Lily odbywa ważną rozmowę z Lavender, a tymczasem w świecie czarodziejów robi się niebezpiecznie...
Huncwoci zeszli do Wielkiej Sali na śniadanie. Po drodze spotykali znajomych, również tych z innych domów, którzy także zmierzali w tym samym kierunku. Kiedy przyjaciele kierowali się na ich stałe miejsca przy stole Gryffindoru, zobaczyli nieopodal czarnowłosego chłopaka, który siedział kryjąc twarz w dłoniach. Postanowili wykorzystać okazję, by dopiec Snape'owi, po uprzednim, nieudanym żarciku.
- Siemasz, Smarkerusie! - zagadnął śmiało Łapa. - Nie pomyliły ci się czasem stoły?
Severus wstał bez słowa i skierował się do grupy Ślizgonów.
- Już odchodzisz? Szkoda. Dawno nie żartowaliśmy sobie z ciebie...
- Uważaj do kogo mówisz Black! - warknął Snape.
- Uuu... Niegrzeczny! A my chcemy tylko pogadać - rzekł Rogacz.
W tym momencie Ślizgon zza pazuchy wyciągną różdżkę i wycelował nią w Jamesa. Ten jednak wcale się nie przestraszył. Nie sięgnął też po swoją. Syriusz już szukał w szacie szkolnej swojej różdżki, jednak Rogacz odwiódł go od tego. Po prostu stał tak, z lekkim huncwockim uśmiechem. Po chwili powiedział:
- No! Dajesz Smarkerusie! Dawno nie było mnie w Skrzydle Szpitalnym. A przy okazji opuszczę parę lekcji... Same korzyści!
Chłopak zawahał się. Z każdą sekundą jego złość na Pottera rosła. Już szukał w myślach jakiegoś zaklęcia, które skończyłoby z tym napuszonym Gryfonem. Gdyby przeczytał więcej książek o czarnej magii... Gdyby zebrał w sobie trochę więcej odwagi... Już układał usta do rzucenia czaru, kiedy z wejścia Wielkiej Sali dobiegł go głos profesor McGonagall:
- Panie Snape! Proszę opuścić różdżkę i to natychmiast! - powiedziała - Minus dziesięć punktów dla Slytherinu! Jak tak można? Proszę odejść do swojego stołu!
Rozwścieczony Ślizgon obrzucił Huncwotów pogardliwym spojrzeniem, po czym odszedł od nich. Minerwa McGonagall patrzyła jak siada obok swojego kolegi i dopiero wtedy zwróciła się do Jamesa:
- Potter, w czwartek jest trening quidditcha. Na boisku o piętnastej. I nie waż mi się spóźnić.
- Tak jest szanowna pani profesor! - odpowiedział chłopak.
Czworo przyjaciół usiadło na ławkach i czekali na sowią pocztę, rozmawiając beztrosko. Tylko Remus pisał w międzyczasie wypracowanie z wróżbiarstwa.
- Niezwykle sprytnie to rozegrałeś Rogasiu - powiedział Łapa, który wyraźnie nie mógł powstrzymać się od powiedzenia tego. - Ja to bym od razu z różdżką wyleciał...
- Ma się to COŚ - rzekł James i wyszczerzył zęby.
- Zobaczcie! Poczta! - zauważył Glizdogon.
Setki sów wleciało do Wielkiej Sali pohukując głośno. Zataczały ogromne koła wokół stołów, szukając odbiorców listów. Niektóre już wylądowały: siedziały na ramionach swoich panów czekając na pochwały. Inne dziobały uczniów, bo nie dostały nagrody lub zapłaty, jak się okazało w niektórych przypadkach. Do Jamesa podleciał brązowy, rodzinny puchacz i dostarczył mu list rozlewając przy tym puchar z sokiem dyniowym.
- Cholera! - przeklną pod nosem. - Zawsze coś roz... zepsuje - skończył szybko widząc groźną minę Lunatyka.
Rogacz rozerwał kopertę i przeczytał list napisany równym, czytelnym pismem.
- No proszę! Łapciu, zostaję z tobą na święta w Hogwarcie - powiedział.
- A to czemu?
- Przyjeżdża do nas Adolf. Wiesz, ten idiota, który kiedyś prawie zabił mojego tatę.
- Zabił...? - zapytał wystraszony Peter przełykając głośno ślinę.
- Oj, no może nie do końca, ale zaczarował kwiatki w ogródku tak, że się rzuciły na tatę. Dobrze, że miał pod ręką różdżkę, bo wylądowałby jak nic w Świętym Mungu. Lunatyk, daj pióro, odpiszę im szybko, że nie wracam w tym semestrze.
Chłopak szybko naskrobał odpowiedź i znów wysłał rodzinnego puchacza w drogę.
- A co ty tam masz Łapciu? - zapytał. Syriusz ściskał w ręce małą pożółkłą karteczkę. Czytał, a z każdą linijką na jego twarzy pojawiał się szerszy uśmiech.
- Zobaczcie sami - powiedział, podając przyjaciołom list.
- Uuu... Mamusia napisała! - zażartował Peter.
Syriuszu...
...ty plugawy zdrajco rodu Blacków! Jak śmiałeś nakleić te mugolskie plakaty na ścianie swojego pokoju! Ty zdrajco krwi! Jak mogłeś poobwieszać ścianę naszego domu plakatami Gryffindoru! Ty zdrajco własnej rodziny! Zdrajco świata czarodziejów! Zdrajco samego siebie! Napisz mi tu zaraz przeciwzaklęcie bo jak nie to nie ręczę za siebie!
Matka
- Zdecydowanie za dużo razy użyła słowa "zdrajco" - rzekł poważnie Lupin, kiedy James, Peter, a nawet Syriusz wyginali się ze śmiechu.
- Nie ma to jak troskliwa mamuśka! - powiedział Łapa, kiedy po chwili, cali czerwoni, wrócili do "normalności".
- Masz szczęście, że ci wyjca nie przysłała... - zagadnął Peter.
- Odpisz jej! - nalegał James.
- I co jej napiszę?
- Ohh... Daj!
Rogacz wziął od Remusa pióro, i na odwrocie listu napisał "Też cię kocham mamo!" na co wszyscy już Huncwoci ryknęli szczerym śmiechem. Syriusz pod tym dopisał od siebie "Na święta zostaję w Hogwarcie" i wysłał list jedną ze szkolnych sów.
Tymczasem Lupin, który troszkę już ochłonął po znakomitym wyczynie Jamesa, przeglądał nowy numer "Proroka Codziennego" . Na jednej ze stron zauważył nagłówek: "Niepokojące wieści ze świata czarodziejów".
- Chłopaki, zobaczcie! - zawołał przyjaciół.
Wspólnie przeczytali artykuł:
NIEPOKOJĄCE WIEŚCI ZE ŚWIATA CZARODZIEJÓW:
Ostatnio Ministerstwo Magii co dzień dostaje wieści o nowych morderstwach wykonanych zaklęciem niewybaczalnym. Dziwne jest to, że ginął najczęściej mugole, tzw. "mugolacy", charłacy lub "zdrajcy krwi". Od dawna już wiadomo, że czarodzieje nie są uwzględniani po statusie krwi, dlatego te wieści są coraz to bardziej niepokojące. Niepotwierdzoną informacją jest to, że za tymi wszystkimi zbrodniami stoi Lord Voldemort (Tom Riddle), który od niedawna jest uważany za jednego z najniebezpieczniejszych czarodziejów świata. Pomaga mu grupa osób, zwanych Śmierciożercami. Wszystkich łączy to samo: chęć "oczyszczenia świata z brudnej krwi" i władza nad innymi ludźmi.
- No to się porobiło... - skomentował Syriusz.
***
- Lily! Lily! LILY! - wołała Lavender swoją przyjaciółkę biegnąc do niej przez oświetlone słońcem błonia. Kiedy ją dogoniła, dyszała ciężko. - Nareszcie... Na brodę Merlina...
- Stało się coś? - zapytała zaskoczona Ruda.
- Nie... To znaczy... Chyba ty powinnaś mi to powiedzieć.
- Ja...? - Lily spojrzała na przyjaciółkę pytająco. Na prawdę nie wiedziała o co chodzi.
- Chodź - powiedziała Lavender.
Odeszły w stronę jeziora, z daleka od wszystkich i od wszystkiego. Usiadły na zwalonym drzewie. Chwilę milczały. Pierwsza odezwała się panna Stick.
- Lily, co się dzieje?
- A co ma się dziać? - Ruda na prawdę nie wiedziała do czego dąży przyjaciółka. Za dużo się uczy? Nie wypełnia swoich obowiązków? A może coś zaniedbała?
- Nie udawaj... Wczoraj, kiedy Alissa wspomniała o tym, że nie pasowałabyś do Jamesa... Posmutniałaś, zaszkliły ci się oczy...
A więc tak. O niego chodzi. Lavender musiała zauważyć wczorajsze zachowanie dziewczyny. A przecież starała się to zatuszować! Przeszył ją teraz mały dreszczyk. Co powie jej Lavender? Wyśmieje? Bo chyba nie poprze...
- Zauważyłaś? - spytała po chwili.
- To widać samo przez się, Lily.
- Alissa chyba nie widziała. Przynajmniej tego nie okazywała.
- Nie zobaczyła, bo wszystko przysłoniły jej książki i nauka. Za dużo czasu temu poświęca. Jest ładną dziewczyną, ale nikomu nie daje szansy. Ale porozmawiajmy o tobie. I o Jamesie.
- Oh, Lav przecież wiadomo, że z tego nic nie będzie!
- Dlaczego tak myślisz?
- Zobacz: my na prawdę jesteśmy z dwóch różnych światów! Ja, cicha, skromna i spokojna, dobrze się ucząca... On, popularny, śmiały, odważny, szuka tylko okazji żeby złamać regulamin, niczym jest dla niego kłótnia z nauczycielem!
- Przeciwieństwa się przyciągają... A poza tym skąd wiesz, czy on jest taki zawsze?
- A jaki ma być? Proszę, nie mów mi, że jest inny, lepszy!
- Zobacz na przykładzie Alissy. Na pierwszy rzut oka oschła i chłodna, a w środku? Wrażliwa i czuła nastolatka.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Lily, daj mu szanse. Umów się z nim do Hogsmeade. Nie, nie od razu sam na sam. Czekaj, aż on wyjdzie z inicjatywą. Nie skreślaj od razu tego, co może być przed wami.
- Sama nie wiem...
- Spójrz we własne serce. I kieruj się nim, nie rozsądkiem.
- Boję się... i...
- Wstydzisz? Nie wstydzi się tych, których się kocha.
- Pomożesz mi w tym? - zapytała po dłuższej chwili nieśmiało Ruda.
- Jeśli tylko będę potrafiła, to oczywiście, że tak. Możesz na mnie liczyć.
- Dziękuję Ci - szepnęła. - I... mam prośbę do ciebie.
- Jaką?
- Nie mów o niczym Aliss. Boję się, że ona nie zrozumie.
- Ahh... Nie ma sprawy. To co, w najbliższy wypad do Hogsmeade, idziemy do Trzech Mioteł z Huncwotami?
- Do Trzech Mioteł! - rzekła z większym już entuzjazmem Lily.
Poczuła, że kiedy powiedziała o wszystkim Lavender, znacznie jej ulżyło. Stała się spokojniejsza i bardziej opanowana. Nie denerwowało ją już wszystko na około, znowu zaczęła dostrzegać piękno tego świata. Bo znalazła osobę, której mogła się zwierzyć, osobę, która wierzy w nią, w Lily Evans, i w jej miłość do Jamesa Pottera. Ona jedyna daje im szansę, nie skreśla ich już na początku. "Spójrz we własne serce. I kieruj się nim, nie rozsądkiem", huczały jej w głowie słowa przyjaciółki. "Nie wstydzi się tych, których kocha". Dlaczego wcześniej nie umiała do tego dojść? Dlaczego ona również skreśliła Jamesa nie poznając go bliżej? Tak bardzo chciała, żeby to wszystko się udało, żeby wyszło. Jednak ciągle bała się, że nie da rady...
Jednak trzeba próbować. I iść śmiało przed siebie. Upadając i podnosząc się znów.
Podoba mi się. Jest lekko, śmiesznie, niepoważnie - tak jak na Huncwotów przystało.
Bardzo ładnie załatwili Sevka, nawet nie wyciągnęli różdżki.
Niestety mam problem z Lily, bo niestety film ją zepsuł (tak samo jak Ginny), ale mam nadzieję, że twoja wizja pozwoli mi poprawić o niej zdanie.
Większych błędów nie zauważyłam, przecinki chyba czasem latają.
Szkoda, że prawie cała druga część to dialog.