Gellert zdradza Albusowi powód odwiedzin w Dolinie Godryka. Albus jest zafascynowany nowym przyjacielem.
09.09.1900 r. Dolina Godryka
Ten dzień był jednym z lepszych, jakie spotkały mnie, odkąd zostałem zmuszony do powrotu do Doliny Godryka.
Ab oczywiście dąsał się, że znowu wychodzę z domu. Powiedziałem mu jednak, że zostałem wezwany do redakcji, aby wyjaśnić pewne niespójności w moim ostatnim artykule. Jakoś podświadomie czułem, że Gellert wolałby zachować nasze spotkanie w sekrecie. Dla niepoznaki zabrałem płaszcz, włożyłem mugolskie ubranie, które zwykłem zakładać na podróż (granatowy surdut z fioletową kamizelką oraz melonik) i poszedłem w stronę lasku, z którego zawsze się deportowaliśmy.
Boczną ścieżką z lasu przebiegłem szybko do furtki znajdującej się na tyłach ogrodu Bathildy, koło krzaku bzu. Dzięki temu, nawet gdyby Ab postanowił wyjrzeć przez okno, nie mógłby mnie dostrzec. W ogrodzie czekał już na mnie Gellert. Na jego widok serce podskoczyło mi do gardła. Chyba dopiero skończył śniadanie, bo miał na sobie wciąż pasiaste spodnie od piżamy i na wpół tylko zapiętą koszulę, spod której wystawał umięśniony tors. Uśmiechnął się do mnie i zaprosił do środka. Dobrze znam ten dom. Półki pełne ksiąg i pokrytych kurzem bibelotów. Na środku salonu kanapa przykryta koronkową narzutą. Gdyby nie samozmywające się talerze i kuguchar zwinięty na gzymsie kominka, można by pomyśleć, że to dom przeciętnej, mugolskiej starszej pani.
Gellert pomógł mi zdjąć płaszcz (czy tylko przypadkiem musnął palcem mój kark?) i zaproponował herbatę. Zgodziłem się, choć tak naprawdę chciałem już poznać tą niespodziankę. Podczas gdy Gellert nalewał w kuchni wodę do czajnika, ja wycierałem spocone dłonie o nogawki spodni. Dlaczego on tak na mnie działa? Przecież prawie go nie znam...
Gdy Gellert już wrócił, oprócz tacy z herbatą i ciasteczkami, przyniósł małą, kolorową książeczkę i postawił ją przede mną z wyrazem ekscytacji na twarzy. Zerknąłem na tytuł, spodziewając się zobaczyć jakiś rzadki egzemplarz. Zdziwiłem się widząc tomik „Baśni Barda Beedla”. Tą książeczkę ma w swoim domu niemal każdy czarodziej. Jeszcze większe zdziwienie dopadło mnie, gdy Gellert stwierdził, że jest to jego główny powód wizyty w Dolinie Godryka. Jednak to, co później od niego usłyszałem okazało się niezwykle fascynujące. Chodzi dokładnie o „Baśń o Trzech Braciach”. Istnieje teza, że nie jest ona jedynie wytworem literackim i istnieją na to niezbite dowody. Opisani trzej bracia to, według wiarygodnych źródeł, Antioch, Kadmus i Ignotus Peverell, którzy zamieszkiwali Dolinę Godryka niemal 700 lat temu. Grób jednego z nich zachował się do dziś i znajduje się na miejskim cmentarzu. Gdy wypiliśmy herbatę a Gellert przebrał się w mugolskie ubranie, udaliśmy się tam, bo ja byłem jeszcze dość sceptycznie nastawiony do tej teorii, więc Gellert postanowił mi udowodnić swoją rację. Na cmentarzu bardzo szybko znaleźliśmy stary, porośnięty mchem grób Ignotusa. Nad imieniem i datą śmierci widniał mały symbol. Trójkąt z wpisanym w niego okręgiem i linią biegnącą od wierzchołka do podstawy trójkąta, przecinająca okrąg na pół. Gellert wyjaśnił, że jest to symbol insygniów śmierci: peleryny niewidki (trójkąt), czarnej różdżki (linia) i kamienia wskrzeszenia (koło). Przyznam, że po tym, co zobaczyłem i co opowiedział mi Gellert, sprawa zaczęła mnie intrygować. Wróciliśmy do domu, gdzie Gellert pokazał mi swoją kolekcję ksiąg i czasopism. Wszystkie dotyczyły poszukiwania insygniów śmierci. Twierdził nawet, że ma niemal pewność, iż czarna różdżka znajduje się obecnie w Bułgarii i że on zamierza się tam wkrótce wybrać na poszukiwania. Długo rozmawialiśmy a ja poznawałem coraz to nowe historie. Naszą dyskusję przerwaliśmy dopiero, gdy zaczęło się ściemniać i musiałem wracać do domu. Jednak przez ten czas Gellert zdążył zupełnie przekonać mnie do swoich racji i rozbudzić we mnie chęć odnalezienia insygniów.
Niechętnie opuściłem Gellerta. Wiedziałem jednak, że Ab i tak będzie na mnie wystarczająco wściekły. Od jutra znowu opieka nad Arianą spadnie na mnie, bo on wraca do pracy. Jednak teraz czas spędzony w domu będzie o wiele przyjemniejszy. Gellert pożyczył mi kilka ciekawych książek o insygniach i obiecał odwiedzić mnie w weekend.
Przy pożegnaniu Gellert dotknął mojego ramienia i moje ciało przeszedł ciepły dreszcz. Czy on to widzi? Czasem mam wrażenie, że Bathilda czuje, że jest ze mną coś nie tak, że jestem inny niż Aberforth. Chciałbym to ukryć, bo ten świat nie akceptuje takich jak ja. Gdyby ktoś się dowiedział, moja kariera byłaby skończona w punkcie, w którym jeszcze nawet się poważnie nie rozwinęła. Miałem wielkie plany. Chciałem coś osiągnąć, być kimś, chciałem żeby nazwisko Dumbledore przestało kojarzyć się z dziwakami, sekretami, przestępcami i wariatami. Chciałem, żeby pewnego dnia, za kilka lat, każdy czarodziej wymawiał to nazwisko z dumą. Tymczasem marzenia prysły. Po śmierci matki została trójka Dumbledore’ów: szalona Ariana, porywczy Aberforth i ja - przegrany Albus, utracona nadzieja czarodziejskiego świata. Ab nie rozumie tego, że mógłbym zapewnić nam lepsze życie. Według niego, chodzi mi tylko o moją karierę, a przecież chcę tego także dla nich. Bylibyśmy znowu szanowani jak kiedyś. Mój brat tego nie rozumie. Dla niego liczy się tylko to, żeby mieć co zjeść, gdzie spać i nie wpakować się w kłopoty z Arianą. Jest taki przyziemny.
Gellert mnie rozumie. Wie, jaką władzę i możliwości daje sukces. Mógłbym tyle zrobić dla naszej rodziny, a nawet dla całego czarodziejskiego świata! Musiałbym wiele poświęcić, ale przecież to dla większego dobra tak?