Rozdział podzielony na dwie części ze względu na długość
Jak co piątek wieczór, pub „Pod Trzema Miotłami” w Hogsmeade rozpychał się w szwach. Zazwyczaj weekendy spędzali tutaj uczniowie Hogwartu, zwłaszcza ci starsi, z szóstej i siódmej klasy. W ostatnich kilkunastu latach szkoła nieco straciła swój elitarny charakter, głównie ze względu na fakt coraz większego wpływu młodych wilków w Radzie Nadzorczej. Oznaczało to między innymi, że uczniowie poza lekcjami mogą robić, co chcą, zwłaszcza jeśli byli pełnoletni. Oczywiście nie wszystkim się to podobało, tradycyjne rodziny czystej krwi uznały, że Hogwart już kompletnie zszedł na psy i coraz częściej sięgały po edukację domową, ewentualnie wysyłały swoje dzieci za granicę, choć po wycofaniu za czasów Shacklebolta wszystkich przywilejów dla takich rodzin i po konfiskatach rodowych majątków (wiele z nich poparło Lorda Voldemorta) mało kto mógł sobie na coś takiego pozwolić. Liczby jednak mówiły same za siebie – Hogwart wcale na popularności nie stracił, a wszystkie konkurencyjne wobec niego szkoły, które czystokrwiści próbowali zakładać, bardzo szybko upadały. Tej rewolucji nikt nie był w stanie powstrzymać…
To prawda, że swoje najlepsze lata pub miał już za sobą, jako że wioska bardzo się rozrosła i takich miejsc było tu od groma, choć swoich stałych klientów, zwłaszcza wśród uczniów Hogwartu, Trzy Miotły zawsze miały. Tego wieczoru, kiedy zziębnięty Alexander Goyle przyszedł tam zziębnięty i z miną jakby właśnie odwołali Boże Narodzenie, o wolnym stoliku można było tylko pomarzyć. Niemniej zrzucił ochraniający jego głowę przez mżącym deszczem czarny kaptur, odsłaniając swoją czuprynę brązowych włosów, które opadały mu na jego spore, kwadratowe okulary i podszedł do jednej z kelnerek.
- Macie jakieś wolne miejsce? – zapytał naiwnie, wzdychając ciężko.
- Niestety… – odpowiedziała kelnerka przybierając typową dla tej sytuacji minę pod tytułem „tak naprawdę mam to w nosie, ale płacą mi za bycie miłą i empatyczną dla klientów, więc będę udawała smutną” – Raczej bym dziś nie liczyła na wolny stolik…
Alex westchnął, odgarnął włosy z czoła i już miał wychodzić, kiedy inna kelnerka właśnie przekazywała wolny stolik dwóm młodym dziewczynom wyglądającym na uczennice Hogwartu. Jedna z nich złapała chłopaka za rękaw i zawołała:
- Hej! Jeśli chcesz, to dosiądź się do nas, zmieścimy się razem! – wskazała na wolne miejsce przy ich stole. Jej towarzyszka natychmiast zaczęła głośno chichotać.
- Chyba nie jestem dzisiaj najlepszym partnerem do rozmów… - odpowiedział z przygnębioną miną Alex. W normalnych okolicznościach nawet ułamka sekundy by się nie zastanawiał, tylko przyjąłby zaproszenie i zaczął z dziewczynami flirtować. Porozmawialiby wesoło, wypiliby kilka drinków, poopowiadałby im anegdoty z czasów, kiedy to on chodził do Hogwartu, później przeszliby się po wiosce. Alex znał ją na wylot, każdy jej najmniejszy zakamarek i był w stanie opowiadać godzinami o historii poszczególnych budynków, o magii, która w nich drzemie, zabrałby je do ogrodów opowiadając im o tamtejszych kwiatach i drzewach, nad strumień, który płynął wprost do hogwarckiego jeziora i z którego roztaczał się widok na zamek zapierający dech w piersiach nawet tym, którzy widzieli Hogwart już od każdej strony. Chłopak był wyjątkowo wygadany, nawet w towarzystwie osób, z którymi nie miał nic wspólnego. Potrafił słuchać, był bardzo spostrzegawczy, więc nadzwyczaj szybko odkrywał to, co ludzie chcieli usłyszeć. A topografii Hogsmeade, jej historii, architektury, sztuki i flory nauczył się za czasów hogwarckich, kiedy chciał imponować dziewczynom wychodząc na romantyka. Teraz również zapewne zrobiłby to samo. W starym życiu. Ale to życie skończyło się tego wieczoru.
- To nic, nie bój się, chodź! – dziewczyna nie dawała za wygraną, wskazując Alexowi z uśmiechem wolne miejsce. Była nadzwyczaj atrakcyjna: średniego wzrostu, z burzą czarnych, gęstych loków na głowie i wielkimi, brązowymi oczami. Kiedy zdjęła swoją szkolną pelerynę z godłem Slytherinu, pokazała swój kremowy sweter, czarną spódnicę i podkolanówki – zestaw, który działał na Alexa jak magnez. Druga dziewczyna była nieco inna: drobna, o ciemnych blond włosach upiętych w kucyk przerzucony przez ramię, swoich szkolnych szat nie zdjęła. Na twarzy miała całe mnóstwo piegów, nos przebity kolczykiem „na byka” i cały czas chichotała. Chłopak najwidoczniej próbował znaleźć jeszcze w głowie jakąś wymówkę, ale w końcu dał za wygraną. Machnął ręką i dosiadł się do dwóch dziewczyn.
Nikt do nich nie przyszedł przez co najmniej dwadzieścia minut. Przez cały ten czas raz jedna, raz druga dziewczyna próbowały go zagadywać, ten jednak odpowiadał im tylko pomrukiem bądź je ignorował. Był spięty, wręcz zrozpaczony. Ciągle wyczuwał w swojej kieszeni uderzenia wychodzące z patronolusterka – niedawnego wynalazku, podobnego do mugolskich telefonów, który czarodzieje ostatnio coraz częściej używali do komunikacji. Były to lusterka, w których zaklęty był patronus, dzięki którym można było stale być w kontakcie, nie polegając na powolnych sowach czy pozbawiających prywatności „pełnych” patronusach. Nie reagował. Bał się. Kiedy ostatni raz, dosłownie pół godziny temu, spojrzał w to ustrojstwo, świat mu się zawalił. Dowiedział się, że jedna z dziewczyn, z którą przespał się w ostatnim czasie, jest z nim w ciąży. To był koniec jego świata…
- Wódkę chcę. Całą butelkę – burknął, kiedy w końcu któryś z kelnerów się nimi zainteresował.
- Uuu, jestem samcem i chcę wódkę… - dziewczyny zaczęły go przedrzeźniać, zanosząc się śmiechem. Alex jednak nie zareagował. Nie miał ani siły, ani ochoty na takie wygłupy.
- Ja tam wezmę wszystko z twojej ręki, słodziutki – powiedziała do kelnera drobna dziewczyna, zaczynając z nim flirtować. Tylko kątem oka, mimowolnie Alex dostrzegł wypinającą się pierś faceta, który stał teraz przy ich stoliku. Nie powstrzymał się od zerknięcia na niego. Miał pewnie około trzydziestki i wyglądał na osobę, którą przyjęło się określać mianem „hipster”. Jego broda, długa i wąska, była w kolorze pewnego specyficznego odcieniu blondu, który był bliski rudemu. Głowę miał prawie całkowicie ogoloną, bo włosy ułożone miał w ciasnego, kolorowego irokeza, na oku wymalowaną żółtą błyskawicę modną może z czterdzieści lat temu, a w uszach sporej wielkości tunele.
- A może tak ciut grzeczniej, ziomuś? – odezwał się kelner, patrząc wzrokiem bohatera na Alexa. Chłopak przyjrzał mu się dokładniej. Widać było po nim i to aż zbyt wyraźnie, że był napalony na tę małą i zwyczajnie się przed nią popisywał. Była to jedna z tych rzeczy, których Alex nigdy nie mógł zrozumieć. Inni faceci, często całkiem nieźle wyglądający, musieli się napocić jak przy przerzucaniu węgla w kopalni, żeby wyrwać jakąś panienkę. Bajerowali je na wszystkie możliwe sposoby: stawiali im drogie drinki, kupowali im kwiaty, biżuterię, cuda niewidy, starali się im imponować umięśnionymi klatami czy odznakami Quidditcha, a i tak niczego nie osiągali. Jemu zawsze wystarczał uśmiech, mrugnięcie okiem, czasem nawet spojrzenie i już zyskiwał jej uwagę i klucz do jej pasa cnoty miał na wyciągnięcie ręki.
Alex, podobnie jak przez cały ten wieczór, ignorował wszystko i wszystkich, z ciągle dobijającą się do jego patrolusterka matką jego dziecka. Cały ten monolog mający na celu zaimponowanie dziewczynie toczył się jakby obok niego. W końcu jednak, kiedy kelner zagroził mu podniesieniem ceny, jeśli go nie przeprosi i nie zacznie zachowywać się grzeczniej, Alex nie wytrzymał.
- Stary! Czaję, że masz kompleksy i dlatego zabierasz się tylko za brzydszą dziewczynę, ale to nie znaczy, że musisz wyładowywać swoją frustrację na mnie! – po tej wypowiedzi jedyną osobą, którą przez dłuższy czas było słychać, była druga dziewczyna, ta z gęstymi lokami, która zaprosiła go do stołu. Przez jakieś pięć minut nie potrafiła przestać się śmiać tak głośno, że ściągnęła na siebie uwagę mnóstwa osób w dość głośnym pubie. – No, to dasz mi tę wódkę, czy mam iść do konkurencji?
- Ciut grzeczniej, powiedziałem… - czerwony na twarzy kelner znów spróbował swoich sił u zawstydzonej teraz dziewczyny, która nie spuszczała wzroku ze swoich kolan.
- No dobra… - Alex westchnął ciężko i wstał od stołu.
- Czekaj, odprowadzę cię! – zawołała za nim dziewczyna o kręconych włosach, z największym trudem dusząc w sobie śmiech.
- Nie trzeba, chyba już ci udowodniłem, że to nie najlepszy dzień na pogaduszki ze mną.
- Spoko, nie będziesz musiał nic mówić, po prostu przejdę się koło ciebie i cię odprowadzę.
- No dobra… - Alex wzruszył ramionami. Dziewczyna wstała od stołu i z powrotem założyła czarną, hogwarcką szatę i owinęła szyję zielono-srebrnym szalem z godłem Slytherinu – takim samym, jaki nosił on za czasów, kiedy jeszcze chodził do szkoły.
Przepuścił swoją towarzyszkę w drzwiach do gospody. Teraz, kiedy jej ciało okrywała szata, mógł skupić całą swoją uwagę na jej twarzy. Dziewczyna miała wielkie, rozmarzone, brązowe oczy, które Alexowi bardzo się podobały, a w jej uśmiechu było coś uspokajającego. Choć nosiła długie szaty, nie dało się nie dostrzec jej bardzo zgrabnych ruchów, które przywodziły na myśl modelkę na wybiegu.
- Jestem Fiona – przedstawiła się po jakiejś minucie spaceru wzdłuż zatłoczonej głównej ulicy Hogsmeade. Musiała podejść bliżej i podnieść nieco głos, by jej towarzysz ją usłyszał spośród ulicznego gwaru. Było bardzo zimno, choć, na szczęście, przez te pół godziny jego pobytu w Trzech Miotłach, przestał padać deszcz. – A ty?
- Alex – odpowiedział takim tonem, jakby jej przypominał, że nie ma ochoty na rozmowę.
- Dokąd idziesz?
- Do domu.
- A gdzie mieszkasz?
- Przy Dumbledore Avenue.
- O, to niedaleko drogi do zamku, cudnie! Mogę cię odprowadzić! – Alex nic nie odpowiedział. Właściwie, to było mu to całkowicie obojętne, czy Fiona przy nim idzie, czy nie. Szli tak więc przez kilka minut w milczeniu, aż w końcu dotarli na skrzyżowanie ulicy głównej z Olivander Street, przy której znajdował się sklep zegarmistrza. Zupełnie przypadkiem Alex zerknął w tamtym kierunku, sprawdzając przy okazji godzinę. Wszystkie zegary na wystawie, które były zaprojektowane aby wskazywać godzinę, wskazywały, że dochodziło w pół do jedenastej.
- O żesz kurwa ja pierdolę… - wyrwało mu się w końcu, po dłuższej chwili milczenia. Przysiadł na nisko położonym oknie i chwycił się za czoło.
- Co się stało? – zapytała Fiona, zatrzymując się przed nim.
- Nic, nic…
- Jak to nic? Przecież widzę! – Alez tylko westchnął ciężko. – No dobra, nie chcesz, to nie mów – powiedziała, siadając koło niego. – Ale chyba w głębi serca brakuje ci jakiejś rozmowy, co? – Alex nie wiedział, co na to odpowiedzieć.
- Po prostu jest… jest jeszcze wcześnie i… mogę się nie dostać do domu – to, co powiedział Fionie, w pierwszej połowie było prawdą. Wrócenie do domu przed północą rzadko kiedy nie kończyło się awanturą w domu. Północ była takim w miarę bezpiecznym czasem, kiedy prawdopodobieństwo tego, że jego rodzice są już tak pijani, że leżą gdzieś pod stołem i nie wiedzą co się dzieje dookoła, było bardzo wysokie.
- Rozumiem… - Alex automatycznie zaczął prowadzić tę rozmowę dalej w swoich myślach. Wyobrażał sobie, że Fiona zaraz się go zapyta, czy mieszka z rodzicami. Na taką sytuację zawsze był przygotowany: miał kilku kumpli, którzy czasami wychodzili z nim na dziewczyny. Wystarczyło sprawdzić którego aktualnie nie ma w domu i prowadzić laski właśnie tam, wtedy nie wychodziło się na frajera. Na taki numer co prawda było już za późno, bo już przyznał się Fionie gdzie mieszka. I tak zresztą nie zamierzał nic takiego robić. Tamto życie skończyło się dla niego kilka godzin temu. Teraz czeka go nowe, wśród pieluch, smoczków i kołysek… - Jak chcesz, to możemy się jeszcze przejść! Ja też mam czas, nie martw się.
Fiona najwidoczniej była inna, niż większość dziewczyn, które spotykał. Współczesne dziewczyny w dużej części tylko i wyłącznie stawiały wymagania: facet musi mieć tyle i tyle wzrostu, odpowiednią muskulaturę, własne mieszkanie, stałą pracę, musi coś trenować, umieć to i to, zajmować się tym i tym, zarabiać tyle i tyle… Choć Alex miał w sobie jakąś cząstkę zrozumienia dla feministek, bo mężczyźni też w dużej części byli skończonymi dupkami, tak jednak to właśnie do przedstawicieli swojej płci odczuwał największe współczucie. Nawet, jeśli większość facetów była jaka była, łączył to głównie z zachowaniem dziewczyn. Mężczyźni są często wychowywani na grzecznych i ułożonych, ich matki i babki powtarzają im, że muszą być delikatni, szarmanccy, porządni, muszą traktować kobiety z szacunkiem, przynosić im kwiaty, nosić je na rękach, codziennie utwierdzać je w przekonaniu, że są najpiękniejszymi, najbardziej adorowanymi i najmocniej kochanymi istotami we wszechświecie – cud, miód, ultramaryna. A potem facet wychowany w taki sposób doświadcza twardego lądowania w rzeczywistości, bo nagle okazuje się, że kobiety wcale takie nie są. Większość z nich mając do wyboru porządnego faceta i skończonego dupka wybierze tego drugiego, bo wzbudza w nich silniejsze emocje, jest bardziej nieprzewidywalny i może zapewnić im mocniejsze przeżycia. No i w jaki sposób facet, który żyje w takim świecie, ma nie stać się kawałem sukinsyna? Czuje się oszukany, odkrywa jak łatwo jest ludźmi manipulować, staje się cyniczny i sam zaczyna kobiety wykorzystywać.
Alexowi również takie bzdury wmawiano. Zapewne to właśnie dlatego był taki, jaki był. Akurat on zorientował się w tym wszystkim dość wcześnie. Przykładu daleko szukać nie musiał – jego matka, która ciągle mu za dzieciaka takie farmazony powtarzała, jakimś pieprzonym cudem sama wybrała takiego złamasa, jak jego ojciec. Gregory Goyle był życiowym nieudacznikiem, ochlejmordą i agresorem. Dało się z nim wytrzymać – Alex szybko się nauczył jak sobie z tym radzić. Ojciec wściekał się, kiedy trzeźwiał, zaczynał wtedy się awanturować i tłuc jego i matkę z byle powodu, ze zbyt głośnym oddychaniem czy siedzeniem przy stole zbyt cicho włącznie. Wtedy wystarczyło załatwić mu następną flaszkę i mieli spokój na następne kilka godzin. Kiedyś próbował chwytać się jakiejś roboty, głównie jakichś dorywczych, kiepsko płatnych prac, bo nie dość, że nie skończył szkoły, to jeszcze skalał się poparciem Śmierciożerców. Szczęściem w nieszczęściu sam Mrocznego Znaku nie nosił, co uratowało go przed poważniejszymi konsekwencjami, ale i tak był naznaczony społecznym ostracyzmem. Przez ostatnie trzy lata jednak był już właściwie ciągle pijany, aż dziw brał, że jeszcze żył. A matka… Matka kiedyś była bardzo dobra. Opiekowała się swoją rodziną, pracowała w Hogsmeade jako krawcowa, czasami siedziała też na recepcji w bibliotece. Ale od jakiegoś czasu i ona poszła w ślady ojca, regularnie chlejąc na umór.
- W sumie… czemu nie? – Alex wzruszył ramionami i pozwolił Fionie się prowadzić. Przeszli wąskimi, bocznymi uliczkami wzdłuż różnych pokracznych domów czarodziejów w kierunku ogrodów. Zawsze były one ostatnią deską ratunku, kiedy nie udało mu się roztopić lodowatego serca dziewczyny spacerem po romantycznych uliczkach czy nad strumieniem. Jeszcze nigdy mu się nie zdarzyło, żeby któraś z nich nie dała mu się przytulić w Altance Rusałek – najbardziej bajecznym i romantycznym miejscu w całym Hogsmeade. Tym razem jednak było inaczej. Fiona sama rozpoczęła rozmowę, zadając Alexowi różne pytania, takie zwyczajne, które się zadaje nowo poznanym osobom. Chłopak nie zamierzał bajerować Ślizgonki, nie miał ochoty na kolejną niemiłą niespodziankę, bo nie zabrał ze sobą żadnych zabezpieczeń. Nie miał więc najmniejszego powodu do kłamania na temat swojej kariery zawodowej.
hmmm, czy dobrze rozumiem że każdy rozdział tego ff będzie dotyczył innego bohatera, który zmaga się z jakimś problemem? Bo jak mam być szczera, to nie widzę innego związku z poprzednią częścią. Ale może to po prostu ja.
Tekst czytało się dobrze, chociaż nadal przeszkadzają mi długie zdania. Wkradło się kilka powtórzeń, jak np.
Poza tym jest okej, chociaż ten rozdział mnie jakoś nie porwał. Mam wielką nadzieję, że kolejna jego część rozjaśni mi trochę w głowie i może połączy z wcześniejszym rozdziałem.
Aha, i jeszcze jedno
W tym przypadku to magnes.