Następny rozdział:
3
Poprzedni rozdział:
1
***
- Kto tam? - krzyknął Stewart, celując różdżką w drzwi.
- John Everett i Helena Keet z Brygady Uderzeniowej, do usług, szefie!
- Udowodnijcie swoją tożsamość - zawołał Stew, wciąż trzymając różdżkę w pogotowiu.
- Obsztorcował dziś szef Katelyn, bo pomyliła wiadomości. Zamiast wysłać notkę do biura Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów, wysłała ją do Biura Aurorów, działo się to... - usłyszał w odpowiedzi.
Gdy Stewart upewnił się, kto stoi za drzwiami, machnął różdżką w ich stronę, a te stanęły otworem. John, wysoki i przeraźliwie chudy młodziak oraz ciemnowłosa Helen wkroczyli do mrocznego holu.
- Co was tu sprowadza w środku nocy? Ale może wejdźmy najpierw do salonu. - Wskazał im gestem drogę gospodarz.
Zapalił machnięciem różdżki lampy, które oświetliły ładny i przytulny pokój. Na ścianie przeciwległej do wejścia ulokowano kominek, zdobiony bogato ornamentami w czarnym marmurze, w którego oprawie nie zabrakło dużego lustra. Z sufitu zwieszał się ładny żyrandol, rzucający migotliwe światło na stojący pod nim stolik i wygodne fotele. Przy każdej ze ścian piętrzyły się rzędy książek, poustawianych równo w biblioteczkach wykonanych z hebanowego drewna. Jednak najistotniejszym elementem tego salonu był ogromny obraz wiszący pomiędzy dwoma sekretarzykami, na którym uwieczniono sporą grupę ludzi.
- No, no, cóż za niezwykłe poczucie stylu, szefie - powiedział Everett z lekkim uśmiechem na ustach.
- Daruj sobie uszczypliwości, John. Ten dom należał do moich rodziców, a ja nie lubię dokonywać żadnych większych zmian... ale może przejdźmy do sedna. Co sprowadza was do mnie o tak późnej porze? Coś się stało?
- Niestety tak, szefie - zaczęła Helen, nagle poważniejąc.
- Prosiłem was tyle razy, poza pracą jestem Stew. W końcu jestem od was starszy raptem o trzy lata, a znamy się już od dziewięciu... - wtrącił, wyraźnie poirytowany.
- Przepraszam, Stew. Wciąż trudno mi przywyknąć... Ale mniejsza o to, mamy poważny problem... Polski przedstawiciel Departamentu Prawa nie pojawi się jutro na spotkaniu, a w każdym razie na to się zanosi - zakończyła z niepewną miną.
- Co takiego?! Skąd macie takie informacje, dlaczego? - zapytał zaskoczony Rivers.
- Otóż wiemy, że miał przybyć do Londynu jeszcze dzisiaj i zatrzymać się w Dziurawym Kotle - dodał John. - Nie pojawił się tam i nikt nie wie, gdzie obecnie się znajduje.
- Ktoś kontaktował się już z polskim Ministerstwem Magii?
- Tak, zrobiliśmy to jeszcze zanim złożyliśmy ci wizytę. Z ich strony nie przewidywano żadnych opóźnień.
- No rzesz ja pier... Kulfon! - zawołał wyraźnie zdenerwowany. Skrzat błyskawicznie zjawił się w pokoju. - To, co zwykle, tylko trzy szklanki.
- Tak jest, panie - skłonił głowę sługa.
- W tej sytuacji, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko się napić - powiedział Stewart wzruszając ramionami, gdy Helen i John wymienili zdziwione spojrzenia na widok Kulfona niosącego na tacy butlę rumu i szklanki.
- Czy polskie Ministerstwo przyśle nam kogoś nowego? Nie? W sumie może to i lepiej. Sam udam się do Polski, tak będzie bezpieczniej. Nie chcemy kolejnego zaginięcia...
- Szefie... to znaczy, Stew. Przecież to może być zwykły przypadek. Ten facet mógł po prostu zabłądzić albo...
- W tej sprawie za dużo jest już takich przypadków. Muszę jak najpilniej porozmawiać z ludźmi z polskiego Ministerstwa. - Tknięty nagłą myślą, zerwał się z fotela i wybiegł z salonu, rzucając krótkie - Przepraszam, zaraz wrócę!
- Wiedziałem, że tak zareaguje - powiedział cicho John, kiedy Stew opuścił pokój.
- Chyba oboje się tego spodziewaliśmy. Wiesz jak bardzo zależy mu na opinii. Jest najmłodszym szefem Brygady Uderzeniowej w historii jej istnienia, a w Proroku ciągle wylewają na niego kolejne wiadra pomyj w każdym artykule, który dotyczy tej sprawy - wyszeptała Keet.
- Mi szczególnie zapadł w pamięci ten, w którym pisali, że jest żółtodziobem bez doświadczenia i posadę załatwił mu ojciec, a nie umiejętności - dodał Everett. - Wredne pismaki, gdyby widzieli go w akcji... - przechylił swoją szklankę z rumem i opróżnił ją do połowy.
Po kilku minutach ciszy powrócił do nich Stewart.
- Wysłałem sowę do szefa Departamentu - wyjaśnił, sadowiąc się w fotelu i porywając szklankę ze stolika. - Muszę mieć jego zgodę na wyjazd. Zjawię się jutro rano w biurze i wydam dalsze instrukcje. Wy spróbujcie znaleźć Wrońskiego...
Keet i Everett wstali gotowi do wyjścia.
- Nie dzisiaj! Jesteście po dziennej zmianie, należy wam się trochę odpoczynku - mówiąc to, wstał i ruszył w stronę kominka.
- Incendio! - wskazał różdżką na palenisko, które od razu rozkwitło barwnym płomieniem. Wyjął z sekretarzyka pudełko z proszkiem, którego garść cisnął w ogień. Następnie uklęknął przed nim i włożył głowę w ciepły strumień powietrza.
- Ministerstwo Magii, biuro Brygady Uderzeniowej. Sytuacja nadzwyczajna - powiedział wyraźnie.
Jego głowa zawirowała wśród tańczących płomieni i po dłuższej chwili spoglądał na niewielki Pokój Odpraw, w którym obecnie przebywało kilka osób.
- Yates! - zawołał Stew.
- Tak, szefie! - odparł zaskoczony, gdy zlokalizował źródło głosu.
- Kto zajął się poszukiwaniami Wrońskiego?
- Bradley i Peakes, wysłaliśmy ich do Dziurawego. Mają też sprawdzić okolicę.
- W porządku, rano zmienią ich Keet i Everett. Poza tym spokój? - zapytał wciąż poddenerwowany Rivers.
- Przypadek nadużycia czarów w Liverpoolu, ale to nic poważnego. Finch udał się już na miejsce - wyjaśnił krótko.
- Dobrze, w takim razie z mojej strony to wszystko. Spokojnej nocy!
- Do widzenia!
Stewart wyjął głowę z kominka, a płomienie natychmiast zgasły. Otrzepał kolana i wrócił do swoich gości.
- Przepraszam za moją niegościnność, postaram się to nadrobić w przyszłości.
- Bez przesady, dzisiaj ściągnęły nas tutaj głównie obowiązki służbowe. Właściwie to już się zbieramy i nie będziemy przeszkadzać - powiedział John, podnosząc się z fotela i kierując w stronę wyjścia. To samo uczyniła Keet.
- Wiesz, że wyglądasz na chorego? - zapytała zatroskana Helen, zatrzymując się obok drzwi. - Powinieneś przyrządzić sobie Eliksir Pieprzowy... albo nie! Zostaw to mnie. Przyniosę ci jutro do pracy solidną porcję.
- Będę bardzo wdzięczny. Mój lek w postaci rumu okazuje się mało skuteczny na przeziębienie...
- To widać. Kładź się do łózka - poleciła mu Helen.
- Tak, tak, właśnie miałem taki zamiar. Dobranoc.
- Dobranoc - pożegnali się.
Stewart spoglądał jeszcze, jak dwójka znika za bramą. Zamknął drzwi i udał się do salonu. Zabrał ze stolika tacę z trunkiem, pogasił lampy i z westchnieniem skierował się na piętro, oświetlając drogę różdżką.
Poznałeś już moją opinię na temat tej części wcześniej, więc postaram się teraz napisać co innego.
Mam nadzieję, że opiszesz nam jakoś ładnie "szefa", ponieważ na razie wydaje się on być niezłym ciasteczkiem i userki będą miały do kogo wzdychać (ja również!). Dlatego nawołuję, byś nie szczędził nam więcej opisów! Tutaj jedynie opisałeś pokój, w którym działa się akcja, a to stanowczo za mało.
Podobają mi się Twoje dialogi, a pisanie dialogów to dość trudna do nabycia umiejętność. Znalazł się nawet tutaj fragment, który wywołał na moich ustach uśmiech,
Błędy pewnie wypiszą Ci i tak kolejne osoby pode mną, ja swoje spostrzeżenia a propos nich wysłałam Ci kiedyś tam sową, więc niepotrzebnie bym znów o tym pisała. Nie ma tego wiele, nie są też raczej jakieś hańbiące i nie do przeżycia. Zostało mi mieć nadzieję, że szybko zobaczę kolejną część ;D