Kontynuacja rozdzia³u siódmego; pierwsze chwile w nowym domu.
Kolacja minê³a bez ¿adnych wiêkszych ekscesów. Dziewczyna, z któr± Ginny rozmawia³a, prêdko zajê³a siê posi³kiem oraz do³±czy³a do rozmowy dwóch innych ¦lizgonek. Ju¿ wiêcej nie odezwa³a siê do m³odej Weasley, choæ Ginny czu³a, ¿e kiedy tylko nie patrzy³a, blondynka dyskretnie siê jej przygl±da³a.
Wci±¿ nie mia³a odwagi, by zmierzyæ siê z braæmi. Podczas wychodzenia z Wielkiej Sali Ginny zauwa¿y³a, jak Percy próbuje siê do niej przedostaæ, dlatego prêdko wtopi³a siê w t³um (co nie by³o zbyt ³atwe, zwa¿ywszy na p³omienn± rudo¶æ w³osów). Jednak dopiero w momencie, gdy znale¼li siê w lochach, Ginny mog³a w pe³ni odetchn±æ z ulg±. Dobrze, my¶la³a, klucz±c zawi³ymi, mrocznymi korytarzami, jutro bêdê mog³a z nimi porozmawiaæ. Teraz za bardzo siê wstydzi³a.
W pewnym momencie Ginny kompletnie straci³a rachubê, w jakim miejscu w ogóle siê znajduj±. Co prawda prefekci starali siê jak najlepiej wyt³umaczyæ, jak pierwszoroczni maj± pod±¿aæ do Pokoju Wspólnego, ale patrz±c po minach innych, nie by³a jedyna, która nic z tego nie zapamiêta³a. Dyskretnie spojrza³a na id±cego dwie osoby obok zgarbionego ch³opca – on w ogóle nie przejmowa³ siê drog±. Nic nie mo¿na by³o wyczytaæ z jego twarzy, tak jakby kto¶ na³o¿y³ mu kamienn± maskê.
Nagle przystanêli. Ginny wpad³a w czyje¶ plecy, co okupi³a gor±cym rumieñcem i strofuj±cym spojrzeniem osoby naprzeciwko. Przyjê³a wiêc najbardziej skruszon± minê, na jak± j± by³o staæ, a po nieuzyskaniu ¿adnej reakcji, skupi³a siê na prefektach.
Znajdowali siê w ¶lepym zau³ku. Korytarz jak wszystkie inne – z wyj±tkiem dwóch marmurowych kolumn z wyrze¼bionymi wê¿ami. Gady te oplata³y ca³e filary swoimi grubymi cielskami ze starannie wyrytymi ³uskami. Wê¿e zdawa³y siê naprawdê poruszaæ; Ginny by³a pewna, ¿e kto¶ u¿y³ na nich zaklêcia. Co chwilê albo falowa³y, albo pe³z³y w dó³, jakby chcia³y dostaæ siê do przybyszy i ich uk±siæ.
Prefekt odsun±³ siê na bok i rêk± wskaza³ na ¶cianê.
— To — zacz±³, mówi±c niskim, grubym g³osem — jest wej¶cie do Pokoju Wspólnego Slytherinu. Zapamiêtajcie dobrze jego wygl±d, bo ju¿ jutro w ka¿dej ¶lepej uliczce traficie na jego fa³szywe imitacje.
Ginny skrzywi³a siê na ten pokaz paranoi. Bli¼niacy, od kiedy poszli do Hogwartu, opowiadali o fiksacji ¦lizgonów na temat bezpieczeñstwa. Dopiero teraz zrozumia³a dlaczego.
— Jest jaki¶ sposób na zapamiêtanie drogi tutaj? — zapyta³a dziewczynka z br±zow± kitk± i czerwon± apaszk± na g³owie.
Prefekt skierowa³ na ni± powoli wzrok. Mia³ ciemne, wrêcz czarne oczy, z których bi³a nuda i beznamiêtno¶æ, oraz przylizane br±zowe w³osy. Wygl±da³ jak wampir. Ginny nie w±tpi³a, ¿e wysysa³ z innych energiê jak Dracula krew.
— Mo¿ecie zostawiaæ ¶lady za pomoc± ró¿d¿ki. Zaklêcie Marcamerus pozostawia znaki w postaci jasnych kresek. To powinno za³atwiæ ca³± sprawê.
Czyli jutro bêdzie musia³a ¶ledziæ jakich¶ ¦lizgonów, którzy pójd± na ¶niadanie do Wielkiej Sali, ¿eby móc zostawiæ ¶lady, aby nie zgubiæ siê po drodze do Pokoju Wspólnego. Fantastycznie.
Prefekt zmierzy³ wszystkich wzrokiem, na nikim nie zatrzymuj±c go na d³u¿ej. Ginny z kolei rozejrza³a siê wko³o – wszyscy byli zdezorientowani i wystraszeni. Przypominali stado zwierz±t skupionych wokó³ siebie, tak jakby próbuj±cych szukaæ zagro¿enia i chroniæ siê nawzajem. By³a pewna, ¿e sama wygl±da³a dok³adnie tak samo.
Wziê³a g³êboki oddech. Nie do¶æ, ¿e Tiara rozdzieli³a j± od braci, to na dodatek rzuci³a wprost na po¿arcie przez Hogwart. Je¶li w miêdzyczasie Ginny nie zgubi siê kilka razy, uzna to za osobiste zwyciêstwo.
— Has³o do Pokoju Wspólnego brzmi: Danse macabre.
Niczego bardziej patetycznego nie da³o siê wymy¶liæ?, sarknê³a w my¶lach Ginny, spogl±daj±c na wyrze¼bione wê¿e. Pe³z³y w dó³, ku pod³odze, a¿ wreszcie u podnó¿a zwinê³y siê w k³êbek. Co ciekawe, wci±¿ mia³y oczy szeroko otwarte i spogl±da³y na ¦lizgonów tak, jakby chcia³y zajrzeæ w g³±b ich dusz i wykryæ, czy byli wrogami, czy nie. Kiedy Ginny przechodzi³a obok nich, nawet poruszy³y jêzykami. Mog³a za³o¿yæ siê o piêæ galeonów, ¿e co¶ wysycza³y, co niekoniecznie brzmia³o na ciep³e przywitanie.
Nagle us³ysza³a podekscytowane szepty ¦lizgonów id±cych przed ni±. Wkrótce zrozumia³a dlaczego: Pokój Wspólny wydawa³ siê ¿ywcem wziêty z bajki o podwodnym królestwie podstêpnych syren. Wiêkszo¶æ ¶cian by³a z prostego kamienia, lecz ta naprzeciwleg³a wej¶cia z szyby. Dziêki temu wszyscy mogli ogl±daæ jezioro oraz wszystko, co w nim ¿y³o. Z sufitu zwisa³ stary ¿yrandol, na oko z XI wieku. Po prawej znajdowa³ siê k±cik czytelniczy – do ¶cian przylega³y ciemne biblioteczki, a przed nimi sta³y kunsztowne, czarne fotele. Po lewej stronie, w kominku pali³ siê ogieñ, który jako jedyny rzuca³ ciep³e barwy na zielonkawe pomieszczenie. Wokó³ niego równie¿ skupione by³y fotele i jedna wielka kanapa, na której siedzia³o ju¿ kilku ¦lizgonów. Ale co¶, co Ginny spodoba³o siê najbardziej, to bia³e kolumny oplecione winoro¶l±. Zawsze chcia³a co¶ takiego mieæ, a kiedy tylko zauwa¿y³a, i¿ bêdzie widywaæ je codziennie, zachwyci³a siê tym niczym dziewczynka jednoro¿cami.
Kolumny sta³y po dwóch stronach schodków prowadz±cych na podest, na którym ustawiono fortepian. Ginny by³a ciekawa, czy ktokolwiek rzeczywi¶cie gra³ na tym instrumencie. A je¶li tak... to pewnie wygl±da³ nieziemsko na tle jeziora, z winoro¶lami po bokach. Jak tylko odrobinê siê odchyli³a, zobaczy³a kolejne biblioteczki i lampki rzucaj±ce zielone ¶wiat³o.
Efekt by³ nieziemski. Ginny spokojnie mog³a sobie wyobraziæ, jak wkrótce usi±dzie w fotelu i zatopi siê w ¶wiat marzeñ i ambicji. Pokój Wspólny zdawa³ siê idealny do tej czynno¶ci. Z ust wyrwa³o jej siê rozmarzone westchniêcie.
Niestety niezbyt d³ugo mog³a cieszyæ siê Pokojem Wspólnym, poniewa¿ ju¿ po chwili prefekt odchrz±kn±³, zwracaj±c tym na siebie uwagê, i roz³o¿y³ rêce. W pomieszczeniu zaleg³a cisza jak makiem zasia³: nawet starsze roczniki skierowa³y na niego wzrok, rozstawiwszy siê w pó³kole jak na zebraniu.
— Jeste¶cie ¦lizgonami — rozpocz±³. — Jeste¶cie w domu, który reprezentuje si³ê i spryt, ambicjê i lojalno¶æ.
Ginny poruszy³a siê niespokojnie na miejscu, zauwa¿ywszy, jak wszyscy ¦lizgoni wlepiaj± w prefekta oceniaj±ce spojrzenie. Czy tak by³o za ka¿dym razem? Jak jedno z nich przemawia³o, to skupia³o na sobie uwagê ca³ej reszty, ale w taki sposób, ¿e ciarki przechodzi³y po plecach? Weasley mo¿e i lubi³a byæ w centrum uwagi (czu³a siê wtedy mile po³echtana), ale gdyby mia³a do wyboru nara¿aæ siê na nieprzychylne spojrzenia osób wy¿szej klasy a zostaæ zwyczajn±, szar± myszk±, wybra³aby tê drug± opcjê.
— W Slytherinie nikt nie ugina siê przed wrogiem, nie zostaje zastraszony przez silniejszych. To wy macie w³adzê nad w³asnym losem, to wy decydujecie, jak± drog± bêdziecie w przysz³o¶ci pod±¿aæ. Id¼cie za g³osem rozumu i intuicji i nigdy siê nie poddawajcie, bo wtedy ¶wiat uzna, ¿e jeste¶cie s³abi. A s³abi wypadaj± z gry. — Skrzywi³ siê ohydnie.
Ginny wrêcz ba³a siê wzi±æ g³êbszy oddech; cisza w pokoju by³a tak przyt³aczaj±ca, ¿e wrêcz wysysa³a ca³y tlen z pomieszczenia. Nikt nie kichn±³, nie zakaszla³, nie szepn±³ chocia¿by w pogardliwy sposób – nic.
— Niektórzy mog± siê was baæ. Niektórzy mog± wami pogardzaæ. Zapewne ka¿dy z was, zanim jeszcze przyby³ do Hogwartu, us³ysza³ wiele okropnych s³ów na temat Slytherinu. ¯e jeste¶my podli, nie szanujemy innych, wywy¿szamy siê. I wiecie co? To prawda. — Tym razem przez pokój przeszed³ szmer szeptów, który prefekt s³ucha³ z ma³ym, pe³nym satysfakcji u¶miechem. — To prawda, ¿e tacy jeste¶my. I co tu ukrywaæ? Mamy k³amaæ, ¿e rzucimy siê w ogieñ dla jakiej¶ g³upiej idei? ¯e nie zrobimy tego, co trzeba, by uratowaæ w³asnych przyjació³?
Ginny skuli³a siê wewnêtrznie. Do jakiego ona domu trafi³a? Nie prze¿yje a¿ siedmiu lat w Slytherinie, bo zabij± j± nie do¶æ, ¿e ¦lizgoni, to na dodatek Gryfoni, Puchoni i Krukoni. A mog³a byæ pewniejsza co do Gryffindoru! Lepszym by³o niewyró¿nianie siê z t³umu ni¿ pogarda ca³ego owego t³umu.
— Ale wiecie, czego nie mówi± o nas inne domy? ¯e potrafimy przeznaczyæ nasz± ambicjê dla lepszych celów. ¯e nigdy nie zostawimy brata w potrzebie. ¯e potrafimy walczyæ o to, co dla nas wa¿ne.
Ginny nie poczu³a siê od tych s³ów ani trochê lepiej. W³a¶ciwie to mog³a ju¿ w tej chwili wybiec z Pokoju Wspólnego i prosiæ Dumbledore'a o zmianê domu.
— Jeste¶cie ¦lizgonami — powtórzy³ z moc± prefekt. — Przynie¶cie chlubê temu domowi, a dom przyniesie chlubê wam. B±d¼cie nieprzewidywalni, silni, sprytni i ambitni, a wtedy na waszej drodze nie stanie ¿adna przeszkoda, by¶cie osi±gnêli sukces.
Ginny mia³a wra¿enie, ¿e prêdzej upadnie na samo dno, ni¿ wespnie siê na szczyt w³asnych mo¿liwo¶ci po takim przemówieniu.
Po chwili prefekt przeszed³ do omówienia zasad w Hogwarcie, podkre¶laj±c tym samym nacisk, jaki Slytherin k³ad³ na dyscyplinê. Ginny w tym momencie oddali³a siê my¶lami, chocia¿ od czasu do czasu dochodzi³ j± ostry g³os, jak siê pó¼niej dowiedzia³a, Marcusa Flinta.
Mia³a wra¿enie, jakby znalaz³a siê pod wod± w¶ród wê¿y morskich. W sumie to wyobra¿enie nie odbiega³o tak bardzo od rzeczywisto¶ci; tak czy siak musia³a uwa¿aæ na ka¿dy swój ruch i ka¿de s³owo, ¿eby nie zostaæ uk±szonym. Mimo tego czu³a siê bardziej jak po¿ywienie dla tych gadów, ani¿eli jak jedno z nich.
Kiedy tak prefekt opowiada³ o zasadach, Ginny przygl±da³a siê reszcie ¦lizgonów: ich powa¿nym twarzom, szlacheckim rysom, nonszalanckim pozom. Przy nich wygl±da³a jak wie¶niaczka, jak chucherko, które mo¿na zdmuchn±æ i w jednej chwili przestanie istnieæ. ¦lizgoni za¶, niemal jak wyciosani w kamieniu, prezentowali ca³ym sob± elegancjê i si³ê, prawie jak w przemowie Flinta.
Jakim cudem znalaz³a siê po¶ród arystokratów, w ¶wiecie sprytnych gierek i niezmierzonych ambicji?
Prefekt wreszcie skoñczy³ omawiaæ zasady, dziêki czemu pierwszoroczni w koñcu mogli rozej¶æ siê do dormitoriów. Serce Ginny chcia³o wyskoczyæ z klatki piersiowej, gdy wreszcie siê ruszy³a ze swojego miejsca. Wcze¶niej sta³a jak przylepiona do pod³ogi, niezdolna do jakiegokolwiek ruchu.
Kiedy na schodach zrobi³ siê ma³y t³ok, bo, jak siê okaza³o, korytarz do dormitoriów by³ bardzo w±ski, a prefekt musia³ wyt³umaczyæ ka¿demu po kolei, gdzie jego pokój, Ginny przystanê³a przy kanapie wokó³ kominka, przy którym siedzia³a grupka niewiele starszych od niej ¦lizgonów.
— Salazarze, jakie to by³o s³abe. Kto mu pisa³ te przemówienie? Kolega z ³awki, ten co zawsze rzuca samolocikami w nauczycieli? A mo¿e ten drugi, co ledwo zda³ zaklêcia? Jakim idiot± trzeba byæ, ¿eby ledwo zdaæ zaklêcia, jak matkê kocham? — spyta³ ciemnoskóry ch³opak, trzymaj±c nogi na stoliku.
— No, straszne. Md³e i nudne — odpowiedzia³a rudow³osa dziewczyna, nawijaj±c sobie na palec kosmyk w³osów. — Zero uczuæ. Jak dobrze, ¿e za rok znowu kto¶ inny przemawia.
— Nie by³bym tego taki pewien — wtr±ci³ siê jasnow³osy ch³opak, na którego w mig przenios³y siê spojrzenia reszty grupy. — Na czwartym roku nie ma nikogo interesuj±cego, wiêc mo¿liwe, ¿e znowu wybior± Flinta do przemawiania.
— Lepiej by by³o, gdyby Draco wybrali — zarechota³ gruby ch³opiec.
Jasnow³osy spojrza³ na niego zimno.
— Wybior± — odpar³ równie ch³odno. — Ale zgodnie z tradycj±.
Grubas ju¿ nic wiêcej nie powiedzia³. Ginny chcia³a jeszcze przys³uchaæ siê rozmowie, ale w tym momencie kolejka ruszy³a do przodu i Weasley nie mia³a szansy dos³yszeæ nawet i urywków zdañ.
Kiedy tak przesuwa³a siê do przodu, poczu³a na plecach czyj¶ wzrok. Obejrza³a siê dyskretnie na boki, ale nie zauwa¿y³a niczego podejrzanego – wielki pokój, a wiêc i wiele ludzi, którzy gawêdzili g³o¶no ze znajomymi. Nikt nie chcia³ wypaliæ w Ginny dziury, a przynajmniej nikt, kogo by widzia³a. Jednak gdy obróci³a siê ty³em do t³umu, znowu mia³a wra¿enie, jakby kto¶ j± obserwowa³. Uczucie to by³o tak niezno¶ne, ¿e a¿ wzdrygnê³a siê w miejscu i strzepnê³a kurz z szat, jakby chcia³a strzepn±æ spojrzenie.
Z wrêcz niezno¶nie g³o¶no krzycz±c± intuicj±, ¿e ju¿ pierwszego dnia znalaz³a siê pod lup±, poprosi³a prefekta o dok³adne informacje dotycz±ce jej dormitorium. Dopiero gdy zniknê³a za rogiem, odczucie bycia obserwowan± zniknê³o.
Mia³a przechlapane.