Co stanie się podczas spotkania w Hogsmeade?
- Łapa! Łapa! - wołał Rogacz Syriusza, podczas gdy ten bajerował ładną Krukonkę z czwartego roku. - Wreszcie cię znalazłem, mam sprawę.
- Nie widzisz, że jestem zajęty? - warknął na przyjaciela.
- Pani wybaczy... - zagadnął szarmancko Potter posyłając zalotne spojrzenie dziewczynie, która natychmiast się zarumieniła - ...że porwę na pięć sekund tego oto księcia z bajki?
- Eee... Ta-ak, oczywiście - powiedziała. - Ale jeśli będę mogła przyjść dzisiaj na twój trening quidditcha - dodała szybko i oblała się jeszcze większym rumieńcem. Syriusz rzucił Krukonce zaskoczone spojrzenie, a James uśmiechnął się szeroko.
- Zapraszam serdecznie! Miejsce w najlepszym rzędzie gwarantowane!
Dziewczyna opuściła przyjaciół i podbiegła do grupy rozchichotanych koleżanek, mówiąc na tyle głośno, aby usłyszał ją cały korytarz "Mam zaproszenie na trening quidditcha Gryfonów od samego Jamesa Pottera!". Uczennice, które akurat przechodziły obok, patrzyły na nią z zazdrością.
- Już drugi raz w tym tygodniu psujesz mi reputację łamacza kobiecych serc - powiedział z lekkim uśmiechem Syriusz do przyjaciela. - Co się stało?
- No bo kiedy proponowałeś, żeby pisać tą kartkę "Wypijesz - ona będzie twoja." to nie mówiłeś tego poważnie, co nie?
- O czym ty mówisz Rogacz?
- Malfoy. Zrozum, na te czerwone włosy poleciała twoja kuzynka!
- Żartujesz! Bella kocha się w Lucjuszu?!
- Nie, nie Bella. Narcyza! Mało tego, oni są parą! Glizdogon słyszał jak podczas śniadania mówiła do niego: "bardzo do twarzy jest ci w tym kolorze... Jest taki męski... mrrr..." - powiedział James naśladując ton Narcyzy Black na co Syriusz parsknął śmiechem.
- Wygląda na to, że mu tylko pomogliśmy.
- I to mnie najbardziej boli, stary.
Przyjaciele razem szli korytarzem, kiedy przy końcu usłyszeli głos Lavender. Odwrócili się i zobaczyli, że w idzie ona w ich kierunku z Lily, która z trudem dotrzymywała jej kroku.
- Cześć chłopaki - zagadnęła śmiało Stick. - Wiecie o sobotnim wypadzie do Hogsmeade?
- Tak, McGonagall wspominała coś tam rano.
- Macie jakieś plany co do tego?
- A co, Lily Evans chce się ze mną umówić? - zapytał James wyszczerzając zęby i mierzwiąc i tak rozczochrane już włosy. Ruda, jakby wyrwana z transu powiedziała szybko, ale dokładnie.
- Jasne.
- Serio? - wyjąkał całkiem zdezorientowany Rogacz.
- NIE - odpowiedziała stanowczo Lily, a James obdarzył ją radosnym spojrzeniem pełnym ulgi i odrobiną rozczarowania.
- Już myślałem, że ktoś zamienił się w ciebie pod wpływem eliksiru wielosokowego - powiedział.
- Chcemy po prostu spytać - zaczęła Lavender - czy nie chcielibyście się z nami spotkać w Trzech Miotłach i wypić kremowe piwo w naszym towarzystwie. Oczywiście zapraszamy też Remusa i Petera.
- Bardzo chętnie przyjdziemy! - rzekł zadowolony Syriusz. - O której?
- Piętnasta przed wejściem do Hogsmeade. W sobotę.
- Będziemy na pewno!
- No to do zobaczenia! - rzuciła beztrosko Lavender i skierowała się po marmurowych schodach do wieży Gryffindoru. Lily bez słowa poszła za nią, obrzucając Jamesa tęsknym spojrzeniem i czerwieniąc się po uszy.
Chwilę później Huncwoci dołączyli do odrabiających prace domowe w Wielkiej Sali Lunatyka i Glizdogona. Pisali właśnie wypracowanie z transmutacji, kiedy Syriusz opowiedział im o planach dotyczących najbliższej soboty.
- Ja nie będę mógł z wami iść - powiedział przeciągle Glizdogon z kwaśną miną.
- Ej, dlaczego?
- Zostaję w Hogwarcie i uczę się zaklęć. Flitwick mi nie popuści z tym zaklęciem odzyskującym...
- Nie no, nie mów, że nie znajdziesz godzinki wolnego!
- Przepraszam was chłopaki, ale nie tym razem - powiedział stanowczo Peter i wyszedł zabrawszy swoje książki, pergaminy i pióra.
- Ostatnio jest jakiś dziwny... - powiedział Lupin zamykając podręcznik transmutacji. - Znika co jakiś czas... Mówi, że do biblioteki. Raz go nawet tam widziałem. Przeglądał zawzięcie jakąś książkę.
- Uuu... A może nasz Glizdek na poważnie wziął sobie SUM-y?
- Najwyższa pora... - mruknął Lunatyk pakując rolki pergaminów do torby.
***
Hogwarckie błonia topiły się w blasku słońca. Uczniowie korzystali z chwil wolnych od nauki i przebywali na świeżym powietrzu przed zamkiem. Było zadziwiająco ciepło, jak na jesień. Wspaniała pogoda na trening quidditcha.
James przebrał się w szkarłatną szatę z nazwiskiem "Potter" na plecach i słuchał uważnie nowej taktyki gry Gryfonów, wygłaszanej przez Marcusa Glannta, kapitana drużyny. Kiedy mieli za sobą teorię, wyszli na boisko, by przećwiczyć część praktyczną. Przywitały ich tam gromkie brawa uczniów Hogwartu. Znad trybun powiewały flagi z Lwem Gryfonów. Rozpoznali także gości innych domów: Puchonów i Krukonów, a w najwyższym rzędzie siedziała szczęśliwa dziewczyna z Ravenclawu, którą dzisiaj rano spotkał Rogacz. W zasadzie nie wiedział nawet jak miała na imię.
Potter po ostatnich radach Glannta dosiadł swojej miotły i z lekkością wzbił się w powietrze. Uwielbiał, sport jakim był quidditch, kochał lot na miotle, kochał uczucie trzymania w ręku złotego znicza... Wszystkie problemy związane z nauką i nieodrobionymi pracami domowymi zostawał na ziemi. W powietrzy liczył się tylko on i znicz.
Trening przebiegał bardzo przyjemnie. Znakomicie zgrana drużyna prezentowała naprawdę świetny poziom. W ciągu godzinnego treningu, Jamesowi udało się złapać małą, złotą piłeczkę trzydzieści osiem razy, za każdym razem wykorzystując inną technikę. Marcus był bardzo dumny ze swojego szukającego.
- Świetnie James! - mówił. - Tylko pamiętaj. Najpierw dojdźmy do przewagi nad drużyną. Później łap znicza, ale miej go na oku cały czas. Jednak w sytuacjach krytycznych nie przejmuj się resztą.
Po skończonym treningu Rogacz spotkał przed wejściem Krukonkę poznaną rano.
- Byłeś świetny - powiedziała.
- Ach, dzięki - wyszeptał obdarzając ją uśmiechem.
- Nazywam się Mary Duff. Jestem z Ravenclawu.
- James Potter, droga pani - rzekł chłopak schylając głowę. - Gryffindor.
- Wiem, wiem doskonale... - wyszeptała dziewczyna czerwieniąc się. - Tak pomyślałam... Czy miałbyś czas i ochotę na kremowe piwo w Trzech Miotłach? W sobotę?
- Chęć mam zawsze droga Mary, jednak czasu niestety brak... W tę sobotę nie dam rady - powiedział z żalem. - Jednak następny wypad do Hogmeade będzie należał do ciebie!
- O, to świetnie! Dzięki! - powiedziała panna Duff i odeszła w stronę jeziora, podczas gdy James skierował się do wieży Gryfonów z szerokim uśmiechem na twarzy, mierzwiąc co jakiś czas swoje włosy.
***
W sobotę po południu, uczniowie udali się do Hogsmeade - miasteczka nieopodal Hogwartu zamieszkanego wyłącznie przez czarodziejów. Do piętnastej było jeszcze trochę czasu, dlatego troje Huncwotów wpadli po drodze do sklepu Zonka i odwiedzili znajomego barmana w Gospodzie Pod Świńskim Łbem, Aberfortha. Dziesięć minut przed umówioną godziną szli okrężnymi drogami do Trzech Mioteł, przechodząc niedaleko Wrzeszczącej Chaty. Zauważyli tam jakieś trzy postacie, otaczające jednego, niewielkiego chłopca.
- Na gacie Merlina! - wyjąkał Syriusz. - To przecież Glizdogon!
- Co on tu robi? Przecież miał być w zamku, uczyć się!
- Nieważne, chłopaki - zaczął James. - Cokolwiek tam się dzieje, trzeba mu pomóc. Huncwoci powinni na siebie liczyć. Wskakujcie pod pelerynę niewidkę. Różdżki w pogotowiu!
Trójka ściśniętych pod niewidką postaci zbliżała się powoli do Petera otoczonego przez... jak się później okazało trzech znajomych Ślizgonów: Lucjusza Malfoy'a, Regulusa Blacka i Avery'ego. Syriusz ścisnął mocniej palce na różdżce, gotów w każdej chwili rzucić zaklęcie.
- Pettigrew, wykazałeś się niezwykłą odwagą przychodząc tu sam, nie zapraszając swoich plugawych przyjaciół - powiedział Malfoy, którego czerwone włosy raziły po oczach za sprawą promieni słońca. - Zadziwiłeś nas...
- Za to ty jesteś tchórzem! Miałeś być sam!
- Nie jestem na tyle głupi. Ale jeszcze możesz się uratować. Przeproś.
- Nigdy w życiu!
- To twój wybór, Pettigrew. Sam tego chciałeś. - Malfoy uniósł różdżkę i już układał usta do zaklęcia, kiedy spod peleryny niewidki wyskoczył James.
- Expelliarmus! - krzyknął.
Lucjusz został rozbrojony, jego różdżka z cichym brzdękiem upadła pod nogi Rogacza. Wszyscy patrzyli zdziwieni na trzech Huncwotów, którzy wyłonili się z pod peleryny celując różdżkami, każdy w innego Ślizgona. Remus i Syriusz także rozbroili przeciwników, a na ich twarzach zagościł wyraz tryumfu.
- No, no... Potter. Zawsze zjawiasz się wtedy, kiedy potrzeba - wyjąkał nieco przestraszony Malfoy. - Myślisz, że jesteś najlepszy we wszystkim?
- Tak właśnie myślę - powiedział James, na co Łapa parsknął śmiechem.
- Jak zwykle bardzo pewny siebie - rzekł speszony Lucjusz. - Zobaczmy, kto lepiej włada różdżką, Potter. Mały pojedynek.
- Nie ma sprawy czerwonowłosiaku - odpowiedział Rogacz i rzucił różdżkę Malfoy'owi, który uśmiechnął się drwiąco.
- Na trzy... - powiedział - Raz... Dwa...
I rzucił zaklęcie "Drętwota!" na "dwa". Jednak James był na to przygotowany. Mruknął "Protego!" i zaklęcie tarczy podziałało. Ślizgon próbował tego samego zaklęcia jeszcze parę razy, celując w różne części ciała Rogacza. Ten, już po części znudzony, szukał okazji by zaatakować. Właśnie wypowiadał zaklęcie rozbrajające, kiedy Malfoy ryknął:
- Crucio!
Chybił o cal. Zaklęcie przeleciało obok lewego ucha Jamesa, który najmniej się tego spodziewał.
- To nie było fair... - rzekł. - Expelliarmus!
Różdżka Lucjusza wyleciała w powietrze, a Rogacz z łatwością złapał ją do wolnej ręki. Swoją wciąż miał wycelowaną w przeciwnika. Łapa i Lunatyk z przerażeniem patrzyli na Ślizgona, który posunął się o wiele dalej niż przypuszczali.
- Masz - powiedział James oddając mu różdżkę. - I uciekaj stąd. Zejdź mi z oczu, zanim użyję Petryficusa. JUŻ! - ryknął na Ślizgonów, którzy ze złością w oczach opuszczali pole walki.
- Jeszcze się policzymy, Potter! - wykrzyczał Malfoy odchodząc. - Zobaczysz!
Kiedy Ślizgoni zniknęli im z oczu, Lunatyk, Łapa i Rogacz skierowali swój wzrok na Petera. On stał zmieszany pośrodku z opuszczoną różdżką, wpatrując się w ziemię.
- Czemu nam nie powiedziałeś? - zapytał Remus.
- Bo ja... Sam nie wiem...
- A o co poszło?
- Bo ja... Nazwałem go przepróchniałym gargulcem, nieumiejącym rzucić najprostszych zaklęć - wydusił jednym tonem Peter, na co pozostali ryknęli śmiechem. Po chwili znowu odezwał się Glizdogon.
- Przeze mnie mogło trafić cię zaklęcie niewybaczalne, James.
- Szczęście, że nasz kochany Ślizgon ma zeza - powiedział Rogacz mierzwiąc włosy i uśmiechając się szeroko.
- Mam wieeelką ochotę na kremowe piwo - powiedział Lupin.
- KREMOWE PIWO! - wydyszał Łapa. - TRZY MIOTŁY! SPOTKANIE!
- CHOLERA! - zaklną Rogacz i cała czwórka Huncwotów puściła się biegiem w kierunku głównej ulicy Hogsmeade do Trzech Mioteł, gdzie byli umówieni z Lavender i Lily.
- Spóźniają się już dwadzieścia pięć minut - mruknęła cicho Lavender.
- Nie przyjdą - odpowiedziała obojętnym tonem Lily.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Oh... – zaczęła. - Pewnie uznali to za znakomity dowcip, umawiając się z kimś, po czym nie pojawiając się na miejscu w określonym czasie.
- Może coś ważnego ich zatrzymało...
- Taak, na pewno OGROMNY meteoryt spadł im na głowy, uniemożliwiając dojście do celu... Lav, proszę cię... Dajmy spokój, wracajmy do zamku.
- A jeśli zaraz się tutaj zjawią?
- Dalej nie rozumiesz? Oni nas wystawili! Tak po prostu!
- Nie wierzę... Nie, na pewno jest jakieś racjonalne wytłumaczenie.
- Słuchaj. Okłamałyśmy Aliss żeby tutaj być. I co? Nic! Ich nie ma, nie przyjdą. Rób co chcesz. Jeśli masz zamiar tkwić tutaj do następnego wypadu do Hogsmeade, to życzę szczęścia. Ja idę do Hogwartu.
Lily odwróciła się na pięcie i ruszyła drogą w kierunku zamku. Lavender stała chwilę w miejscu, tocząc walkę z własnymi myślami. Ciągle miała wrażenie, że to nie był kolejny psikus chłopaków. Zdecydowała jednak, że najrozsądniejszym wyjściem będzie pójście z Lily, co też uczyniła. Dogoniła Rudą i wspólnie ruszyły oddalając się od wioski.
Huncwoci dotarli na umówione miejsce dosłownie pięć minut później. Przybiegli zdyszani, rozglądając się dookoła i szukając dziewczyn. Ich jednak nie było.
- Szlag by to trafił - zaklął Syriusz i kopnął z całej siły najbliższy kamień. Szybko jednak tego pożałował, skurczył się i jęcząc masował zbity palec.
James usiadł pod najbliższym drzewem ukrywając twarz w dłoniach; Remus stał podpierając się o tabliczkę z napisem "Hogsmeade", trzymając rękę na piersi, z trudem łapiąc oddech, a Peter krążył w tę i we w tę zaciskając pięści.
- To wszystko przeze mnie - powiedział po chwili.
- Glizdogonie, nie bądź głupi... - upomniał do Lunatyk. - Bez obrazy, ale gdyby nie my, to nie chciałbym wiedzieć, co by z ciebie zostało tam pod Wrzeszczącą Chatą.
- Lunatyk ma rację... - przytaknął James. - Huncwoci powinni sobie pomagać.
- Zmarnowałem szansę twojego życia, Rogacz - żalił się Peter. - A na dodatek mogło cię trafić Zaklęcie Niewybaczalne, a przez co? Przez moją głupotę!
- Co teraz zrobimy? - odezwał się nagle Syriusz.
- Nic... - odpowiedział James - Pójdziemy do zamku... Nic nie powiemy, nikomu... Żeby Glizdek nie miał kłopotów... Ślizgoni się nie przyznają do porażki, to jasne...
- Co powiemy Lily i Lavender?
- Że... Że zapomnieliśmy... - rzekł Rogacz i znowu zakrył twarz w dłoniach. Wyobraził sobie minę Lily Evans, kiedy mówi jej, że zapomniał o spotkaniu. Słyszał gdzieś w środku te słodkie słowa pełne wyrzutu "Jak mogłeś, Potter?" i ogarnęła go fala głębokiego żalu. Jednak zrobił to dla przyjaciela... Huncwoci powinni sobie pomagać, a on, James Potter był Huncwotem, oddanym do końca przyjaciołom. "Oby to zrozumiała..." odezwała się w jego głowie nadzieja.
- Dobra, nic tu po nas chłopaki - burknął Remus. - Chodźmy do zamku.
I cała czwórka powlekła się w milczeniu drogą prowadzącą do Hogwartu. Peter szedł nieco z tyłu z rękami w kieszeni, myśląc gorączkowo jakby naprawić swój błąd. "Mam wspaniałych przyjaciół..." pomyślał i uśmiechnął się w duchu.
***
Następne dni nie były przyjemne dla Huncwotów. Ani Lily ani Lavender nie odzywały się do chłopaków, chociaż ta druga sprawiała czasem wrażenie jak gdyby chciała dać im szansę się wytłumaczyć.
James pewnego dnia nie wytrzymał i przy kolacji wybuchnął:
- Lily, czemu ty jesteś taka?!
- To znaczy jaka? - Ruda patrzyła na niego pytająco.
- Taka... taka... - szukał właściwych słów Rogacz. - No właśnie taka!
Wielka Sala zawrzała ze śmiechu. Siedzący przy stole nauczyciele starali się nie okazywać zbytniego zainteresowania, dlatego ukrywali to, na przykład profesor McGonagall dostała ataku kaszlu. Nawet Syriusz, siedzący po prawej stronie Jamesa starał się ukryć tłumiony śmiech, a Remus i Peter zanurzyli głowy w podręcznikach, rechocząc w swoje książki. Tylko Rogacz zachowywał powagę, bo dla niego ta sytuacja wcale nie wydawała się być taka zabawna.
- Ach przepraszam cię szanowny Jamesie Potterze, że jestem no właśnie taka - powiedziała z ironią Lily, która też z trudem powstrzymywała się od parsknięcia śmiechem.
Rogacz wstał i wyszedł z Wielkiej Sali, która zdawała się drżeć od rozchichotanych uczniów. Znalazł się na ciemnych już błoniach i usiadł pod pierwszym lepszym drzewem na trawie. Chwilę patrzył na oświetlony zamek i wrzawę dobiegającą z pomieszczenia, które niedawno opuścił. Wyciągnął z kieszeni maleńkiego złotego znicza, którego "pożyczył" podczas ostatniego treningu. Trzymał go w dłoni i patrzył na poruszające się, złote skrzydełka.
- Gdyby to wszystko było takie proste jak złapanie znicza - powiedział do siebie.
Masz podobny problem, co inna nasza autorka FF, a mianowicie przesyt dialogów. Tutaj co prawda każdy bohater jest chociaż minimalnie zarysowany, jest też łatwiej ich rozróżnić, ponieważ są to postacie z książki. Jednak nadal nie podoba mi się to, że oni coś mówią, idą, mówią, idą, mówią, robią, mówią. Brakuje mi tutaj jakiś opisów lekcji albo nawet sowiej poczty, kręcenia się po korytarzu, opisania jakiejś sytuacji ogólnie typu "na korytarzu pojawił się Irytek i rzucał w jakiegoś Puchona pustymi opakowaniami po czekoladowych żabach...". Takie wiesz, ogólne informację. Słabo też opisałaś Hogsmeade, że już nie wspomnę o miejscach w jakich oni byli. Przez wszystko idziesz jak burza. Nie podoba mi się również postać Lily, jest okropnie denerwująca, niesprawiedliwa i wiecznie jęcząca. Wiem, że to akurat Twoja postać i Twoja kreacja, ale nie mogę jej znieść. Brakuje mi również w tym wszystkim postaci Severusa.
Na plus muszę dać Jamesa, chociaż tutaj też widzę problem w zarysowaniu różnic między Jamesem a Syriuszem. Oni dwaj są bardzo podobni, ale chociaż starasz się aż tak blisko ich nie zestawiać. Podobają mi się też takie miniakcję jak np. pojedynek ze Ślizgonami, chociaż znowu nie wyszedł on autentycznie, bo Pottera kreślisz jako rzeczywiście najlepszego we wszystkim, a przyszłych Śmierciożerców jako niedojdy. Za to na totalny plus zasługuje opis treningu quiddticha i ostatni akapit. Był słodki, śmieszny i taki nastoletni. ;D
Czeka Cię trochę pracy, ale i tak widzę progres. Musisz tylko nieco więcej czasu poświęcić każdemu rozdziałowi i będzie dobrze. Powodzenia