
Evanna Lynch wkroczyła do przemysłu filmowego w wyjątkowych okolicznościach. Jako nastolatka, irlandzka aktorka wygrała w otwartym castingu rolę Luny Lovegood w ostatnich czterech filmach o Harrym Potterze.
- Chwilę zajęło, zanim poczułam się wystarczająco cool, żeby przyjaźnić się z innymi dzieciakami na planie - przyznaje ze śmiechem. - Miałam opiekunkę. Cała reszta miała przy sobie rodziców, którzy pozwalali im na więcej, a ja miałam tę szaloną, surową opiekunkę. Nie mogła spuścić mnie z oka przez cały czas opiekowania się mną, i tego nie robiła. Byłam zażenowana - dodaje.
Teraz dwudziestosześcioletnia, Lynch promuje swój najnowszy, niezależny film My name is Emily, w którym gra tytułową rolę. Po śmierci matki i instytucjonalizacji ojca, młoda Emily mieszkająca w rodzinie zastępczej, wyrusza w podróż z kolegą z klasy, Ardenem. Razem mają nadzieję zjednoczyć Emily z jej ostatnim żyjącym rodzicem.
Kręcony przez około sześć tygodni, My name is Emily to pierwszy pełnometrażowy film reżysera Simona Fitzmaurice'a. Po premierze jego drugiego krótkometrażowego filmu The Sound of People na festiwalu filmowym w Sundance w 2008 roku u Fitzmaurice'a zdiagnozowano ALS (stwardnienie zanikowe boczne - przyp. red). Obecnie sparaliżowany, napisał i wyreżyserował My name is Emily używając jedynie oczu.
W zeszłym tygodniu, Lynch spotkała się ze swoją bliską przyjaciółką z planu Harry'ego Pottera, żeby porozmawiać o ich wspólnej przeszłości, wcielaniu się w główną rolę po raz pierwszy i pracy z Fitzmaurice'em.
BONNIE WRIGTH:Zacznę od pytania związanego z Harrym Potterem. Skończyłyśmy pracę nad filmami w tym samym czasie i, w dziwny sposób, rozpoczęłyśmy nasze nowe rozdziały praktycznie w tym samym momencie, ale później poszłyśmy w swoją stronę. Wiem, że wybory, których dokonałam zmieniły kierunek, w którym podążałam. Ciekawią mnie wybory, które ty podjęłaś i które doprowadziły cię do tego, gdzie jesteś zawodowo i prywatnie i jak na te wybory wpłynęło twoje wcześniejsze doświadczenie.
EVANNA LYNCH: Zawsze kochałam grać. Grałam przed Potterem i po udziale w filmie miałam już pewne wyobrażenie na temat przemysłu filmowego. Wcześniej nie pracowałam w ten sposób, więc nie byłam przyzwyczajona do takiego tempa. Po filmach [o Potterze] miałam agentów, którzy zachęcali mnie do pójścia na uniwersytet, ale nie po to, by studiować aktorstwo. Mówili mi "nie idź do szkoły aktorskiej, nie potrzebujesz tego". Z perspektywy czasu naprawdę chciałabym, żeby mnie do tego namawiali. Później zaczęło mnie to trochę frustrować, bo przecież wiedziałam, że chcę grać, więc po co miałam marnować czas na uniwersytecie? Czułam się, jakby coś wstrzymywało mnie przed pójściem naprzód. Każde z mojego rodzeństwa zmieniało kierunki studiów, a ja mówiłam sobie: "naprawdę wiem, co chcę robić w życiu, co jest prawdziwym darem. Powinnam to realizować". Dlatego wyjechałam do Los Angeles. Miałam managera i poznałam mnóstwo osób, które wypowiadały się zachęcająco na temat tego miasta. Mówili, że to miejsce, w którym każdy dostaje szansę i nie jest tak zamknięte jak Londyn.
Początkowo miałam wyjechać tylko na trzy miesiące, ale zostałam na dłużej. Naprawdę podobało mi się środowisko artystów, które jest zupełnie inne niż w Irlandii. W Irlandii mają takie nastawienie, że właściwie musisz mieć dużo szczęścia albo wysokie mniemanie o sobie, żeby dostać się do środowiska. W LA jest raczej tak, że jeśli ciężko pracujesz, to w końcu możesz robić, co tylko zechcesz.
WRIGHT: Czułaś, że w nowym miejscu możesz stworzyć dla siebie nową tożsamość, która wcześniej była trochę za bardzo zdefiniowana przez filmy [o Potterze]? Czułaś, że dostałaś drugą szansę na bycie sobą, czy czułaś się, jakbyś nadal nosiła ze sobą tę historię?
EL: Ludzie zawsze zadają mi pytanie, czy Harry Potter mnie wstrzymywał, czy był pomocą, czy utrudnieniem. I zawsze wydaje mi się, że był pomocą, a to ode mnie zależy przedefiniowanie tego. Jasne, kierownicy obsady zawsze mają o mnie pewne wyobrażenie, ale [Harry Potter] otworzył mi też wiele drzwi. Nie byłam typem aktorki "z jajami", która chce, żeby wszyscy ją znali, więc myślę, że posiadanie takiej historii i zaplecza było pomocne. W LA musisz być asertywny, musisz po prostu walczyć o swoje.
WRIGHT: To zupełnie odwrotnie niż w naszej irlandzko-brytyjskiej mentalności.
EL: Tak, u nas ważna jest pokora, skromność.
WRIGHT: Nie zakochałabym się w reżyserowaniu, gdyby nie tamto doświadczenie. Myślę, że zawsze będę odnosić się do niego z szacunkiem i dopiero wtedy zadawać sobie pytanie, co dalej z tym zrobię? Co z tego wyniosę dla siebie i innych?
EL: Oczywiście, czułam się nieco rozczarowana przez jakiś rok, czy dwa lata po zakończeniu filmowania, kiedy uświadomiłam sobie, że nie wszystko jest tak świetnie napisane. Chodziłam na przesłuchania do różnych pilotów i zastanawiałam się, czy w ogóle chciałabym coś takiego oglądać. Zaczęłam czuć, że gdyby nie Harry Potter, gdybym doszła tu, gdzie jestem, inną drogą, doceniałabym naprawdę dobre scenariusze.
WRIGHT: Zaczynasz doceniać, jak ważny jest dobry scenariusz. Znając bardziej praktyczną stronę robienia filmów i reżyserowania, cieszę się, że wszyscy ludzie, z którymi pracowałyśmy we wszystkich stadiach, są naprawdę dobrzy w swojej dziedzinie. Dlatego mam tak wielki szacunek i wiarę w to, że musisz być uczciwa, nawet w świecie [filmu], który w gruncie rzeczy jest biznesem. Myślę, że to naprawdę ważne mieć nosa do materiału i współpracowników - chcesz przecież, żeby byli naprawdę zaangażowani w proces kreatywny.
EL: Ale nie zdawałam sobie z tego sprawy, kiedy zaczynałam nowe projekty - niektórzy ludzie mówili różne rzeczy, za którymi nie szły czyny. Ludzie mają wielkie pomysły, ale nie mają doświadczenia. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile Jo wykonała dla nas pracy. Mogłam po prostu wejść w rolę, a cała historia, wszystkie szczegóły, po prostu pasowały.
WRIGHT: Ale czy to nie powoduje, że z aktorskiej perspektywy wymaga się od nas więcej?
EL: Powoduje. Ale to, co jest ekscytujące w wybieraniu niezależnych filmów to to, że nie ma tam zbyt wielu ludzi, którzy mogliby cię prowadzić za rękę. Naprawdę musisz zbudować rolę, być trochę autorem. W Potterze czułam się bardziej jak interpretator.
WRIGHT: Po tych kilku latach, czym kierujesz się przy wyborze scenariusza? Na przykład w przypadku My name is Emily, co takiego spowodowało, że scenariusz wydał ci się dwuwymiarowy?
EL: Chyba wciąż kieruję się stylem pisania. Styl Simona [Fitzmaurice'a] jest piękny. Bardzo poetycki i zmuszający do myślenia. Myślę, że jest masa ludzi, którym na sucho uchodzi brak talentu. Chodziłam na zajęcia z pisania w Los Angeles i panował tam duży nacisk na samą fabułę, strukturę i tego typu rzeczy.
WRIGHT: To zabawne. Na podstawie doświadczenia, które zdobyłam reżyserując, uważam, że moją najmocniejszą stroną jest umiejętność porozumiewania się z aktorami i w efekcie tworzenia postaci. Wiem, że mogę potknąć się na fabule, bo w większości filmów, które uwielbiam, niewiele się dzieje; są bardziej spotkaniem z postacią i uważam, że My name is Emily jest takim filmem.
EL: Zawsze dobrze dogadywałam się z Davidem Yatesem. Był świetny w pracy z aktorami, bo zawsze wzbogacał nas swoją wiedzą o postaci. Wiedział o nich więcej niż ktokolwiek inny. Nigdy nie wymuszał na mnie żadnych wskazówek, tylko drążył dopóki nie trafiłam na podatny grunt.
WRIGHT: W przypadku Harry'ego Pottera David Yates był czwartym reżyserem, który prowadził mnie przez rolę Ginny, co samo w sobie było ciekawe. Uważam też, że niezależne filmy dają reżyserom więcej przestrzeni do wejścia w intymną relację z aktorem. Jeśli chodzi o Davida, taki po prostu był. Nawet poza pracą jest bardzo poufały i myślę, że to w oczywisty sposób mu pomagało w pracy z tysiącem ludzi na planie.
EL: Po Potterze pracowałam z reżyserami, u których dostawałam role tylko z powodu udziału w Potterze. Bywało wtedy, że kompletnie nie mogliśmy się porozumieć i miałam poczucie, że jestem okropną aktorką. Pamiętam, kiedy miałam przesłuchanie w teatrze i koleś nawet na mnie nie spojrzał, nie wykazywał zaangażowania. Zadzwoniłam wtedy do swojej nauczycielki aktorstwa i powiedziałam:
- Nie dam rady. To bardzo znany reżyser, ale nie czuję z nim żadnego połączenia.
Powiedziała mi wtedy, że to po prostu nie był mój sposób na dotarcie się z drugim człowiekiem. Są różne sposoby reżyserowania różnych aktorów.
WRIGHT: To trudne, bo lubisz wyzwania, chcesz, żeby każdy twój projekt był inny. Mówisz sobie, że być może to nie jest twój wymarzony sposób komunikowania się, ale starasz się skupiać na tym, nad czym wspólnie się zgadzacie i znaleźć sposób na współpracę. Czasami to i tak nie działa, więc przestaje ci się to podobać. Filmy nie mogą być robione w pojedynkę - musisz być graczem zespołowym, musisz chcieć współpracować. Czasami myślę, że ludzie są celowo wykorzystywani w ten sposób, żeby zmusić cię do wejścia w emocje postaci; mam na myśli manipulowanie, zastraszanie aktorów, żeby wydobyć z nich prawdziwe emocje. To nie jest coś, co wypróbowałabym jako reżyser, ani nie chciałabym zostać tak potraktowana jako aktorka. Myślę, że to ciekawe, kiedy w trakcie grania musisz wyzbyć się swojej prawdziwej osobowości. Uważałam to za bardzo wymagające podczas przesłuchań, ponieważ byłam w wieku, w którym ciągle próbowałam dowiedzieć się, kim naprawdę jestem. Bardzo trudno było mi zostawić Bonnie na zewnątrz pokoju przesłuchań. Właśnie dlatego myślę, że reżyserowanie jest dla mnie lepszą formą terapii niż aktorstwo.
[W filmie] My name is Emily bardzo zainteresowała mnie relacja Emily z ojcem i zastanawiałam się, czy to przez co przechodzi, w jakikolwiek sposób rozbrzmiało w tobie? Idea, w myśl której stawiamy rodziców na piedestale - widzimy ich tylko jako matkę i ojca - ale dochodzimy do punktu, w którym dowiadujemy się o nich więcej jako o ludziach i zaczynamy dostrzegać ich zalety i wady. Myślę, że ojciec Emily faktycznie ją porzucił - nie był przy niej jako ojciec, dosłownie, fizycznie. Początkowo Emily uważała, że działo się tak z powodu jego choroby psychicznej, ale z czasem uświadamia sobie, że opuszczenie jej było jego wyborem, że mógł być przy niej. Co według ciebie pozwoliło Emily tak szybko wybaczyć ojcu?
EL: Co wkurza ją przez cały film, przez cały czas, kiedy nie jest przy ojcu, to to, że on ją od siebie odpycha, a ona nie ma pojęcia, przez co on przechodzi. Myślę, że tym, co najbardziej ją wścieka, kiedy dowiaduje się, że ojciec świadomie ją porzucił jest to, że przez całe życie traktował ją jakby była dorosła. Dzielił się z nią tymi wszystkimi filozoficznymi przemyśleniami, ufał, że je rozumie i w tym przeświadczeniu dorastała. Nie wyznaczał dla niej granicy między byciem dzieckiem, a dorosłą osobą. I nagle przestał traktować ją w ten sposób i chyba dlatego czuła się tak bardzo zdradzona. Chciała tylko dowiedzieć się prawdy. Czuła się nieszanowana i porzucona, bo ojciec nie chciał dopuścić jej do swojego bólu [po śmierci matki Emily], który przecież dzielą razem. Myślę, że powodem, dla którego Emily sobie z tym wszystkim radzi jest to, że zna ojca, a on okazuje jej swoją bezbronność. Nie oczekuje od niego, że będzie idealny, myślę, że nie jest aż tak naiwna. Łączy ich bardziej przyjaźń. Wystarczyło, że przyszedł do niej i powiedział, że przeprasza i sobie nie radzi, żeby chciała przechodzić przez to wszystko razem z nim.
WRIGHT: To interesujące. Jak mówisz, na poziomie intelektualnym dzielił się z nią swoimi przemyśleniami, szanował ją i nie postrzegał jak typowe dziecko. Ale akurat w tamtym momencie, w momencie żałoby, Emily potrzebowała poczuć się dzieckiem, a musiała błyskawicznie dorosnąć.
EL: Chciała tylko, żeby ktoś ją kochał i wspierał. Nie chodziło tylko o śmierć matki, ale też o zachowanie ojca, który nie chciał przyznać, że cierpi. Udawał, że wszystko jest w porządku i, że tę śmierć można jakoś wytłumaczyć.
WRIGHT: Wracając do różnic między niezależnymi filmami, a wielkimi produkcjami... Czułaś, że w tym przypadku możesz zbudować intymniejszą relację z ludźmi na planie? Czy może było coś z czasów Pottera, za czym tęskniłaś przy pracy nad My name is Emily?
EL: Jedno i drugie ma wady i zalety. Myślę, że największą różnicą między niezależnymi filmami, a pracą przy wielkiej produkcji jest to, że w tym pierwszym wypadku łatwiej wszystko spieprzyć. Na planie Pottera zawsze było mnóstwo ludzi, którzy się tobą zajmowali; poprawiali twój kostium, fryzurę, ciebie samego - trudno było o potknięcie. Końcowy efekt i magia były świetne, ale czułaś, że wielu ludzi miało udział w twoim występie. Kiedy po raz pierwszy pracowałam nad niezależnym filmem podniecała mnie myśl, że muszę dać z siebie więcej, że mogę coś zepsuć. To było bardziej stresujące, ale też bardziej ubogacające artystycznie. No i przy Potterze mieliśmy też luksus czasu. Tego brakuje mi najbardziej w małych produkcjach. Tutaj, jeżeli coś pójdzie nie tak, nie możesz nagrać kolejnego ujęcia. Dlatego musisz mocno ufać reżyserowi.
WRIGHT: Kiedy robisz film na skalę Pottera, musisz zaufać wielu rzeczom - producentowi, obsadzie, scenariuszowi. Jeśli coś nie wychodzi, po prostu kręcisz to jeszcze raz, podczas gdy przy niezależnych filmach całe zaufanie przelewasz na reżysera i aktorów, z którymi współpracujesz. To [My name is Emily] właściwie twój film, miałaś dużo swobody w powoływaniu postaci do życia?
EL: To była chyba najlepsza część. Nie często dostajesz rolę, w której słowa wypowiadane przez postać brzmią, jak twoje własne. Są scenariusze, przy których musiałam włożyć więcej wysiłku w to, żeby kwestie wypadały naturalnie. Z nią [Emily] wiedziałam, co mówi - to po prostu było we mnie, czy coś takiego. Simon bardzo chciał o tym rozmawiać. Komunikował się głównie przez maile, więc musiał poznać postać w ten sposób. Obydwoje mieliśmy na jej punkcie obsesję.
Z powodu stanu Simona, na planie było dużo ciszy; po prostu siedziałaś i czekałaś na odpowiedź. Podczas tych momentów uświadomiłam sobie, jak niepewna byłam co do aktorstwa, do pewnych osobistych kwestii.
WRIGHT: Jest też sprawa języka... Mówiłaś, że pracujesz z włoskim reżyserem i wszystko co mówisz musi być tłumaczone. To ciekawe, jak język, którego używamy pomiędzy ujęciami, determinuje to, jak zwięźle staramy się opisać do czego dążymy.
EL: Tak, zaczynamy się już trochę docierać, bardziej mu ufam i nie czuję już tak bardzo potrzeby akceptacji z jego strony. Uświadomiłam sobie, że w byciu aktorem ekscytujące jest dokonywanie wyborów. Podobnie z Simonem, szybko musisz zrozumieć, że on nie ma czasu ostrożnie dobierać słów. Był bezpośredni i czasami ranił moje uczucia, ale bardziej inspirujące jest, kiedy ktoś mówi wprost, co myśli. Uwielbiam tę kwestię - "Dlaczego zawsze uśmiechamy się do zdjęć? Dlaczego zawsze czujemy presję bycia szczęśliwymi?". Simon nie miał na to czasu; żeby rzeczywiście przekazać prawdę, musiał powiedzieć dokładnie to co myśli.
tłumaczenie: fuerte
źródło: interviewmagazine.com


Nicram_93



[P]Louise Lainey
fuerte
PaulaSmith
Już kilka wcześniejszych jej wypowiedzi dobitnie to wykazało. Pewnie nie zależy to nawet od języka. Chce coś wyrazić, jakąś tam filozofię życiową, ale nikt tego nie rozumie o co jej chodzi. Podejrzewam, że nawet ona sama jest dopiero na początkowym etapie jej układania. Ja się tobie dziwię szanowna fuerte, że jednak dałaś radę przez to przebrnąć. Wiem co piszę, bo moje rozumowanie też bywa/jest pokręcone jak paragraf, dlatego bardzo staram się rozumieć każdego. Nie mam nic do Bonnie i nawet ją bardzo lubię, więc nie jest to jakiś zbiór uprzedzeń, tylko taka obserwacja. Całe szczęście, że przynajmniej Evanna mówi "do rzeczy".
Wiele osób powtarza, że lubiło książkową Ginny, ale po filmie przestało. Ja też tak mam. Bonnie jest masakrycznie słabą aktorką.
Krnabrny
A.
Z kolei Evanna zawsze ma coś ciekawego do powiedzenia, czasem robi to dosadnie, nie wstydzi się mówić o swoich słabościach i nie jest chyba tak zafiksowana artystycznie jak Bonnie.
Polecam zajrzeć pod link na końcu tłumaczenia, bo zdjęcia z sesji są naprawdę ładne.