowa³a do niego jak miot³a do czo³a.
A bli¼niacy, Percy? Jak oni zareagowali? Albo, co gorsza, jak zareaguj± rodzice? Zapadnie siê pod ziemiê, kiedy tylko stanie naprzeciwko nich z min± grzesznika „ale ja nie chcia³am!”
W jednym momencie opu¶ci³a j± odwaga. Nawet nie chcia³a patrzeæ na swoich braci, którzy pewnie teraz ³api± ³apczywie powietrze jak ryba wystawiona na ¶mieræ. Albo knuj±, jak utrudniæ jej ¿ycie.
Wszystko wydawa³o siê okropne. Przydzia³, sala, nauczyciele, ¦lizgoni (którzy zachowywali siê podejrzanie cicho). Nawet g³upi stó³, który wygl±da³ jak u innych domów, ale nie by³ tym w³a¶ciwym. Co ona tu robi³a? Czy istnia³ jaki¶ sposób, aby odwróciæ czas?
Usiad³a z niemraw± min±, nie zwracaj±c uwagi, kto tak naprawdê znajdowa³ siê obok niej. W tym momencie nie obchodzili j± inni tylko ona sama. W my¶lach toczy³a bitwê z sam± sob± – z jednej strony wyrzuca³a sobie tê chwilê w±tpliwo¶ci na sto³ku, a z drugiej... by³a zadowolona z takiego obrotu spraw.
— Zawsze siê tak krzywisz, gdy co¶ pójdzie nie po twojej my¶li, czy to tylko zapach zgni³ych jab³ek ciê tak odrzuca?
Ginny w jednym momencie unios³a g³owê. Dziewczynka o ¶licznych blond w³osach siêgaj±cych do ramion i z buzi± okr±g³± jak u ma³ego dziecka patrzy³a na ni± badawczym wzrokiem, przechylaj±c g³owê na bok. Wygl±da³a jak zainteresowany ptak, piêknie opierzony, ale wci±¿ dziecinny. Z ca³± pewno¶ci± pochodzi³a z arystokracji.
M³od± Weasley zatka³o. Nie mia³a pojêcia, co odpowiedzieæ: rzuciæ ¿artem, mówiæ szczerze czy te¿ zbyæ machniêciem rêki. Ale te¿ wiedzia³a, ¿e arystokratek nie powinno siê zbywaæ, dlatego jedyne, co uda³o jej siê wydukaæ, to krótkie:
— Eee... Zgni³e jab³ka?
Prawdopodobnie bêdzie musia³a podszkoliæ elokwencjê.
Druga dziewczyna wci±¿ przypatrywa³a jej siê z uwag±, ani na chwilê nie odwracaj±c wzroku na bok. Ginny pokrêci³a siê nieswojo w miejscu, coraz bardziej czuj±c ciê¿ar spojrzenia ¦lizgonki. To zazwyczaj Weasley przygl±da³a siê innym, nie na odwrót.
W koñcu jednak dziewczyna mrugnê³a i odpowiedzia³a wysokim g³osem:
— Bracia ci nigdy nie mówili? W Hogwarcie zawsze podaj± zgni³e jab³ka. Je¶li chcesz dostaæ ¶wie¿e, to albo musisz pój¶æ do Hogsmeade, albo nad jab³onkê na b³oniach.
Ginny zamruga³a ze zdziwienia. Faktycznie, nikt z rodziny nigdy nie wspomina³ o zgni³ych owocach. Chocia¿ mo¿e dlatego, ¿e chcieli przedstawiæ Hogwart w samych pozytywach.
— Ginewra Weasley... — wymrucza³a blondynka, jakby smakuj±c w ustach s³owa. — Dlaczego siê tu znalaz³a¶, co?
Spojrza³a na ni± du¿ymi niebieskimi oczami, podpieraj±c g³owê o d³oñ. Wrêcz przewierca³a Ginny spojrzeniem na wylot.
Ginny otworzy³a usta, by odpowiedzieæ, lecz po chwili je zamknê³a. Gdyby tylko sama wiedzia³a, jakim cudem znalaz³a siê w Slytherinie... Jak widaæ, Tiara miewa³a swoje szaleñstwa i nikt nie móg³ ich negowaæ.