Ostatnie dni wakacji mijają spokojnie, gdy młodzian kończący w tym roku Hogwart, jego trzy lata starsza przyjaciółka i ich zwariowany przyjaciel znów się spotykają. Sielanka zdaje się być wieczna, lecz czy taka zostanie?
Dzień miał się już ku końcowi, dając nadzieję na odpoczynek po wykańczającym upale. Minuty mijały powoli, nie popędzając zanadto wskazówek zegara. Drobny, młody chłopak, siedząc oparty o ramę łóżka, wsłuchiwał się w dźwięki gitary, które za jego sprawą zmieniały się w uspakajającą muzykę. Pozwalał swoim myślom spokojnie przepływać nie zwracając na nie większej uwagi. Wstał niespiesznie, odłożył instrument i wziął kilka głębokich wdechów. Dobrze wiedział, że wracając do Hogwartu nie będzie miał chwili upragnionej samotności. Choć to niemożliwe, starał się za wszelką cenę zaspokoić swoją potrzebę przebywania samemu na zapas. Usiadł za biurkiem, by dokończyć odpisywanie na list przyjaciela. Zapalił dwie świeczki, które stały obok kałamarza. Uwielbiał ich zapach, cenił je sobie też ze względów uspakajających, gdyż wesoło tańczące płomienie wprawiały go w dobry nastrój. Sięgnął po swoje ulubione gęsie pióro i rozpoczął pisanie.
Jego pracę zakłóciła nagle sowa, która z niezwykłą szybkością wleciała do jego pokoju przez okno i hamując wylądowała na blacie, prawie przewracając kałamarz. Trzymała w dziobie list i wydawać by się mogło, że patrzyła na chłopaka wymownie. Zaśmiał się cicho. Stara, dobra ciocia Grace jak zwykle podesłała mu najnowsze wydarzenia w jej okolicy. Sięgnął po smakołyk i podał go sowie. Wziął do ręki list, cicho się śmiejąc. Zerknął na pismo: nic szczególnego się nie działo w sąsiedztwie ciotki, poza festynem dyni i pomarańczy, czyli kolejną niezbyt udaną próbą wymyślenia nowej tradycji przez mugolskie władze. Wyjął nowy, czysty pergamin i krótko odpisał na wiadomość. Doskonale wiedział, że i tak za kilka dni spotkają się w Dziurawym Kotle, gdzie z pewnością wszystko dokładnie jej opowie. Przekazał list wciąż czekającej sowie, która zdawała się być już nieco zniecierpliwiona. Podarował jej jeszcze jeden smakołyk przepraszając za zwłokę. Usiadł z powrotem na biurku, lecz nie udało mu się dokończyć listu do przyjaciela: niemalże natychmiast zasnął cichutko pochrapując.
Promyki słońca lekko muskały jego twarz, zapowiadając nowy dzień. Zbudził się nieco obolały, jednak cichy śpiew ptaków sprawił, że nie mógł powstrzymać uśmiechu. Przez moment nie otwierał oczu. Jego sielankę przerwało kobiece wołanie dochodzące z podwórka. Uchylił powieki, wstał wyprostowując się i podszedł do okna, wyglądając za nie. Kilka razy przetarł ze zdziwienia oczy. Wydawało mu się, że ma zwidy! To jego przyjaciółka wołała go, by zszedł do niej na moment, a przecież wyjechała z miasta jakiś czas temu! Uradowany potykając się o wszystko, co wczoraj zostawił na podłodze, wybiegł z pokoju. Roześmiany gnał, by się z nią przywitać. Zbiegł ze schodów przeskakując co drugi schodek prawie z nich spadając. Wreszcie dotarł do drzwi frontowych i otworzył je na oścież z hukiem. Radośnie pokonał pozostałą dzielącą ich odległość.
- Sarah! – zawołał i uścisnął ją przyjaźnie. Bardzo za nią tęsknił, zdecydowanie za długo się nie widzieli. Dziewczyna uśmiechnęła się wesoło. – Jak dobrze znów cię widzieć! Opowiadaj mi wszystko ze szczegółami!
- Nic się przez te trzy lata nie zmieniłeś, Hubert – zaśmiała się dziewczyna. Jej błękitne oczy pełne były rozbawionych iskierek. Gdy tylko ją puścił, odsunęła się trochę, by przyjrzeć mu się bliżej. Ta sama niechlujna, nieokiełznana kruczoczarna czupryna, zielone oczy łobuza i uśmiech warty miliony dolarów. Dobrze było go znów zobaczyć. Ostatnie lata ciężko pracowała dniami i nocami jako stażystka w Ministerstwie Magii, mogąc jedynie pomarzyć o wyjściu ze starym, dobrym przyjacielem na kremowe piwo. – Chciałabym móc się z tobą podzielić wrażeniami, ale obawiam się, że szybko zanudziłabym cię jak poczciwy profesor Binns. Zresztą, urwisie, trochę u was zostanę, to i czas na rozmowy będziemy mieli.
- Zostajesz u nas? To znaczy, że moja ukochana mamusia zataiła przede mną, że przyjedziesz? Co masz na myśli mówiąc „trochę”? Widziałaś się już z Franklinem? Miałem zajść do niego dziś po południu i zanieść obiad, bo ostatnimi czasy zapomina całkowicie o jedzeniu. Zastanawiam się, czy robi coś poza pracą i czytaniem gazet – wyrzucił z siebie Hubert. Nie należał do osób gadatliwych, ba! temat musi go bardzo interesować, żeby odezwał w towarzystwie. Sarah jednak była jedyną osobą, przy której nie umiał trzymać ust zamkniętych na kłódkę. Traktowali się niemal jak rodzeństwo, wszak znali się od najmłodszych lat i jako maluchy spędzali każdą wolną chwilę razem.
Gdyby nie sterty książek, które całkowicie zagraciły jego maleńki pokoik, pomieszczenie to można by nazwać przytulnym. Ściany, ledwo widoczne pod obrazami i mapami świata należałoby wreszcie przemalować. Podłoga stanowiła tam jedynie kolejną półkę, cała przykryta szpargałami. Zasłonięte rolety sprawiły, że mimo środka dnia panował tam półmrok i całe pomieszczenie oświetlone było dopalającymi się już świecami, których wosk znajdował się niemalże wszędzie. Zapach ksiąg mieszał się z zapachem ciemnej, mocnej kawy. Powietrze było ciężkie i ledwo mogli oddychać. Franklin w niewiadomy dla Sarah i Huberta sposób lawirował pomiędzy bałaganem i doskonale się w nim odnajdował, niczym dyrygent przy swojej zwariowanej orkiestrze. Dziewczyna po raz kolejny pokręciła głową z rezygnacją.
- Wyjaśnisz mi, jak to się stało, że cię zwolnili? – zapytała i wzruszyła ramionami. Nie pierwszy raz mężczyzna stracił pracę. Był niesamowitym dziwakiem: nigdzie nie pracował długo. Nigdy jednak nie narzekał czy nie załamywał się. Mówił, że najwyraźniej tak chciało jego mityczne przeznaczenie.
- Kochanieńka, wystarczy być świrem – odpowiedział jej mężczyzna z uśmiechem. Hubert, który postanowił walczyć z wiatrakami i ułożyć książki Franklina zatrzymał się w połowie i zerknął na niego z ukosa. – Skoro tak chce panienka Przeznaczenie, cóż mogę poradzić?
- Przeznaczenie przeznaczeniem, ale ty musisz za coś żyć, Franklinie! – oburzyła się Sarah. Zmarszczyła obie brwi, co bawiło Huberta. Chłopak zmusił się, by nie parsknąć śmiechem. Gdyby tego nie zrobił, na pewno oberwałby od niej gazetą, którą wtedy ukradkiem czytała. – Dobrze, że przyjechałam, to może będę mogła cię ratować z tego bagna, w jakie wpadłeś. Przypomnę ci, masz już czterdziestkę na karku!
- Hubercie, jesteś mistrzem parzenia kawy. Smakuje cudownie! – Zmienił natychmiastowo temat Franklin, co zdenerwowało Sarah. Za każdym razem, gdy próbowała przemówić mu do rozsądku, ten odwracał kota ogonem. Chłopak nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem. Bardzo szybko tego pożałował, gdy wściekła Sarah zdzieliła go najmocniej jak potrafiła.
- Oboje jesteście jak małe dzieci – powiedziała oburzona. – Tymczasem ty kończysz zaraz Hogwart, a ty jedną ręką w grobie już jesteś! Dorośnijcie wreszcie, na brodę Merlina!
- To mówisz, że wyszła smaczna? Jest prawie tak samo czarna jak jej poczucie humoru – rzucił Hubert zdegustowany nazwaniem go dzieciakiem. Franklin uśmiechnął się tylko lekko i zasiadł za biurkiem, które uginało się pod ciężarem ksiąg. Wyciągnął tabakierkę, na co Sarah skrzywiła się mimowolnie. Mężczyzna wysypał sporą górkę tabaki na grzbiet kciuka i wprawnie zażył.
- Skoro cię zwolnili, to nad czym tak pilnie pracujesz? – zapytał Hubert, który zrezygnował ze sprzątania, widząc bezsens owej czynności. Usiadł obok Sarah i patrzył oczekująco na mężczyznę. – Bo chyba nie nad swoim CV, co?
- Szkolę się, mój drogi! Nauka to potęgi klucz! – odpowiedział mężczyzna, biorąc łyk chłodnej już kawy. – Coś czuję, że niedługo odkryję sens człowieczeństwa. Tak długo nad nim pracuję, to musi się wreszcie udać. Wreszcie ludzie się przekonają, żem nie jest pierwszym lepszym wariatem!
Uwielbiał pracować w nocy – cisza i spokój pomagały mu skupić się na księgach. Jego wykończony umysł pracował wciąż na wysokich obrotach sztucznie pobudzany kawą i tabaką. Rzadkie włosy na głowie i wiecznie niewsypane oczy doskonale ukazywały, jak bardzo męczył swój organizm. Ubrania wisiały na nim jak na szkielecie pokrytym zaniedbaną, wysuszoną skórą. Tyle lat zamknięcia się w tym marnym pokoiku spowodowało, że przypominał zaledwie cień siebie przed rozpoczęciem, jak jego przyjaciele raczyli mówić, istnym szaleństwem. Młodziaki myślały, że to przez rozwód z żoną. Ach, jak mało jeszcze wiedziały o życiu! Rad był, że tak o niego dbają, jednak jedzenie uważał za przykrą powinność, podobnie sen. Człowiek to przecież tak łatwe do zrozumienia stworzenie. Niezwykle irytował go fakt, że tyle chodzi już po świecie, a jego sens wciąż został nieodkryty. On jednak niedługo tego dokona! Jeśli będzie trzeba, to poświęci wszystko… nawet Huberta i Sarah, mimo tego, że są mu naprawdę przyjaciółmi. Taka ofiara zdaje się być doprawdy niewielka, gdy w grę wchodzi tak wielka stawka. Uśmiechnął się pod nosem. Ociężale podniósł się z fotela i podszedł do powieszonej na ścianie półki, która wisiała na wysokości jego głowy. Różniła się od pozostałych. Jako jedyna była względnie pusta, a na jej wierzchu niedawno wytarty był kurz. Leżało na niej tylko małe, drewniane pudełeczko z misternymi zdobieniami. Sięgnął po nie i znów zasiadł za biurkiem. Przysunął się blisko blatu, wyprostował swoje obolałe plecy i otworzył pudełeczko. W środku leżała zawinięta w materiał talia kart. Wziął ją do ręki niemalże z czcią. Zapalił kilka dodatkowych świeczek zapachowych. Zamknął oczy, całkowicie skupił swój wymęczony umysł i rozpoczął tasowanie. Z całej talii wybrał trzy karty i po kolei je odwracał: pierwsza z nich przedstawiała Sprawiedliwość. Odwrócona sprawiedliwość. Mężczyzna zmarszczył brwi. Druga w kolejności przedstawiała Pustelnika. Ujawniając ją, lekko się uśmiechnął. Powoli odwrócił ostatnią z kart. Wstrzymał oddech. Wizerunek diabła uśmiechał się do niego szatańsko, jakby już szykował dla niego osobny kocioł w piekle. Franklina przeszły go ciarki, oblał zimny pot.
***
Tak, tak, wiem, że prolog po pierwszym i drugim rozdziale wydaje się być dziwnym! Na pewno kojarzycie "draw it again". Postanowiłam zrobić coś podobnego, czyli... "write it again"! Styl jak i dojrzałość tekstu trochę mi się zmieniły od 2015, a siedzenie w domu okazało się być zbawiennym przyzwaniem weny, stąd próba odnowienia czegoś, o czym dawno już każdy zapomniał.
PS. Tak, "jedną ręką w grobie" jest napisane celowo i nawiązuje do żarciku sytuacyjnego. Pamiętaj Koni, frytki i keczup! ;)))
Podobają mi się bardzo Twoje opisy - są bardzo plastyczne i nietrudno było mi przenieść się w miejsce akcji, szczególnie na początku, wręcz słyszałam brzmienie gitary ;D Trudno mi powiedzieć więcej o tym rozdziale - to prolog, na dodatek przesycony opisami, póki co akcja nie posunęła się zbytnio do przodu. Jeśli coś mi "zgrzytnęło", to akapit, w którym Hubert zbiega na spotkanie z Sarah - mam wrażenie, że aż za dużo tam uradowania, roześmiana, radości, sielanki, przez co ta szczera radość, którą chciałaś przedstawić, wydała mi się wręcz nieautentyczna przez tę przesadę. W ciekawy sposób przedstawiłaś i scharakteryzowałaś każdego z bohaterów, czekam więc, jak rozwiniesz ich losy!