Czas na wycieczkę na Pokątną!
Rozdział 3
W szybach odbijał się blask słońca, które ogrzewało twarze przechodniów, a samochody jeździły po rozgrzanym asfalcie. Charing Cross Road w południe było przepełnione ludźmi. Przepychali się oni między sobą, nie zwracając uwagi na nic, co nie jest czubkiem własnych nosów. Wyjątkiem zdawały się być dwie postacie – jedna wyższa, druga niższa, a obie wyglądały bardzo podobnie – stały pod drzwiami pubu, które znajdywały się między księgarnią i sklepem z płytami winylowymi.
– Na co my właściwie czekamy? – zapytała w końcu Megan, gdy po raz któryś została potrącona czyimś bagażem. – Stoimy tu już dobre dziesięć minut.
– Na kogo – poprawiła ją kobieta i nie odezwała się już ani słowem przez najbliższe kilkanaście minut, mimo że córka prosiła ją natarczywie o zdradzenie tej jednej informacji.
Powód, dla którego musiały tak długo czekać, stał się jasny, gdy zegar, wiszący na ścianie w księgarni, wybił godzinę drugą popołudniu, a plecy Megan zaczęły ją boleć niemiłosiernie. Jej mama szturchnęła ją lekko i wskazała głową w kierunku nurtu ludzi, z którego wyłoniła się kobieta, trzymająca za ręce dzieci. Podeszła bliżej, uśmiechając się delikatnie.
– Puść mnie – mruknęło jednocześnie rodzeństwo i wyrwało się z uścisku matki. Było to rodzeństwo bliźniacze – chłopiec i dziewczynka. Byli trochę wyżsi od Megan, mieli niebieskie oczy i brązowe włosy do ramion. Różnica w ich wyglądzie polegała tylko na tym, że chłopiec miał odstające uszy i bardziej zadarty nos. Ich matka była ubrana bardzo podobnie do córki: miała granatową sukienkę, a we włosy wpięty dziwaczny kwiatek.
– Emma! Jak miło cię spotkać, ostatnio widziałyśmy się wieki temu! – Kobieta spojrzała na Megan, która cofnęła się trochę. – Pewno mnie nie pamiętasz, ostatnio widziałyśmy się, kiedy miałaś parę lat.
I wtedy Megan coś olśniło. Pamiętała ją, a dokładnie to pamiętała jej zdjęcie. Stoi na kominku w salonie, a młoda dziewczyna, trzymająca Megan na rękach bardzo przypominała tą kobietę. – Nazywam się Megan Moon, kochanie. Z Emmą znamy się od urodzenia! – Poklepała ją delikatnie po policzku i zwróciła się do jej mamy. – To co, idziemy?
Mama spojrzała z przerażeniem na drewniane drzwi, przed którymi cały czas stały, a następnie na panią Moon. Chwyciły się za ręce i przeszły przez drzwi pubu.
– Dlaczego moja mama tak dziwnie się zachowuje? – zapytała samą siebie po cichu, nie oczekując odpowiedzi, ale ją uzyskała.
– Bo jest mugolem. Mugole nie widzą Dziurawego Kotła tylko ścianę. Ale trzeba do niego wejść jeśli chcesz się dostać na Ulicę Pokątną. Ty jesteś Megan, prawda? Ja nazywam się Rosalie, ale mów mi po nazwisku. Nie cierpię swojego imienia, jest za długie, po co marnować czas na jego wymowę, jak można krócej? Moon.
Chłopak otworzył przed nimi drzwi i w trójkę przeszli przez futrynę do środka.
– Jestem Adam, krótko, bo Adam, a więc mów mi Adam…
W środku było dość ciemno i obskurnie. Mama i pani Moon stały przy barze i rozmawiając o czymś po cichu. Przy stoliku w kącie siedziała dwójka rozwrzeszczanych dzieci z rodzicami i zajadała się czymś, co przypominało kisiel.
– Ale Rosalie to wcale nie jest długie imię… – zaczęła Megan, ale Adam natychmiast jej natychmiast przerwał i odpowiedział chichocząc.
- Bo naprawdę to nie o to chodzi. – Spojrzał na siostrę, która stała już przy ich matkach. – Rosa się go wstydzi. Tak nazywa się ulubiona piosenkarka mamy, a ona dostała po niej imię. Słyszałaś kiedyś o Rosalie Yellow? Nie, pewno nie – Roześmiał się, szczerząc zęby. – Ma głos przypominający rechotanie żaby.
Megan zaskoczyła otwartość chłopca. Widzieli się pierwszy raz, a jemu nie sprawiało najmniejszej trudności rozmawianie z nią czy żartowanie, a w jego głosie wyczuwało się pewność. Dołączyli do pozostałych, a pani Moon poprowadziła ich na małe, zamknięte podwórko. Wyciągnęła różdżkę.
– Zapamiętajcie – rzekła. – Trzy do góry i dwie w bok.
Zaczęła liczyć od cegły nad śmietnikiem i zastukała na końcu w odpowiednią. Ów drgnęła i przemieściła się, robiąc małą dziurkę, która zaczęła się powiększać. Cegły przemieszczały się i chwilę potem stali pod ceglanym sklepieniem.
- A o to – powiedziała pani Moon – ulica Pokątna.
Przeszli przez przejście, a gdy Megan odwróciła się, by jeszcze raz na nie spojrzeć, nie zauważyła go. Jej mama i pani Moon szły przodem i rozmawiały o tym, gdzie pójść. Najpierw ustaliły, że potrzebują pieniędzy z banku Gringotta. Adam na chwilę zniknął jej z oczu, ale pojawił się po chwili, a w rękach trzymał trzy małe pudełka. Moon wykorzystała jego chwilową nieobecność, by lepiej poznać Megan.
– Zawsze lubiłam to miejsce – powiedziała niefrasobliwym tonem i wskazała na białego kota, który przebiegł im pod nogami. – Najbardziej lubię księgarnię Esy i Floresy, jest wspaniała! Zobaczysz… Lubisz czytać?
-Tak, ale tylko książki przygodowe – odpowiedziała, choć bardziej ją interesowało to, co działo się wokół. Przeszli właśnie obok stoiska z kociołkami, a jakaś stara kobieta za nimi prosiła dzieci, żeby nie karmili więcej sowy Bombonierką Lesera. Wszędzie było pełno sklepików i straganów; stały naprzeciwko siebie, a ludzie przepychali się, by zrobić zakupy. Podejrzanie wyglądający mężczyzna niósł w koszyku coś, co wyglądało jak płatki kwiatów, ale były obtoczone śluzem. Może to dziwne, ale Megan uznała, że to najcudowniejsze miejsce jakie kiedykolwiek widziała w swoim krótkim życiu. – Nie lubię innych, są nudne.
Moon zamyśliła się i powiedziała: – Ja czytam wszystko, co mi tylko wpadnie w ręce. Od ksiąg po książeczki, gazety i ulotki… Ale wszystko czytam tylko raz. Nie lubię powracać do tego, co czytałam, chyba że muszę, bo inaczej to nudne. O, znowu jesteś… Co tam masz? Ty myślisz wiecznie tylko o jedzeniu… Ale daj mi jedną.
Adam rozdał dziewczynom po jednym pudełku, a Megan przyjrzała się mu uważnie. Było wielkości dłoni, a w środku jakby się coś poruszało. Nie była pewna, co powinna zrobić, więc zerknęła na Adama i Moon. On gryzł już coś w buzi, a ona dopiero ostrożnie uchylała wieczko pudelka.
– Dz-dzięki – burknęła. – Co to jest?
– Czeolaowe aby – powiedział Adam, przełknął czekoladę i odezwał się ponownie. – Możesz oddać mi kartę od niej. Zbieram… Ale uważaj…! Jednak nie zdążył odpowiedzieć, na co. Otworzyła pudełeczko, a brązowa figurka wyskoczyła z niego i nim Megan zdążyła cokolwiek, zrobić żaba uciekła jej. – … one lubią uciekać – rodzeństwo zaśmiało się, a Megan schowała pudełko do kieszeni. Miała tylko nadzieję, że nie oblała się rumieńcem.
W piątkę doszli do budynku tak białego, że aż raziło ich po oczach. Wyrastał ponad wszystkie inne sklepy na Pokątnej. Wydawał się potężny, ale jeśli przyjrzało się mu bliżej, było wyraźnie widać, że wiele przeszedł. Weszli do środka. Znaleźli się w marmurowej sali pełnej…
– Pani Moon? – zapytała po cichu Megan. – Czym one są?
- To są gobliny. Z nimi trzeba ostrożnie.
Było ich pełno, siedziały za kontuarami i przeliczały monety usypane przed nimi w stosach, używały najróżniejszych wag, miar i lup. Podeszli do tego, który akurat był wolny. Mama i pani Moon wyciągnęły złote kluczyki.
- Chcieliśmy wziąć pieniądze ze skrytek.
Goblin przyjrzał się kluczykom uważnie, mruknął coś sam do siebie, a następnie pokiwał głową i zawołał jakiegoś innego goblina.
– Prawdziwe… Garbatek zaraz zaprowadzi panie… – Adam odchrząknął wyraźnie urażony – i pana do obu skrypt.
Garbatek bardzo przypominał z wyglądu tego goblina, który ich obsługiwał. Nie był zbyt wysoki, miał chytry wyraz twarzy oraz długie palce. Przeszli za nim przez kolejne drzwi i znaleźli się w długiej grocie oświetlonej pochodniami, bardzo niepodobnej do sali, z której przed chwilą wyszli. Garbatek gwizdnął i już po chwili stał przy nich wózek. Wsiedli do niego – mina Moon nie wyrażała zadowolenia – i ruszyli z zawrotną prędkością wzdłuż torów.
Ilość zakrętów przez jakie przejechali nie szło w żaden sposób policzyć. Raz skręcali w prawo, raz w lewo, czasami podjeżdżali trochę w górę, a innym jechali w dół. Megan zrobiło się trochę zimno, ale nie przeszkadzało jej to. Była to stanowczo najlepsza przejażdżka w jej życiu, nie sądziła też, by mogła przeżyć takie emocje na jakiejkolwiek innej mugolskiej kolejce górskiej. W końcu wózek zatrzymał się, a Megan z mamą wysiadły. Stanęli przed małymi drzwiczkami, a Garbatek otworzył je. W środku było pełno złotych i srebrnych monet. Mama i Megan zapakowały je do sakiewki, wsiadły z powrotem do wózka i ruszyli dalej.
Skrytka Moonów była trochę mniej pełna i bardziej srebrna w środku niż złota, ale mimo wszystko było tam dość sporo pieniędzy. Po wyjściu z ciemnych tuneli w banku Gringotta oczy aż ich zabolały od światła słonecznego. Teraz z sakiewkami przepełnionymi monetami mogli ruszyć na zakupy.
- Rosalie, zdaje się, że bardzo chciałaś iść do księgarni? Pokażesz wszystko Meggy i kupicie sobie książki. – Na twarzy Megan pojawił się grymas, nie znosiła zdrobnień. – A ja w tym czasie z Emmą pójdziemy do apteki, pokażę jej moje zbiory – powiedziała dumnie pani Moon – oraz po kociołek i te inne głupoty… Nigdy nie lubiłam eliksirów, a przynajmniej nie z Snapem… spotkajmy się za godzinę pod sklepem madame Malkin, kupimy wam szaty, a potem pójdziemy do Olivandera po różdżki.
Megan słuchała bardzo uważnie, ale gdy pani Moon skończyła mówić i tak nic z niego nie rozumiała, jednak po uśmiechu na twarzy Moon stwierdziła, że wszystko idzie pomyślnie. Chciała się jeszcze spytać mamy o to, czy da jej pieniądze na kupno podręczników, lecz kobieta – chyba, czytając w myślach – wepchnęła w jej dłoń sakiewkę, a Megan została już pociągnięta przez bliźnięta.
– Często jesteście na Pokątnej? Chodzicie po niej, jakbyście znali to miejsce na pamięć.
Adam nachylił się, by jakiś bardzo wysoki mężczyzna nie uderzył go nowym kociołkiem pełnym kolorowych cukierków o niecodziennych kształtach.
– Prawie codziennie. Rodzice są właścicielami apteki i mama tutaj pracuje, ale tata ma fuchę w ministerstwie.
Profesor Longbottom co prawda opowiedział jej trochę o świecie czarodziejów, ale z wielką chciwością chciała dowiedzieć się o nim jeszcze więcej, chciała zadać im jak najwięcej pytań. Przeszli niedaleko grupki dzieciaków w szpiczastych kapeluszach, które śpiewały jakąś piosenkę w innym języku i ukazał im się sklep z wiszącą w oknach reklamą.
– Esy i Floresy – przeczytała Moon. – Tylko u nas najnowsza książka Rity Skeeter Ministerstwo – czy na pewno wyprane z korupcji? Och, proszę! Nawet nie użyłabym tego, jako rozpałki w kominku!
– Co robi wasz tata w ministerstwie? – zapytała Megan, nie zwróciwszy uwagi na Moon.
– Jest szefem Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Jak będę dorosły, mógłbym pracować tak jak on! Co chwila ma kontakt z jakimiś magicznymi stworzeniami i jak może, to zabiera mnie i Rosę, żeby pokazać nam fajne okazy…
Moon wywróciła oczami i otworzyła drzwi księgarni. Megan rozejrzawszy się stwierdziła, że nie różniła by się niczym od mugolskiej, gdyby nie dziwne tytuły na półkach. Quidditch Przez Wieki albo 25 Sposobów Na Wyczarowanie Ładnej Fryzury raczej trudno było znaleźć mugolskim sklepie.
- Adamie, szef departamentu nie może sobie pozwalać na zabawę! Tata ciężko pracuje, a wielu ludzi na niego liczy. Jednak uważam, że naprawdę ma dobrą pracę. Wyobrażasz sobie Megan, że mimo jego ogromnej wiedzy o magicznych stworzeniach to często i tak dowiaduje się nowych rzeczy?
Podszedł do nich czarodziej w fioletowej szacie i szpiczastym kapeluszu. Miał szczecinowate brązowe włosy, a przy prawym uchu skórę rozcinało parę szram, mimo to wyglądał na miłego.
- W czym mogę służyć? – zapytał swoim lekko skrzeczącym, ale miłym głosem. – Studenci z Hogwartu? Szukacie podręczników na kolejny rok?
– Tak – odpowiedziała prędko Moon, a czarodziej zwróciwszy na nią uwagę dopiero teraz uśmiechnął się, tak jakby dobrze ją znał. – Pierwszy rok. Trzy komplety.
Gdy wychodzili, sakiewka Megan była biedniejsza o galeony, natomiast głowa pełniejsza o wiedzę na temat stu najlepiej – zdaniem Moon – piszących pisarzy oraz książek przez nich wydanych… no i oczywiście teraz miała torbę pełną podręczników do szkoły, które swoimi tytułami kusiły, by do nich zajrzeć.
– Mamy jeszcze pół godziny! Pokażmy Megan Magiczne Dowcipy Weasleyów! – zawołał Adam.
Na samą myśl Moon wzdrygnęła się i spojrzała współczująco na brata – Adam, ty zaprowadź tam Megan… Ja tam nie lubię… yy chodzić. Natalia miała tu dziś być, poszukam jej… Idźcie sami. A następnie uśmiechnęła się i odeszła.
Adam chwycił Megan za ramię i razem ruszyli w kierunku, z którego dochodziły głośne hałasy, a im bliżej, tym robiło się głośniej i ludzi było więcej. W końcu udało im się przedostać do najbardziej kolorowego budynku na ulicy, a musieli pokonać takie przeszkody jak: pies z dwoma ogonami, który wściekle atakował przechodniów, gruba i niska pani ubrana w różową sukienkę i powalająca na ziemię każdego, kto się zbliżył oraz cherlawy mężczyzna wymachujący kijem i obrażając przechodniów („Niewychowana młodzież! Za moich czasów to wyglądało inaczej!”).
– Kto to Natalia?
– Przyjaciółka Moon, znają się od urodzenia, ale według mnie to straszna małpa – odpowiedział i przeszli przez drzwi sklepu.
Megan poczuła jak do jej nosa pchają się tysiące zapachów naraz. Co chwila coś przelatywało jej nad głową lub przechodziło pod nogami. Wszędzie słychać było pykania, pukania, stukania, szelesty, wybuchy, kwiki, prychnięcia i jeszcze wszystkie dźwięki, które trudno było zaliczyć do mugolskich.
– Chodź, pokażę ci Bombonierki Lesera! Są genialne, a w Hogwarcie mogą być pomocne! – zawołał Adam i ponownie rozpoczęli wędrówkę przez tłum znacznie od nich wyższych ludzi.
– A ty masz przyjaciela? – Przed oczami Megan pojawił się obraz mamy z surową miną i karcącą ją za nietaktowne pytania.
– Wystarczy mi Moon. Jak się rozgada, to mam wrażenie, że mam dziesięć sióstr, a nie jedną – mruknął trochę zawstydzony. – A poza tym. Już niedługo idziemy do Hogwartu! Marzę o nim, odkąd tata nam po raz pierwszy opowiedział o szkole!
Przeszli pod wysokim na parę stóp łukiem zrobionym wyłącznie z słodyczy – które nie zachęcały wyglądem do skosztowania. Teraz wszystko się już wyjaśniło. Dlatego Moon i Adamowi tak łatwo przyszła rozmowa z nią. Bo oprócz siebie przez całe dzieciństwo nie mieli żadnego przyjaciela, więc go szukali. Ale dlaczego kręcąc się po Ulicy Pokątnej nie mogli nawiązać kontaktu z jakimś dzieckiem? – tego pytania Megan już nie zadała.
– Adam? – Nie było go. – Adam?
No nie, tego brakowało, żeby go zgubić wśród tłumu ludzi. Zaczęła rozglądać się nerwowo, ale nigdzie nie mogła go zauważyć, gdy nagle poczuła jak coś uderza ją w plecy. To był chłopiec, ale nie Adam.
– O przeprasz… – roześmiał się, gdy się do niego odwróciła. Megan zrobiła obrażoną minę i miała ochotę go zbesztać, ale jednocześnie i zapytać, co go tak bardzo w niej śmieszy. Jednak nim zdążyła otworzyć usta, w jej głowie pojawiła się jakaś myśl… nie ochota! Potrzeba, niczym nie uzasadniona, roześmiania się. – T-to per-rfum roz-z-zśmieszający – wybełkotał chłopiec pomiędzy napadami śmiechu. – Sor-rk-ki.
Chciała odpowiedzieć, że nic się nie stało, ale nie mogła się przemóc by powiedzieć coś sensownego, zaprzestając śmiechu.
– Za ch-chwilę efekt p-przejdzie.
– James! James! – chłopak drgnął i odwrócił głowę. Wołała go jakaś kobieta, a Megan pomyślała, że jest ona piękna. Długie, rude włosy opadały jej na ramiona i uśmiechała się promiennie, wołając go z daleka.
– Muszę… iść – wymamrotał.
– A ja Meg-gan. - Poczuła, że ochota na śmiech już jej przechodzi, wzięła głęboki wdech i rozmasował sobie bolący brzuch.
– Do zobaczenia w Hogwarcie, Meg-gan! – zawołał James i ruszył w kierunku matki.
Patrzyła się jeszcze chwilę w to miejsce, po czym ocknęła się i ponownie zaczęła szukać Adama. Był przy półce pełnej plastikowych zabawek, które kształtem przypominały mugolskie, z gry Mały czarodzej. Gdy Megan wygarnęła mu, że zostawił ją samą, powiedział jedynie, że myślał, że idzie za nim.
Pokazał jej jeszcze parę rzeczy, a następnie wyszli i skierowali się do sklepu Madame Malkin. Gdy tam doszli, mama, pani Moon i Moon już czekały. W środku było bardzo ładnie. Pełno manekinów stało pod ścianami ubrane w najróżniejsze szaty i sukienki. Megan najbardziej spodobał się ten, na który włożona była granatowa sukienka z pofałdowanego materiału, a brokat i cekiny zdawały się lewitować przy niej, zamiast być przyczepione.
Megan, Moon i Adam stanęli na stołkach, a magiczne miary za pstryknięciem palców zaczęły ich mierzyć. Niecałą godzinę później każde z nich trzymało już torbę z podstawowym mundurkiem szkolnym i kierowali się do sklepu z różdżkami.
– Różdżki są wspaniałe! – powiedziała Moon, a jej głosie słychać było ekscytację. – Wiem o nich wszystko! Znaczenia rdzeni i drzew… Olivanderowie używają tylko piór feniksów, włókien z smoczych serc oraz włosów z ogonów jednorożców! Och, jestem bardzo ciekawa jaką będę mieć…
Moon mówiła prawie bez przerwy przez całą drogę i w dodatku bardzo szybko, raz tylko Adamowi udało się przerwać jej wywód i kazać siedzieć cicho, ale ta tylko go zignorowała. Feniksy, smoki i jednorożce… Megan najprawdopodobniej poparłaby Adama, gdyby nie to, że wszystko o czym mówiła Moon było dla niej obce, a ona wciąż nie zaspokoiła się tym, co już wiedziała.
W piątkę weszli do średniej wielkości sklepu, w jednym z kątów stało drewniane krzesło, a w rzędach piętrzyły się regały z wąskimi i długimi pudełkami. Przy jednym z nich stał bardzo stary, przygarbiony czarodziej z burzą siwych włosów, ale tym, co go wyróżniało, były wielkie srebrzyste oczy. Megan poczuła się bardzo nieswojo, gdy staruszek lustrował ją wzrokiem, ale jednocześnie czuła podekscytowanie na samą myśl: będzie miała najprawdziwszą różdżkę!
– Nic tu się nie zmieniło – Uśmiechnęła się pani Moon i podeszła do staruszka. – Dzień dobry, panie Olivanderze. Moje dzieci, Adam i Rosalie.
– Dzień dobry, Megan. Dawno cię nie widziałem na Pokątnej – powiedział pan Olivander, a ton jakim to mówił sugerował, że musiał znać już wcześniej panią Moon.
– Wakacje – odpowiedziała krótko pani Moon i położyła dłonie na ramionach dzieci. – W każdym razie lato się kończy, a przed nimi pierwszy rok nauki. Potrzebujemy różdżek.
Moon uniosła trochę do góry lewą rękę, a pan Olivander wyjął miarę z kieszeni fartucha i zaczął ją mierzyć. Zajęło to tylko chwilę, bo minutę później wyszedł zza regału z kilkoma pudełeczkami.
– Używamy jako rdzeni piór feniksa, włosów z ogonów jednorożców oraz włókien z smoczego serca. Każdy z rdzeni ma inne właściwości, tak samo jak rodzaj drewna, z którego wykonana jest różdżka. Najważniejsze: różdżka sama musi sobie wybrać czarodzieja… inaczej nie będzie funkcjonować prawidłowo – Odwrócił się w kierunku pani Moon. – Włos z ogona jednorożca, dwanaście i pół cala, grusza? Wspaniała różdżka, natomiast pani mąż… Trzynaście cali, włókno z smoczego serca i jabłoń?
– Tak.
– Trzynaście cali, smocze serce, sztywna grusza… Dość ciekawa kombinacja. Chwyć i machnij – zwrócił się do Moon.
Z różdżki wystrzeliło parę niebieskich płomyczków, które podpaliły brwi Adama. Pan Olivander natychmiast wyrwał jej różdżkę, kiwając głową. Za to następna pasowała już idealnie: czternaście i pół cala, włos jednorożca, dziki bez, niezbyt giętka.
Poszukiwanie odpowiedniej różdżki Adama zajęło trochę więcej czasu, ale w końcu znalazła się i odpowiednia dla niego: świerk, trzynaście cali, pióro feniksa i niezbyt giętka.
– Moi rodzice nie są czarodziejami – powiedziała szybko, gdy pan Olivander podszedł do niej, ponieważ uznała, że to ważne.
– Nic nie szkodzi.
Wreszcie nadeszła kolej Megan, a ona poczuła jak do jej żołądka wleciał stado motyli. Pan Olivander powtórzył proces. Zmierzył dokładnie jej prawą rękę i zaczął szukać odpowiedniej różdżki. Za każdym razem, gdy Megan brała jakąś do ręki, on natychmiast jej ją odbierał. Żadna nie chciała wybrać Megan, długa czy krótka, sztywna czy giętka, z dębu czy olchy – żadna. Pan Olivander wcale nie wyglądał na zmartwionego, wręcz przeciwnie – był coraz bardziej zadowolony.
– A co to jest? – zapytał nagle i wskazał na torebkę mamy Megan, coś z niej wystawało.. – Myślałem, że nie jest pani czarownicą. Skąd pani ma różdżkę?
– Bo nie jestem. Różdżka należała do mojej babci, ale ona zaginęła dawno temu i chciałam się zapytać, co z taką różdżką zrobić.
Pan Olivander chwycił różdżkę i zaczął jej się dokładnie przyglądać. Najwyraźniej bardzo go zaciekawiła – Na pewno nie pochodzi z mojego sklepu. Nie wygląda też na zużytą. Dwanaście cali i giętka. Naprawdę dziwne… nie jestem w stanie rozpoznać rdzenia. A drzewo? Jarzębina i lipa – powiedział to jakby z niechęcią.
– A to źle? – zapytała Megan, która nagle poczuła ogromną ochotę by wziąć różdżkę do rąk. – Że są dwa rodzaje drzewa?
– To ryzykowne. No dalej, machnij.
Megan ledwo chwyciła za rączkę różdżki, a poczuła dziwne ciepło rozchodzące się jej po ciele. Ogarnęło ją wspaniałe uczucie, nie do końca potrafiła je nazwać. Uniosła różdżkę, a z niej wydobyło się masę kolorowych iskierek, oświetlając tym samym sklep.
Podoba mi się, serio. Widać, że z rozdziału na rozdział piszesz coraz lepiej, albo może coraz lepiej sama to sobie wyobrażasz, przez co łatwiej Ci przedstawić to wszystko nam. Naprawdę fajnie pokazałaś pierwsze spotkanie Megan z Jamesem. Niby niewinne, niby takie o, ale jednak coś czuję, że będzie ono miało spore znaczenie. Bliźniaki są takie nieco typowe - dziewczynka zaczytana w książkach, normalnie druga Hermiona, tylko bardziej gadatliwa i chłopczyk nieco przypominający Rona, ale bardziej trzymający rezon. Jednak nie przeszkadza mi to, ponieważ te podobieństwa nie są tak chamskie, jak niektórzy stosują. Są do zaakceptowania.
Trochę miesza mi się to, że jest nasza Megan i Megan Moon. Nie wiem dlaczego akurat nazwałaś je tymi samymi imionami, może będzie to miało znaczenie w tej historii, ale na razie mnie to nieco irytuje ;>
Jednak bardzo podobał mi się opis tej Pokątnej. Co prawda nieco brakowało mi dłuższego opisu budynków czy samej ulicy, ale ogólnie czytało się wszystko z zaciekawieniem, wszystko było autentyczne i miałam wrażenie, że wróciłam do Kamienia Filozoficznego.
Czasami w dialogach miałaś jeden podstawowy błąd - jak kończysz go kropką, to następny wyraz zaczyna się od wielkiej litery. Więc jeśli przerywasz dialog w środku, nie stawiaj nigdzie kropki. Czasami też przy opisach, gdy wymieniasz kilka epitetów, nie oddzielasz je przecinkami, nie wiem dlaczego. Przecież pisząc - wielki, pięknie zbudowany, czerwony dom - tu muszą być przecinki!
A poza tym chcę więcej po tym rozdziale. Naprawdę mi się podobało