***
***Ona***
Biel... Tylko to zauważam. Widzę jasność, nic więcej. Staram się poruszyć, niestety bezskutecznie. Moje ciało jest unieruchomienie. Mrugam raz, potem drugi i trzeci. Mój wzrok powoli przyzwyczaja się do otoczenia. Dostrzegam kolejne detale: ściany, obrazy, łóżka... Do moich uszu dobiegają niewyraźne głosy. Ktoś krzyczy. Nagle czuję, jak materac na którym leżę ugina się pod czyimś naciskiem. Powoli przekręcam głowę. Najpierw widzę rozmazaną plamę. Lecz w miarę upływu czasu plama zamienia się w człowieka. Skupiam wzrok na szczegółach. Brązowe włosy... Jasna cera... Anielski uśmiech... Staram się coś powiedzieć, ale głos staje mi w gardle. Panicznie wyciągam rękę w stronę pochylającej się nade mną postaci.
- Spokojnie - słyszę przytłumiony głos Marka. - Wszystko będzie dobrze.
- Pani Pomfrey! - krzyczy jakiś głos zza pleców Krukona. - Obudziła się.
Po chwili tuż przy mnie staje wysoka kobieta.
- Odsuńcie się, proszę - mówi i pochyla się. Wyciąga w moją stronę rękę z jakąś strzykawką. Pięć sekund później czuję delikatne ukłucie. Mój wzrok znów mącą ciemności. Odpływam...
***
Budzi mnie ogromny ból głowy. Na ślepo sięgam ręką do włosów i delikatnie dotykam czoła. Krzywię się i cofam dłoń.
- Długo spałaś.
Gwałtownie otwieram oczy. Przy moim łóżku stoi Raven. Staram się podnieść, by przywitać się z przyjaciółką, ale ona mi nie pozwala.
- Pani Pomfrey powiedziała, że musisz jeszcze poleżeć.
Patrzę na Raven i skupiam się na pytaniu, które chcę jej zadać.
- Długo tu leżę? - Z mojego gardła wydobywa się jedynie ciche mruknięcie. Dziewczyna uśmiecha się i sięga do stojącego nieopodal stolika. Bierze z niego szklankę wody i przybliża ją do moich ust. Kiedy zimny płyn spływa mi do gardła, wzdycham z ulgą. Dopiero teraz zdaję sobie sprawę z tego, jak bardzo byłam spragniona. Kiedy szklanka jest już pusta, Raven delikatnie odstawia ją z powrotem na stolik.
- Dzięki - mówię już o wiele wyraźniej. - A więc? Długo tu leżę?
- Trzy dni.
- Trzy dni?! Ale... jak to?
Dziewczyna patrzy na mnie niepewnie. Widać, że się waha.
- Słuchaj... Pamiętasz, co się stało?
- Uderzyłam w Bijącą Wierzbę i spadłam.
- Wiesz... To uderzenie nie było zwykłym wypadkiem. Podsłuchałam, jak pani Pomfrey mówiła, że mogłaś zginąć.
- Co?
- Gałąź wierzby uderzyła cię w plecy. Gdyby nauczyciele przybyli kilka minut później...
Czuję, jak z twarzy odpływa mi cała krew.
- Solidnie oberwałaś w kręgosłup - kończy Raven i spuszcza głowę.
- Mogłam zginąć - szepczę bardziej do siebie niż do niej.
- Nawet nie wiesz, jak Mark się o ciebie zamartwiał. Ciągle powtarzał, że to jego wina. Że przez niego wtedy uciekłaś.
- Gdzie teraz jest?
- Śpi. Siedział tu z tobą prawie cały czas. Był wykończony.
Staram się znowu podnieść, ale ból mi na to nie pozwala.
- Kiedy to minie?
- Poleżysz tu jeszcze do jutra. Potem powinno być dobrze.
- Do jutra?!
- Tak i bez dyskusji. I tak niewiele by się działo. Po twoim wypadku Dumbledore i Flitwick wpadli do naszej wieży. Zastali tam upitych Krukonów i leżące na ziemi Krukonki. Domyślasz się pewnie, co się stało?
- Wszyscy macie szlaban?
- W tym roku nie idziemy do Hogsmade. Da się przeżyć.
Opadam na poduszkę i intensywnie myślę. Czemu uderzyłam akurat w Bijącą Wierzbę? Przypadek? Nieuwaga? A może ktoś mi czegoś dolał do soku dyniowego? Zaczynam wzrokiem śledzić wszystkie pęknięcia w ścianie. Na chwilę zamykam oczy. Ciężko wzdycham, a kiedy znów chcę spojrzeć na Raven, zdaję sobie sprawę, że zniknęła. Musiała wyjść bezszelestnie, nie zawracając mi tym głowy. "O wilku mowa", myślę, kiedy ból znów zaczyna wkradać mi się pod czaszkę. Odwracam się na drugą stronę i że złością zamykam oczy. Zanim zdążę zareagować, do mojej podświadomości wkradają się błogie sny...
***On***
Zaraz po przebudzeniu wychodzę z dormitorium. W biegu zakładam swoją szatę i buty. Nie zwracam uwagi na zaciekawione spojrzenia i dziwnie wyrazy twarzy. Zanim wybiegam z Lochów, wchodzę na chwilę do sali eliksirów, by poinformować profesora Snape'a o tym, co zamierzam zrobić.
- Czego chcesz Night? - pyta chłodno na wstępie.
- Proszę o zwolnienie z kilku następnych dni lekcyjnych.
Przez twarz nauczyciela przemyka cień złowieszczego uśmieszku, lecz zniknął on tak szybko, że możliwe, że mi się tylko zdawało.
- A z jakiej to okazji?
- Matka mówiła, że zwolni mnie pan, kiedy ładnie poproszę.
Snape momentalnie traci swój "dobry" humor. Mierzy mnie jadowitym spojrzeniem, usilnie się nad czymś zastanawiając. W końcu wstaje zza biurka i wolnym krokiem zbliża się do mnie. Kiedy zatrzymuje się zaledwie parę centymetrów przede mną, odzywa się ledwo dosłyszalnym szeptem:
- Posłuchaj mnie chłopcze. Twoja matka już wystarczająco długo sobie ze mną pogrywa. Jeśli jeszcze raz postawi mi warunek, to osobiście ją odwiedzę. Zwalniam cię z trzech dni. A teraz zejdź mi z oczu.
Profesor odwraca się napięcie i znika za kotarą. Kiedy opuszcza klasę, wzdycham z ogromną ulgą. Nie wiem, co łączy Snape'a z moją matką, ale na pewno jest to coś poważnego.
Po chwili na otrząśnięcie się z pierwszego wrażenia, wybiegam z zamku na błonia. Nikogo tam nie ma, ale trudno się dziwić. Kto by chciał uczyć się na dworze w deszczu? Szybko przebiegam koło Bijącej Wierzby i zanurzam się w mroku Zakazanego Lasu. Nie zwracam uwagi na to, czy ktoś mnie widział. Teraz liczy się tylko mały skrawek papieru, znajdujący się na dnie mojej kieszeni. A tym małym zwitkiem jest strona z książki Nightach, którą znalazłem w bibliotece. Muszę się dowiedzieć o co w tym wszystkim chodzi. Kiedy jestem już dostatecznie głęboko w lesie, przemieniam się.
Niewiele osób wie o mojej mocy zmieniania się w zwierzę. Tak jak moja matka i babcia jestem animagiem. To, że możemy się zmieniać w zwierzęta jest... niesamowite. Nie każdy posiada tę zdolność.
Nagle moje nogi zamieniają się w małe nóżki ze szponami, a ręce w długie skrzydła. Ciało porastają brązowe pióra z białymi akcentami. Natomiast większość twarzy zajmuje mi teraz ostro zakończony dziób.
Ptaki zawsze były w mojej rodzinie traktowane jak święte. Ma matka potrafi zmieniać się w czarnego kruka, a babcia - w myszołowa. Ja również zmieniam się w ptaka. Moim animagiem jest orzeł.
Stoję przez chwilę w miejscu i oswajam się z nowym ciałem. Już dawno nie przybierałem tej postaci. Rozprostowuję skrzydła, chodzę jakiś czas w kółko i ruszam lekko ogonem. Kiedy wszystko jest już sprawdzone, odbijam się lekko od ziemi i wzbijam się w powietrze. Na początku prawie spadam z powrotem na trawę, udaje mi się jednak nad tym zapanować i zaczynam lecieć ponad drzewami Zakazanego Lasu. Już wcześniej opracowałem tor lotu. Teraz wystarczy dotrzeć na miejsce...
Na wstępie pochwalę Cię za małą ilość błędów, brak zamieszania z przecinkami (rzadko je gubiłaś) i dobry zapis dialogów. Brawo! Jak widać, da się to samemu ogarnąć
Co do samej treści, jest okej. Bez fajerwerków, bez zachwytów, ale jest dobrze. Da się trochę wczuć, więc jest i klimat. Postacie są delikatnie zarysowane, ale brakuje mi tutaj ich emocji. Opisu przerażenia dziewczyny, ulgi Raven... Nie wiem czemu tak bardzo autorzy FF nam skąpią tych opisów ;D
Jedynie trochę zgrzytał mi fragment z animagiem. A konkretnie to:
Brzmi to tak, jakby to było dziedziczne i wrodzone. A przecież wiemy z książek HP, że animagiem może zostać teoretycznie każdy, wymaga to jedynie mnóstwa pracy.
Ciekawi mnie też sytuacja ze Snapem. Na razie brzmi to jako wątek poboczny (i mam nadzieję, że takim pozostanie), ale mogłabyś to w kolejnych częściach powoli rozwijać. Byłoby ciekawiej.
Chwalę Cię za dobrze napisaną część i czekam na kolejną! ;D