Kontynuacja przygód córki Remusa i Nimfadory Lupin
TO nią do reszty zawładnęło. Sonea przestała całkowicie nad sobą panować. Z nocy przemiany pamiętała niewiele. Dziewczyna obudziła się wraz ze wschodzącym słońcem. Jego promienie przyjemnie tuliły nagie ciało Puchonki. Zorientowała się, że straciła swoją piżamę. Wstała zbyt gwałtownie, więc zakręciło jej się w głowie. Ponownie upadła na drzewo, drapiąc plecy o brudną korę. Zasyczała z bólu. W jej nozdrza wdarł się zapach mchu i grzybów. Była w lesie. To już jakiś postęp. Jednak czy to nadal Zakazany Las? Co do tego miała wątpliwości. Gdyby tylko miała różdżkę...
- Co zrobić? Co zrobić? - powtarzała bezustannie.
Nic nie przychodziło Sonei do głowy. Podniosła się ponownie, tym razem wolniej. Usłyszała cichy szelest. Pomimo nagości przyjęła pozycję bojową, wyciągając prawą rękę przed siebie.
- Nie mam różdżki - Sonea upomniała siebie i natychmiast schowała się za drzewo.
Cichy warkot doszedł jej uszu. Dziewczyna wzdrygnęła się i wyjrzała zza pnia, zachowując ostrożność.
- Kieł! - wykrzyknęła radośnie.
Przed jej oczami stał czarny pies Hagrida. Na jej widok nagle złagodniał, a jego postawiony ogon poruszał się raz w lewo, raz w prawo. Zaraz za nim pojawiła się ogromna postać.
- Cholibka, żeś mnie wystrachała - potężny baryton pół - olbrzyma zagłuszył dźwięki lasu.
- Przepraszam, nie miałam tego na celu - zgarbiła się, zaplatając ramiona na piersi.
- A co ty tu świecisz tyłkiem? - zdjął swój podniszczony płaszcz i zarzucił na ramiona Sonei. - Niech skonam, pewno nieźle zmarzłaś, co?
Dziewczyna opatuliła się szczelnie ubraniem. Było o kilkadziesiąt rozmiarów za duże, ale lepsze to niż nic.
- No więc... skąd się tu wzięłaś? - Hagrid zagwizdał na psa i ruszył do przodu.
Stawiał tak ogromne kroki, że Sonea musiała niemal biec. Przeskakiwała przez kłody, ciężko dysząc. Nie miała zamiaru odpowiedzieć na pytanie gajowego, dlatego skupiła się na dotrzymaniu mu kroku.
- Gdzie jesteśmy? - Puchonka zadała pytanie nurtujące ją odkąd się obudziła.
- Jak to gdzie? W Zakazanym Lesie - odparł zdziwionym tonem.
Dziewczyna tylko pokiwała głową, na znak, że przyjęła to do wiadomości.
W milczeniu dotarli do znajomych Sonei drzew. Teraz wiedziała, że kierują się w stronę chatki Hagrida. Słońce było dość wysoko, a z zachodu wiał lekki wietrzyk. Gdy wyszli z labiryntu drzew, na twarzy dziewczyny pojawiło się przerażenie. Strzępy jej pomarańczowej piżamy leżały wśród zielonych źdźbeł trawy. Ale gdzie jest różdżka? Dziewczyna za wszelką cenę próbowała przypomnieć sobie wydarzenia minionej nocy. Widziała je jak przez mgłę, ale dokładnie pamiętała ból, jaki spowodowała przemiana.
- Chodź no, ogrzejesz się letko - Hagrid otworzył drzwi potężną dłonią i zaprosił Soneę.
- Dziękuję, ale chyba powinnam wrócić do Hogwartu. Mój brat pewnie się martwi i... - urwała, gdy zobaczyła wystrój przytulnego domku gajowego.
Było w nim tak ciepło i miło. Ktoś inny nazwałby Hagrida bałaganiarzem i niechlujem, ale nie ona. Puchonka lubiła kiedy pomieszczenie odzwierciedlało charakter osoby, a nie było tylko miejscem do ogrzania się i wyspania.
- Mam zupe dyniową - odparł, z nadzieją, że to ją przekona.
I przekonało. Po 10 minutach dziewczyna siedziała i zalewała swój żołądek pyszną zupą. Jej zapach pieścił jej nozdrza, a smak język.
- No więc... powiesz co robiłaś w Lesie? - pytanie pół-olbrzyma sprawiło, że Sonea zachłysnęła się zupą.
Po kilku odkaszlnięciach, znowu powrócił jej miarowy oddech.
- Sama chciałabym wiedzieć - odłożyła pustą miskę.
- To ty nie wiesz? A... znaczy się, nie pamiętasz? Dobrze... dobrze... - odpowiedział zamyślony. - To by wyjaśniało twoją goliznę. Toż przecież świadomie byś się w lesie nie rozbierała. Sonea zachichotała.
- Ma pan rację. Świadomie bym tego nie zrobiłam - zapadło milczenie. - Dziękuję za wszystko.
Powiedziała i podniosła się z chwiejnego, drewnianego krzesełka. Zanim Hagrid cokolwiek odpowiedział, dziewczyna już była za drzwiami.
***
Puchonka weszła szybkim krokiem przez ogromne drzwi szkoły. Starała się nie zwracać na siebie uwagi i zgrabnie omijać pozostałych uczniów. Wzrok miała wbity w swoje nagie stopy, które stąpały po wiekowych płytkach. Wszyscy gapili się na nią, jak na jakieś straszydło. Nic w tym dziwnego w końcu posklejane błotem włosy, twarz kominiarza i nagie stopy odstraszyłyby nawet najbardziej natarczywego amanta.
- Sonea - za jej plecami rozszedł się głos Jimina.
Dziewczyna przeszła do biegu, jednak chłopak ją dogonił i chwycił za rękę.
- Dlaczego biegniesz? - na jego twarzy malowało się zmartwienie. - Co ty masz na sobie? Gdzie twoja szata?
- Za dużo pytań, Jim - odparła stanowczo i poprawiła długi płaszcz Hagrida.
Zapomniała mu go oddać, cholera. Odwróciła się na pięcie i znów ruszyła przed siebie. Kątem oka zauważyła czarną czuprynę przyjaciela, który wytrwale dotrzymywał jej kroku. Zaraz przed wejściem do dormitorium Huffelpuffu ponownie ją zatrzymał. Jimin wziął twarz dziewczyny w dłonie i przybliżył ją do swojej.
Ma takie miękkie dłonie, pomyślała.
- W tej chwili masz mi powiedzieć, co jest grane, ro - zu - miesz? - ostatni wyraz przesylabował dla podkreślenia powagi swojej wypowiedzi.
Ona pokręciła tylko głową i próbowała wydostać się z uścisku.
- Mała... - powiedział teraz bardziej łagodniej - chodzi o Marka?
Puchonka z użyciem ogromnej siły wyrwała się z rąk Jimina. Poczuła nagły przypływ gniewu, którego nie była w stanie opanować. Czy to ta bestia? Jej oddech przyspieszył, a na czole pojawiły się krople potu. Wątpliwa była przemiana bez pełni księżyca, tak jej zawsze mówili. Jednak... na Merlina! Za wszelką cenę starała się okiełznać wilka, siedzącego w niej.
- Daj mi spokój - warknęła. - Opuszczam szkołę.
Oczy chłopaka wypełniły się łzami, a jego dotychczas wyprostowane ramiona, zgrabiły się pod siłą ciosu.
- A-ale... jak to? - zająkał. - Nie możesz mi tego zrobić. Nie teraz kiedy... kiedy wszystko się układało.
- Co się układało? - rudowłosa zatrzymała się przy stoliku w dormitorium Puchonów. Patrzyła na niego zdziwionym wzrokiem.
- Między nami - Jimin patrzył w puszysty brązowy dywan. Nie miał odwagi spojrzeć na swoją przyjaciółkę.
Czyli liczył na coś więcej niż przyjaźń? Zakłopotanie malowało się na twarzy Sonei. Puchon podniósł wreszcie wzrok i podszedł bliżej do dziewczyny.
- Nie zrozum mnie źle. Ja tylko... no wiesz... - przełknął głośno ślinę i zaczął wystrzeliwać słowa jak z AK47 - Jak byłaś z Markiem oddaliłaś się ode mnie. Traktowałaś mnie jak powietrze, to strasznie bolało. Znaliśmy się od malucha i nie mogłem sobie wyobrazić życia bez Ciebie. Po waszym zerwaniu wszystko zaczęło wracać do normy, a teraz znowu się wali, Son...
Sonea stała jak wyryta po tym potoku słów. Widać było, że intensywnie myśli, bo na jej czole pojawiły się trzy zmarszczki. Do pokoju wspólnego Puchonów weszli właśnie Matylda Smith i Sam Abbott. Ich uszu dobiegł ich chichot.
- Zaczekaj - rzuciła i odwróciła się w stronę kominka. - Nie możemy tu rozmawiać.
Gdy przechodziła przez okrągłe, drewniane drzwi dormitorium dziewcząt, usłyszała za sobą pytający głos Jimina.
- Gdzie ty...?
Na jej szczęście sypialnia była pusta. Sonea zrzuciła siebie płaszcz Hagrida, zapisując w pamięci aby mu go oddać i sięgnęła po swoją szatę. Postanowiła skorzystać z okazji bycia samą i zaczęła się energicznie pakować.
-Hej, maluchu - wyjęła z klatki swoją świnkę morską. - Spływamy stąd.
Pocałowała Victora w błyszczące futerko i włożyła go z powrotem do jego królestwa z trocin. Schowała spakowany kufer pod łóżko. Pod poduszką znalazła swoją różdżkę. Angielski dąb, 10 cali, niezawodna.
***
- Długo Cię nie było - Jimin podniósł się z fotela.
- Nie wiedziałam w co się ubrać - rzuciła i ruszyła w stronę wyjścia z pokoju wspólnego Huffelpuffu.
Przyjaciel bez słowa szedł za nią po schodach, które prowadziły na Wieżę Astronomiczną. To było ich ulubione miejsce spotkań. Sonea kochała oglądać zachód słońca z wieży. Podeszła do barierki, przez którą się wychyliła. Właśnie podziwiała naturę wiosny, kiedy Jimin stanął obok i położył dłoń na jej bladą rękę.
- Chochliki doniosły mi, że wczoraj w nocy zniknęłaś.
Hm, całkiem zgrabne ff
Jestem ciekawa, jak rozwiążesz mały futerkowy problem Sonei