Rozdział podzielony na dwie części ze względu na długość
- Przygotowuję eliksiry na zamówienie.
- Ooo, to ciekawe! Jesteś w tym dobry?
- Czy ja wiem? Za moich czasów w Hogwarcie eliksirów uczył jeszcze stary Slughorn. Nie wiem, czy go znasz, bo poszedł na emeryturę akurat wtedy, kiedy ja skończyłem szkołę.
- Pewnie! Uczył mnie w pierwszej klasie, był zresztą wtedy opiekunem Slytherinu – odpowiedziała Fiona, dając mu tym samym informację, że była teraz na ostatnim, siódmym roku.
- No, więc on był taki… dziwny. Miał swoich ulubieńców, a ja do nich nie należałem. Może i za wiele się po mnie nie spodziewał, bo kilka razy zdarzyło mi się nawet rozpuścić kociołek, ale przynajmniej dzięki temu dawał mi święty spokój, skupiony na tych swoich dupolizowatych pupilkach, w przeciwieństwie do innych nauczycieli, którzy ciągle się srali o wyniki. Jakieś tam sum-y, owutemy i inne pierdolety, punkty dla domów i takie tam. Ja zawsze wolałem chodzić swoimi drogami, nie lubiłem tej budy. A tobie się podoba?
- O tak, jest całkiem fajnie! – odpowiedziała rozentuzjazmowana Fiona. – Od kiedy Sprout jest dyrektorką, Hogwart bardzo się zmienił. Nie ma już tych wszystkich bezsensownych zasad, nie musisz siedzieć grzecznie w pokoju wspólnym poza lekcjami, możesz sobie chodzić po zamku i wracać do dormitorium o której tylko chcesz, bylebyś przyszedł na lekcje.
- Szczęściarze! Strasznie mnie to wkurzało…
- No, żebyś wiedział! Teraz nawet, jak masz skończone siedemnaście lat, możesz sobie wychodzić swobodnie z zamku, pójść do Hogsmeade, pojechać do Londynu czy gdzie tam potrzebujesz.
- W sumie to nie spodziewałem się, że Sprout może być taką dyrektorką! Za czasów McGonagall była jej asystentką, a tamta zdawała się trzymać wszystko krótko. Stara Pomona jakoś za bardzo się od niej nie różniła…
- Być może, nie wiem… U nas się mówi, że Sprout ma teraz niewiele do powiedzenia w szkole, bo o wszystkim decyduje Rada Nadzorcza, a tam teraz dominują liberałowie, te młode wilki, jak ich teraz nazywają. A Sprout jest już stara, rzadko jest w szkole, o wiele więcej czasu spędza w Świętym Mungu, gdzie zabierają ją przynajmniej raz w miesiącu. Myślę, że ona w ogóle nie patrzy na to, co Rada Nadzorcza daje jej do podpisu…
- Bardzo możliwe… Lepiej dla was!
- Dokładnie!
- A to ona już nie uczy zielarstwa?
- Nie, jak została dyrektorką oddała to stanowisko profesorowi Longbottomowi.
- I jak lekcje u niego?
- Chyba spoko, nie wiem, nie wzięłam zielarstwa na owutem. A jak ja z nim miałam, to był taki trochę… żyjący w swoim świecie. Często zamyślony, rzadko się odzywał, zawsze jak przychodziliśmy do cieplarni na lekcję, on już siedział za biurkiem i tylko kiwał nam głową na powitanie. Mało mówił ogólnie, tylko chodził po cieplarni i obserwował naszą pracę, co najwyżej nas poprawiając. Chyba tylko Gryfoni mają z nim lepszy kontakt, jest ich opiekunem. Ale nawet i w to wątpię, bo on bardzo często nie pamiętał nawet imion uczniów. Właściwie to – tu parsknęła śmiechem – on rzadko o czym pamięta. I średnio rozgarnięty jest. Kiedyś na Prima Aprilis chłopaki skleili mu kartki w organizerze i poprowadził z nami, szóstoklasistami, lekcję dla pierwszaków. Innym razem zamieniliśmy się z Krukonami i oni poszli za nas na zaklęcia, a my za nich na zielarstwo. Gdyby Flitwick nie odesłał ich z powrotem i nie wlali się do cieplarni i wszyscy nie wybuchli śmiechem, Longbottom najprawdopodobniej prowadziłby dalej lekcję dla nich. Czaisz to? Nie zorientował się nawet, że ma nie tych uczniów, których powinien!
- Nieźle… No a ty? Co chciałabyś robić po skończeniu szkoły?
- Chcę być dziennikarką. Nawet mam już załatwiony staż w Proroku! Chcę jeszcze napisać do CRR*, ale oni mają wolne terminy dopiero wiosną, kiedy będą nas cisnąć z owutemami już tak na poważnie… W zeszłe wakacje pisałam trochę dla Czarownicy, ale to nie dla mnie. Piszesz o jakichś plotkach, eliksirach pielęgnacyjnych, odpowiadasz na listy z problemami miłosnymi, nic ciekawego…
- A ty kim chciałabyś być? W sensie… jaką dziennikarką?
- Chcę być reporterką! Jeździć po świecie i obserwować życie ludzi, które potem będę opisywać, zwracać uwagę na ich problemy, na takie rzeczy, którymi nikt się nie interesuje…
- Czyli chcesz być drugim Newtonem Scamanderem?
- Kimś w tym rodzaju – zaśmiała się. – Tylko od ludzi, nie od zwierząt.
- To kiedy jedziesz do Londynu?
- Za miesiąc, w trakcie ferii świątecznych. Muszę tam pojechać z już gotowym tekstem, a trochę nie mam kiedy się za niego zabrać…
- A masz chociaż jakiś temat?
- Jeszcze nie, ale zaraz będę miała.
- Co masz na myśli? – w tej chwili Fiona, która do tej pory szła obok Alexa, zagrodziła mu drogę. Wyjęła swoją różdżkę, na której końcu wyrosło futerko przypominające to od mikrofonu.
- Dobry wieczór, tu Fiona McCollock, Prorok Codzienny, jest 6 listopada 2021 r., Hogsmeade. Rozmawiamy z Alexem – młodym, przystojnym eliksirowarem, którego możecie znać, jeśli kupowaliście coś ostatnio w aptece, nawet, jeśli nie macie o tym pojęcia, bo kupowaliście zapewne dzieło jego męskich rąk. Jak sądzisz, Alex, jakie są w tym momencie perspektywy na rozwój tej dziedziny magii w naszym kraju?
Fiona wypluwała z siebie słowa niczym maszyna. Kiedy przyłożyła „mikrofon” do ust Alexa, ten przez dłuższą chwilę stał wbity w ziemię.
- Nie musisz brać mnie pod włos – powiedział w końcu. – Serio chcesz ze mną rozmawiać o eliksirach? Jeśli chcesz poszukać czegoś ciekawego na mój temat, poszukaj sobie informacji o Nikodemie Goyle’u. Swego czasu Głos Hogsmeade o tym huczał… - wspomnienie młodszego brata sprawiło, że do Alexa znów napłynęły wszystkie te negatywne myśli, których Fiona pomogła mu się pozbyć na ostatnie kilkadziesiąt minut ich spaceru.
- Wszystko w porządku, Alex? – spytała, chowając swoją różdżkę.
- Tak, tylko… Mam ostatnio trochę problemów, ok?
- Zauważyłam… Nie wyglądałeś najlepiej. To ma coś wspólnego z Nikodemem, o którym mi wspomniałeś?
- Właściwie to nie… - Alex zawahał się na moment. Zniknięcie brata przed trzema laty i jego ojcostwo miały ze sobą całkiem sporo wspólnego, bo jedno i drugie było wynikiem jego głupoty, egoizmu i niedojrzałości, ale nie chciał rozmawiać o tym ze Ślizgonką. O takich rzeczach nie mówi się na pierwszym spotkaniu…
- Co, ukochana cię rzuciła? – jej mina i głos zdawały się wyrażać realną troskę.
- Co? Nie, właściwie to wręcz przeciwnie. Zostanę ojcem – w końcu to z siebie wykrztusił.
- To wspaniale! – zawołała z entuzjazmem Fiona. – Nie cieszysz się?
- A z czego tu się cieszyć? To koniec, Fiona, to koniec! Koniec mojego życia! Już nie będę mógł spotykać się z kumplami, grać w Quidditcha, odbierać zamówień na eliksiry tylko wtedy, kiedy będzie mi się chciało pracować… Teraz będę musiał zajmować się dzieckiem, które nie umie robić nic, poza jedzeniem, spaniem, płakaniem i wydalaniem!
- No to… usuńcie, skoro go nie chcesz – Fiona wzruszyła ramionami.
- Zwariowałaś? – odpowiedział Alex po dłuższej chwili wpatrywania się w nią wybałuszonymi oczami. – Przecież to zwykłe morderstwo!
- Aj tam, przesadzasz… Jak można zabić coś, co nie ma w ogóle serca i układu nerwowego? To tak, jakbyś rozdeptał żołędzia i powiedział, że zniszczyłeś drzewo…
Alex nie ciągnął tej dyskusji. Nie zmierzała ona absolutnie donikąd. Wtedy po raz kolejny zapukało patrolusterko w jego kieszeni. Alex już nie mógł dłużej wytrzymać. Jeśli to ta laska, to powie jej, żeby się bujała, bo on nie ma zamiaru wychowywać tego dziecka.
- Czego? – wrzasnął. Przez kilkanaście sekund nikt mu nie odpowiedział. Słyszał tylko jakieś kroki, najprawdopodobniej kobiece. A później ów kobiecy głos przemówił:
- Panie komisarzu! Goyle w końcu odebrał!
*Czarodziejska Rozgłośnia Radiowa, gdyby ktoś zapomniał ;)
Ten rozdział to w zasadzie krótki, ale jednak długi jak na swoją formę, dialog. Rozumiem podział rozdziału na dwie części, ale jakoś tak jednak niefortunnie wyszło, że w tej pojawiła się tylko rozmowa, co niestety bardzo kojarzy mi się z wattpadem (proszę nie brać tego do siebie
Szanuję jednak właśnie za umiejętność przedstawienia ciekawego dialogu pomiędzy dwoma średnio nam znanymi osobami. No i w końcu jest nawiązanie do któregoś z poprzednich rozdziałów, komisarz!
Czekam na dalszy ciąg historii. Mam nadzieję, że jakoś idzie do przodu. Weny!