Przej¶ciowe dolegliwo¶ci Aniel by³y niegro¼ne dla jej ¿ycia, a nawet zdrowia – przynajmniej fizycznego. Oszpecenie r±k i problemy magiczne, chocia¿ uci±¿liwe, nie nios³y za sob± tylu problemów, co sen oraz to, co nastêpowa³o po nim. Koszmary nie pozwala³y na odpoczynek dla umys³u - nale¿a³y do tego rodzaju mar, gdzie nie ma potworów, ¶mierci i bezpo¶redniego zagro¿enia. Zamiast tego przepe³nia³a je pustka, ciemno¶æ, szepty, krzyki, a szczególnie wynikaj±cy z nich strach. Spa³a z uczuciem, ¿e jest w pe³ni przytomna, po czym budzi³a siê i dopiero wtedy u¶wiadamia³a sobie, ¿e to wszystko nie dzia³o siê naprawdê.
Z deszczu pod rynnê.
Ka¿dego ranka czu³a, jakby kto¶ zrzuci³ na ni± p³ytê nagrobkow±, która przygwo¼dzi³a jej cia³o do miêkkiego materaca. Ka¿dy ruch, nawet uniesienie powiek, wydawa³ siê wyczynem godnym mistrza gimnastyki. Czy to z sennego strachu, niewyspania, czy innych zmian zachodz±cych w jej organizmie, Aniel mia³a nadziejê nigdy wiêcej nie wstawaæ z ³ó¿ka. Mog³aby le¿eæ na nim do ¶mierci, a gdyby postanowiono zostawiæ w tym miejscu jej zw³oki, nie mia³aby nic przeciwko. Wiedzia³a jednak, ¿e to niemo¿liwe, a w dzieñ po wypadku na lekcji eliksirów stara³a siê opanowaæ leniwe ¿±dze jeszcze bardziej, ni¿ zwykle.
Przede wszystkim ze wzglêdu na opiekê nad magicznymi stworzeniami, chocia¿ dociekliwo¶æ pielêgniarki równie¿ dorzuci³a swoje trzy grosze. Na szczê¶cie Gryfonki, pani Mackensi by³a przyzwyczajona do ¶piochów i bardzo lubi³a na nich narzekaæ.
- Kiedy¶ jeden Krukon zasn±³ ze szklank± eliksiru w d³oni – opowiada³a kobieta, kiedy Aniel wpatrywa³a siê mêtnym wzrokiem w naczynie i zastanawia³a siê, co w³a¶ciwie ma z nim zrobiæ. Gdy wreszcie uda³o jej siê wypiæ lekarstwo, opad³± na poduszkê.
- Nie ¶pimy! - us³ysza³a, a powieki unios³y siê gwa³townie tylko po to, ¿eby zaraz znowu zakryæ oczy. - Na pewno dobrze siê czujesz? - G³os pielêgniarki znowu wyrwa³ j± z odrêtwienia, ale tym razem inaczej. Nie tylko zmusi³ dziewczynê do spojrzenia na star± kobietê, równie¿ wp³yn±³ na jej umys³. Ile czasu minê³o? Sekunda, a mo¿e pó³ godziny?
- Nic mi nie jest. Po prostu lubiê spaæ.
Jakby na potwierdzenie tych s³ów, st³umi³a ziewniêcie.
- Ten eliksir powinien ciê nieco pobudziæ...
Zanim Gryfonka zd±¿y³a co¶ odpowiedzieæ, pielêgniarka wyjê³a z kieszeni niewielki sze¶cian i przy³o¿y³a pacjentce do czo³a. Urz±dzenie zaczê³o syczeæ, a po chwili dr¿eæ, co spowodowa³o, ¿e kobieta wzruszy³a ko¶cistymi ramionami.
- Co¶ jest nie tak? Umieram? - zapyta³a dziewczyna sil±c siê na rozbawiony i pewny siebie ton. W rzeczywisto¶ci dociekliwo¶æ uzdrowicielki j± przera¿a³a, zmuszaj±c tym samym do jeszcze wiêkszego starania o opanowanie senno¶ci i os³abienia, które by³o jeszcze silniejsze, ni¿ w ostatnich dniach. Przez moment rozwa¿a³a nawet, czy nie przyznaæ siê do ukrywania dolegliwo¶ci, wszystko po to, by móc siê znowu zrelaksowaæ.
Pielêgniarka zwleka³a z odpowiedzi± przygl±daj±c siê magicznemu sze¶cianowi.
- Nie umierasz – powiedzia³a w koñcu. Przyci±gnê³a do siebie taboret, usiad³a na nim, po czym zaczê³a odwijaæ banda¿e na rêku Aniel. - Ale dziwi mnie ta wysypka oraz brak reakcji na eliksir pobudzaj±cy. Twój organizm jest ca³kowicie ustabilizowany.
- To chyba dobrze, prawda? Stabilny organizm... i takie tam.
- Z jednej strony tak. Tergeo! - Z ró¿d¿ki wydoby³a siê iskierka, a czerwona ma¼, która przez noc zd±¿y³a nieco ¶ciemnieæ, zniknê³a ukazuj±c na skórze Aniel, równie wyra¼n± co dzieñ wcze¶niej, plamê. - Chocia¿ po ¶rodku, który wziê³a¶, powinien przyspieszyæ ci puls, w dodatku ca³kiem wyra¼nie, a u ciebie wszystko w normie... Jeste¶ okazem zdrowia. Mo¿e twoje cia³o jest po prostu odporne na jaki¶ ze sk³adników, jednak wola³abym, ¿eby¶ stawi³a siê u mnie wieczorem. Mam nadziejê, ¿e do tego czasu uda mi siê, skontaktowaæ z uzdrowicielami z Munga.
Aniel równie¿ wyrazi³a tak± nadziejê i przez kolejne pó³ godziny pozwala³a badaæ siê, wyra¼nie zaintrygowanej pani Mackensi, co przychodzi³o jej z trudem. Zbli¿a³a siê godzina ósma, a potrzeby organizmu Gryfonki dawa³y o sobie znaæ. Postanowi³a poprosiæ pielêgniarkê o przyspieszenie badania, ale ta tylko prychnê³a i zaczê³a rozwodziæ siê nad nieposzanowaniem zdrowia przez m³ode pokolenie karierowiczów.
- Zapomnia³abym – powiedzia³a, gdy ju¿ pozwoli³a An skorzystaæ z ³azienki. - By³a tutaj twoja kole¿anka, zostawi³a ci paczkê.
Gryfonka podziêkowa³a, po czym rozwinê³a br±zowy papier pakunku. W ¶rodku znajdowa³a siê czekoladowa ¿aba i nale¿±ca do Mary chusta.
- Po co mi ta szmatka? - pomy¶la³a dziewczyna, ogl±daj±c znalezisko z ka¿dej strony, jakby mia³ z niego wyskoczyæ królik. Gdy nie znalaz³a nic wartego uwagi, od³o¿y³a prezenty od kole¿anki i wesz³a do ³azienki. Dopiero zerkaj±c na siebie w lustrze po³±czy³a fakty. Zupe³nie zapomnia³a o braku brwi, a na skórze nad oczami nie by³o widaæ nawet plamek odrastaj±cych w³osów. Aniel opu¶ci³a ramiona. Wygl±da³a g³upio, nie tylko ze wzglêdu na rêce przypominaj±ce skórê wê¿a, ale te¿ na wy³ysia³± twarz.
Dobrze, ¿e Mary nie zapomnia³a.
***
Gdy opuszcza³a skrzyd³o szpitalne, z chust± naci±gniêt± niemal na oczy i w biegu zajadaj±c siê czekoladow± ¿ab±, obieca³a sobie, ¿e pierwsze co zrobi na lekcji, to przeprosi kole¿ankê. Mimo ¿e nigdy nie traktowa³y siê tak, jak bohaterki ksi±¿ek, to ³±czy³a je wiê¼, której mo¿na by pozazdro¶ciæ. Przynajmniej je¿eli jest siê niestabiln±, emocjonalnie osob±. Mary nie zas³ugiwa³a na takie traktowanie, jakim uraczon± j± poprzedniego dnia i chocia¿ An wiedzia³a, ¿e Gryfonka, przynajmniej na d³u¿sz± metê nie bêdzie mia³a ¿alu, to co¶ ku³o j± w sumieniu.
Biegn±c przez b³onia z trudem ³apa³a powietrze, a wzrok mia³a tak wpatrzony w Schronisko, ¿e nie zauwa¿y³a id±cego w tamt± stronê pierwszoroczniaka, którego niemal staranowa³a. Po chwili uda³o jej siê dotrzeæ do ogrodzonego metrowym p³otkiem obszaru i otworzyæ równie niewysok± furtkê.
Gdy by³a ma³a, uwa¿a³a ¿e nie ma to jak w domu, jednak po trzecim roku nauki w Hogwarcie musia³a zmieniæ swoje ¿yciowe motto. Lub zacz±æ inaczej pojmowaæ s³owo dom. Je¿eli mia³aby wybieraæ miejsce, w którym przyjdzie jej ¿yæ i umrzeæ, wybra³aby w³a¶nie Schronisko. By³ to niewielki obszar b³oni, od ty³u granicz±cy z Zakazanym Lasem, a z boku ³±cz±cy siê murkiem z zielarni±. Wewn±trz znajdowa³y siê dwa budynki. Jeden z nich s³u¿y³ kiedy¶ za stajniê, lecz pó¼niej zamiast koni i pegazów sta³ siê domem dla wszelkiej ma¶ci stworzeñ, które znajdowa³ jeden z najs³ynniejszych gajowych w dziejach Hogwartu. Potem kontynuowano jego dzie³o, z mniejszym lub wiêkszym zaanga¿owaniem, jednak Aniel nie wyobra¿a³a sobie nikogo tak bardzo kochaj±cego i dbaj±cego o zdrowie innych istot, jak profesor Bugson.
Gryfonka od zawsze kocha³a zwierzêta, przynajmniej te znane mugolom. Do stworzeñ znanych czarodziejom podchodzi³a z dystansem, a w wieku jedenastu lat by³a niemal pewna, ¿e nigdy nie zdo³a tej odleg³o¶ci pokonaæ. Jednak na trzecim roku nauki, gdy by³a ju¿ oswojona z faun± i flor± tego miejsca, na planie zajêæ znalaz³ siê nowy przedmiot, traktuj±cy tylko o zwierzêtach. Wtedy wszystko siê zmieni³o. Nie mo¿na powiedzieæ, ¿e by³a to zas³uga jedynie Alfreda Bugsona, ale m³ody nauczyciel bez w±tpienia mia³ du¿y wp³yw na zmianê my¶lenia Aniel. Mê¿czyzna pokaza³ jej co¶, co pozwoli³o dziewczynie spojrzeæ na ¶wiat z innej perspektywy, pokochaæ ¶wiat magii, a nawet staæ siê jego czê¶ci±. Prowadzone przez niego lekcje nie raz pomaga³y An wzi±æ siê w gar¶æ i przezwyciê¿yæ sam± siebie, tak samo jak tamtego dnia.
By³a spó¼niona ju¿ dziesiêæ minut. Wiêkszo¶æ uczniów na jej miejscu zosta³aby w dormitorium lub skrzydle szpitalnym, zas³aniaj±c siê z³ym samopoczuciem po wypadku. Nie mog³a sobie na to pozwoliæ. Nie tego dnia. Nie je¿eli mog³o j± omin±æ co¶ tak cudownego, jak opieka nad rannym smokiem, karmienie m³odych wilczykonów lub obserwacja dziêdzidów, które - jak utrzymywa³ nauczyciel - zagnie¼dzi³y siê w dziupli na skraju Zakazanego Lasu.
Podwórze Schroniska, jak i okolice lasu by³y puste, a to oznacza³o, ¿e lekcje tym razem mia³y odbywaæ siê w budynku. Tam w³a¶nie skierowa³a siê dziewczyna.
„¯eby to by³y wilczykony” - poprosi³a w my¶lach, przypominaj±c sobie m³ode, podobne do wilków szczeniaki, które profesor Bugson niedawno znalaz³ w Zakazanym Lesie i które zapowiada³, jako jeden z przysz³ych tematów lekcji. Pozbawione matki by³y na skraju wycieñczenia i gdyby nie interwencja nauczyciela, zginê³yby w przeci±gu kilkunastu godzin. Z ka¿dym dniem psiaki stawa³y siê coraz silniejsze, jednak nadal potrzebowa³y karmienia i ogólnej opieki, co nape³nia³o Gryfonkê falami ekscytacji. W wyobra¼ni przechodzi³a przez niewielk± klasê z rzêdem ma³ych okien po prawej stronie, otwiera³a dêbowe drzwi i wchodzi³a do wielkiej, wype³nionej dziesi±tkami boksów hali, w której przeró¿ne zwierzêta dochodzi³y do zdrowia, lub te bardziej oswojone, zamieszka³y na sta³e. Ta my¶l tak bardzo j± poch³onê³a, ¿e gdy naprawdê znalaz³a siê w sali pe³nej ³awek i ludzi, bez zastanowienia skierowa³a siê do przeciwleg³ej strony pomieszczenia. Dopiero po kilku krokach us³ysza³a chrz±kniêcie. Przystanê³a i spojrza³a na stoj±cego przy biurku mê¿czyznê.
By³ ledwie kilka lat starszy od Aniel, mia³ kozi± bródkê, krótkie, br±zowe w³osy oraz ciemne oczy. U¶miecha³ siê, doskonale wiedz±c, dlaczego Gryfonka zapomnia³a o bo¿ym ¶wiecie, a spod czarnej szaty, niczym materia³y odblaskowe, wystawa³y czerwone trampki.
- Dzisiaj zajmujemy siê czê¶ci± teoretyczn±, panno Timby – powiedzia³, podchodz±c do dziewczyny. - Proszê do³±czyæ do tamtej grupy. Koledzy wyt³umacz±, na czym polega zadanie.
- Oczywi¶cie, profesorze – zawaha³a siê, po czym doda³a – a jak siê maj± wilczykony?
- Choruj±. Maj± jaki¶ rodzaj psiej gor±czki, dlatego zajmiemy siê nimi w przysz³ym tygodniu. Mam nadziejê, ¿e do tego czasu wyzdrowiej±.
Spojrza³ na ni± wyczekuj±c, a¿ do³±czy do dwójki ¦lizgonów i Gryfona, a gdy nie ruszy³a siê nawet o milimetr, ponagli³ j± gestem. Dopiero wtedy otrz±snê³a siê z kolejnego zamy¶lenia. By³a z³a. Nie po to odby³a tak trudn± bataliê z sam± sob±, ¿eby spêdziæ dwie godziny przy ksi±¿kach i nie mieæ kontaktu z ¿adnym nowym stworzeniem. W dodatku mia³a tego nie robiæ z trójk± najwiêkszych wyznawców nieposzanowania zwierz±t, jakich zna³a. Szczególnie dziwi³a siê takiemu podej¶ciu ze strony Apesa – wielkiego ch³opaka o ciemnej cerze, który mia³ twarz tak samo ma³pi±, jak imiê, a po szkole zamierza³ zatrudniæ siê w hodowli smoków. To by³o niepojête.
Gdy usiad³a przy za¶mieconym lupami oraz kasetkami pe³nymi badanych próbek stole, czu³a na sobie spojrzenia jej chwilowych kompanów. I nie tylko ich, w ka¿dej chwili niewidzialny, wypuszczany z ciekawskich ga³ek, promieñ trafia³ j± w g³owê, a z kilku k±tów sali dobiega³y st³umione szepty i chichoty.
- Co robimy? - zapyta³a, poprawiaj±c chustê. Mimo ¿e ca³a klasa wiedzia³a, ¿e Gryfonka zosta³a pozbawiona brwi, wola³a nie pokazywaæ tego bardziej, ni¿ musia³a. Chocia¿ zakrycie czo³a a¿ po powieki zwraca³o na ni± uwagê równie mocno, co ¶wiec±ca na skroni ³ysina.
- Mamy dopasowaæ sier¶æ do jakich¶ tam zwierz±t – odpowiedzia³a ¦lizgonka, po czym nachyli³a siê do Aniel i doda³a pó³szeptem – naprawdê wysadzi³a¶ ca³± salê eliksirów?
- Nie – odpowiedzia³a i westchnê³a. Przelecia³a wzrokiem po wszystkich zgromadzonych w poszukiwaniu wspieraj±cej twarzy Mary, ale dziewczyna siedzia³a odwrócona do niej plecami. Ani razu przez dwie godziny zajêæ, nie odwróci³a siê, nie spojrza³a porozumiewawczo i zapewne nie robi³a nic, poza pilnym notowaniem cech sier¶ci wilko³aka. Aniel za to czu³a, jak z ka¿d± chwil± wyrzuty sumienia przestaj± byæ jedynie pêkaj±c± pestk±, a zaczynaj± rosn±c do rozmiaru Wierzby Bij±cej. Jednocze¶nie usi³owa³a zmusiæ swoj± niezbyt zaanga¿owan± w pracê grupê do jak najszybszego zakoñczenia tej ¿a³osnej w ich wykonaniu lekcji. To jednak nie by³o ³atwym zadaniem, mo¿e nawet graniczy³o z niemo¿liwym, bo ca³a trójka by³a zajêta dyskusj± na temat meczu quidditcha miêdzy swoimi domami. Dopiero gdy dwie grupy odda³y sprawozdania i mog³y opu¶ciæ salê lekcyjn±, niewy¿yci fanatycy sportu przypomnieli sobie o zadaniu, a raczej o mo¿liwo¶ci szybszego opuszczenia tej „zapchlonej przez futrzaki kanciapy”. Gor±czkowo zabrali siê do pracy, chocia¿ dla Aniel, która wesz³a w rytm samodzielnego rozwi±zywania napotkanych problemów, by³o to znacznie bardziej irytuj±ce, ni¿ wspieraj±ce.
Rozczarowanie. Rozczarowanie pe³n± gêb±. Zamiast wilczykonów – k³êbki sier¶ci, zamiast dyskusji z profesorem – próba wyt³umaczenia Apsowi, ¿e wilko³ak to nie pies, a zamiast szybkich, bezbolesnych przeprosin – ci±gn±ca siê coraz d³u¿ej mêka z wyrzutami sumienia, wobec Mary, która nawet nie zaszczyci³a spojrzeniem swojej chwilowo by³ej przyjació³ki.
- Dobrze czarodzieje! Koniec pracy, oddajcie swoje notatki i pamiêtajcie, ¿eby na nastêpne zajêcia przygotowaæ siê na pracê z wilczykonami!
Grupa Aniel wsta³a, jakby od ich szybko¶ci zale¿a³o to, kto bêdzie siê t³umaczy³ nauczycielowi. By³o w tej my¶li trochê prawdy, bo jedyn± osob±, która zosta³a na pergaminowym polu bitwy by³a w³a¶nie Gryfonka, próbuj±ca w kilka sekund dokoñczyæ sprawozdanie.
- Skoñczy³ siê wam czas – us³ysza³a nad g³ow±, a w po¶piechu, zamiast ostatnich kilku s³ów nakre¶li³a na kartce szlaczek. Poda³a swoj± pracê profesorowi, a ten rzuci³ okiem na wypunktowane wnioski. - Tylko siedem próbek? Zd±¿yli¶cie zrobiæ ledwie po³owê zadania?
- Tak w³a¶ciwie, to ja zrobi³am tê po³owê zadania... resztê mo¿e pan przypisaæ do ich kont. - Nie mog³a siê powstrzymaæ przed wypowiedzeniem tych s³ów, chocia¿ powinna. A nauczyciel, chocia¿ w pe³ni j± rozumia³, musia³ na to zareagowaæ.
- To wasza wspólna praca. Powinni¶cie siê za ni± zabraæ razem...
- Tak wiem... - odpar³a, próbuj±c odgarn±æ w³osy z czo³a. Gdy to jej siê nie uda³o, poprawi³a materia³ na g³owie i zarzuci³a torbê na ramiê. - Przepraszam.
- Dobrze siê czujesz? - Profesor przekrêci³ g³owê i przygl±da³ siê swojej najlepszej uczennicy wzrokiem zaintrygowanego szczeniaka.
- Tak, dziêkujê, po prostu liczy³am dzisiaj na trochê inn± lekcjê.
- Ja równie¿ – odpowiedzia³, po czym westchn±³, a dziwna atmosfera ulecia³a z dziel±cego ich powietrza. - Mam nadziejê, ¿e za tydzieñ oboje bêdziemy zadowoleni. Nie wiem, czy koledzy ci przekazali, ale je¿eli komu¶ nie posz³o dzisiejsze zadanie – tutaj machn±³ pliczkiem prac z lekcji – zapraszam w poniedzia³ek rano. Bêdzie mi potrzebna pomoc z m³odymi wilczykonami, oczywi¶cie o ile wyzdrowiej±, a wy mo¿ecie podci±gn±æ sobie oceny.
Chwilê pó¼niej Aniel opu¶ci³a Schronisko nie mog±c zdecydowaæ siê, czy jest bardziej zawiedziona, czy zadowolona. Od dawna nie pomaga³a Bugsonowi w zajmowaniu siê zwierzêtami. W ostatnich miesi±cach pod opiekê mê¿czyzny trafia³y jedynie jednostki zbyt chore, jak na anga¿owanie w to uczniów, lub takie, które niemal natychmiast nale¿a³o przetransportowaæ do innej placówki. Tym razem na horyzoncie poza kolejnym nudnym tygodniem by³o widaæ jeszcze co¶ ciekawego, co nape³nia³o dziewczynê niezbyt du¿±, ale jednak niezerow±, dawk± ekscytacji. Mo¿e gdyby jedyna drêcz±c± j± rzecz± by³a tylko nieudana lekcja, Aniel z zapasem optymizmu uda³aby siê na numerologiê, jednak w jej umy¶le k³êbi³a siê jeszcze jedna my¶l. Niepojête przeczucie, wzbudzaj±ce uk³ad krwiono¶ny w niekorzystne dr¿enie. Nie mia³a pewno¶ci, sk±d ono pochodzi. Z wyrzutów sumienia wobec Marii, które drêczy³y j± jak nigdy? Z w¶ciek³o¶ci na Malcolma? Równie¿ wiêkszej ni¿ kiedykolwiek? Czy mo¿e strachu przed niecodzienn± dociekliwo¶ci± pani Mckensi? Albo ze wszystkich tych rzeczy naraz.
Jedna z nich uderzy³a j± ju¿ w po³owie drogi do zamku.
Wy³oni³a siê zza drzwi wej¶ciowych i wype³z³a na b³onia - sk±pane w zbyt jasnych, jak na tê porê roku, promieniach s³oñca.
Colt wraz z Tani± i dwójk± Puchonów skierowa³ siê w stronê jeziora. Na nieszczê¶cie Aniel, dziewczyna jej wroga by³a jedyn± Gryfonk± w zasiêgu wzroku, a co wa¿niejsze, opuszcza³a salê opieki nad magicznymi stworzeniami w tym samym czasie, co Mary. Walcz±c z si³± wzajemnego odci±gania, skierowa³a siê w stronê weso³ej ha³astry i zawo³a³a rudow³os± wspó³lokatorkê. Gdy ca³a czwórka spojrza³a w jej stronê, usi³owa³a ignorowaæ u¶miech Puchona i tr±canie siê ³okciami w wyra¼nym rozbawieniu.
- Widzia³a¶ Mary?
- Posz³a do biblioteki, mówi³a co¶ o pracy domowej z mugoloznawstwa – odpowiedzia³a Tania ze szczerym u¶miechem. Aniel równie szczerze jej podziêkowa³a i ma³o brakowa³o, a bez zbêdnego s³owa ruszy³aby w stronê zamku. Jednak kolejnego prowokuj±cego gestu Malcolma nie potrafi³a znie¶æ. Gdy ch³opak przy³o¿y³ dwa palce do brwi, a potem przeczesa³ je, puszczaj±c jednocze¶nie oczko do k³êbka lwiej w¶ciek³o¶ci, zatrzyma³a siê.
- Mogê ciê poprosiæ na s³owo?
- Skoro musisz – odpowiedzia³, wskazuj±c przyjacio³om, ¿eby na niego nie czekali. Pos³usznie odeszli w stronê jeziora, chocia¿ co jaki¶ czas zerkali, przestraszeni mo¿liwo¶ci± przegapienia rozrywki.
- Dlaczego to zrobi³e¶?
- S³ucham? - Puchon wyprostowa³ siê i zaczesa³ ciemny kosmyk za ucho. W jego zdziwieniu zabrak³o zwyk³ej dla takich sytuacji teatralno¶ci. - Co zrobi³em?
- Wysadzi³e¶ mój kocio³ek. Nikt inny nie za³o¿y³ sobie za cel pozbawienie mnie godno¶ci. Nie udawaj, ¿e to nie ty.
- Nie zamierzam, bo to najzwyczajniej w ¶wiecie nie by³em ja. - U¶miecha³ siê, a po chwili wykrzywi³ usta i cmokn±³. - Sama siê pozbawiasz godno¶ci. Nie umiesz przyznaæ siê do pora¿ki? Daj spokój! Ka¿demu mog³o siê zdarzyæ, a char³akom takie rzeczy wybacza siê o wiele ³atwiej...
- Nie mydl mi oczu. Dobrze wiesz, ¿e nie pope³niam takich b³êdów...
- Spójrz lepiej w lustro...
- Nie wysadzam kocio³ków, nie mieszam sk³adników. Przyznaj, jaki¶ starczy uczeñ opowiedzia³ ci historiê Teddy'ego i postanowi³e¶ to powtórzyæ, co?
- Kogo? - Ch³opak pokrêci³ g³ow±.
- Nie udawaj, ¿e nie wiesz o czym mówiê. Ale wiedz co innego – wycelowa³a palcem w jego pier¶ – ¿e kiedy¶ ci odp³acê.
- Jeste¶ urocza jak siê pieklisz – w tym momencie twarz dziewczyny rzeczywi¶cie przybra³a koloru demonicznej czerwieni, a Colt nachyli³ siê w jej stronê – tylko pozwól mi wyja¶niæ jedn± rzecz. Nie zbli¿y³em siê na krok do twojego kocio³ka. Chêtnie przypisa³bym sobie tê zas³ugê, ale nie jestem tak zdesperowany, ¿eby szczyciæ siê czyimi¶ czynami. Je¿eli kto¶ rzeczywi¶cie wysadzi³ ten kocio³ek za ciebie, u¶ci¶nij mu ode mnie d³oñ. - Poklepa³ dziewczynê po ramieniu, a gdy ta odepchnê³a jego rêkê, u¶miechn±³ siê jeszcze szerzej. - Teraz lepiej pomó¿ swojej kole¿ance w mugoloznawstwie. To chyba jedyna dziedzina, w której co¶ potrafisz.
- Potrafiê o wiele wiêcej od ciebie – krzyknê³a w stronê pleców oddalaj±cego siê Puchona – i to w prawie ka¿dej dziedzinie!
- Tak? Mo¿e chcesz siê zmierzyæ? - Zatrzyma³ siê i za³o¿y³ rêce na piersi, a kilku zaaferowanych uczniów zbli¿y³o siê do ¼ród³a ha³asu. - Podaj tylko datê i godzinê.
Bardzo ciekawy rozdzia³, chocia¿ trochê mnie jednak dziwi, ¿e dziewczyna a¿ tak mocno nie przejê³a siê swoimi brwiami. W ogóle mam wra¿enie jakby ona nie przejmowa³a siê niczym wa¿nym, a jedynie - za przeproszeniem - pierdo³ami. Jak np. obra¼liwym gestem Puchona. I w ogóle mo¿e za du¿o tego typu ksi±¿ek, ale czy czasem nie powstanie p³omienny romans miêdzy Aniel a Coltem? ;D "Jeste¶ urocza jak siê pieklisz", wróg na ¶mieræ i ¿ycie by raczej tak nie powiedzia³. Prawdziwy wróg by³by, przynajmniej dla mnie, jak Draco Malfoy dla Hermiony, który przecie¿ traktowa³ j± jak szlamê, osobê drugiej kategorii i absolutnie nie zauwa¿a³ ¿adnych ich zalet. Colt niby wyzywa Aniel od char³aczek, które umiej± tylko mugolznastwo, ale jednak potrafi przyznaæ, ¿e jest urocza. Nawet je¶li robi to z przek±sem.
Bardzo zainteresowa³ mnie sze¶cian pielêgniarki. Lubiê takie smaczki. Jestem ciekawa jak on dzia³a i czy rzeczywi¶cie mo¿na z niego wyczytaæ, czy kto¶ umiera. Natomiast mi osobi¶cie zupe³nie nie podoba siê przebudowa Hogwartu poprzez dodawanie do niego jakiego¶ Schroniska. Moim zdaniem trochê zamek traci na warto¶ci, poniewa¿ Hagrid owszem, opiekowa³ siê zwierzêtami, ale trzymaj±c je w przydomowym ogródku, a nie buduj±c du¿y kompleks na dwa budynki. Tym bardziej, ¿e szko³a to nie schronisko ani obiekt weterynaryjny dla magicznych stworzeñ - ile tak naprawdê chorych zwierzaków móg³by spotkaæ ten nauczyciel w Zakazanym Lesie? I jak czêsto?
Bardzo polubi³am t± kole¿ankê Aniel, Mary
Podsumowuj±c - masz fajn± historiê, denerwuj±c± g³ówn± bohaterkê i naprawdê interesuj±ce postacie drugoplanowe i epizodyczne. Jest te¿ w tej historii nutka tajemniczo¶ci, a to chyba lubiê najbardziej!