Tak oto w głowie Harry'ego zagościł plan, by pokazać swoim przyjaciołom, że wcale nie jest taki, na jakiego wygląda. Coś w nim pęka. Pragnie zmienić swoje życie, nie być już naiwnym-Złotym-Chłopcem.
Nie mógł skupić się na książce, jego myśli ciągle krążyły wokół tego wszystkiego, co działo się w ostatnim czasie. Niełatwo było mu pogodzić się z tym, co się stało, w końcu stracił najbliższe dla siebie osoby. Może i zaczął ich nienawidzić, sprawili mu ból, jakiego jeszcze nigdy nie czuł, ale mimo wszystko trudno było mu tak po prostu zapomnieć o tym wszystkim. Ciągle miał nadzieję, że nie wszystko było fikcją. Było tak wiele wspaniałych chwil, nie mógł uwierzyć, że to było tylko grą. Nie wybaczyłby im, bo za bardzo zawiedli jego zaufanie, ale nie umiał tak po prostu tego wszystkiego wymazać z pamięci.
Do ciszy nocnej było jeszcze ponad pół godziny, dlatego Harry niespecjalnie się spieszył. Wyjął mapę huncwotów, aby sprawdzić, czy nikt nie kręci się w pobliżu. Dumbledore przechadzał się w swoim gabinecie, jak zwykle to robił. Ciekawe, co znowu próbował wymyślić. Filch był kilka korytarzy dalej, ale wiedział, że nie ma szans, by go zobaczyć. Liczył tylko, że mimo wszystko pójdzie w drugą stronę. Z drugiej strony mapy zobaczył małe, ledwo widoczne nazwisko Ślizgona i poczuł, że to może być jego szansa. Był w wieży astronomicznej, ciekawe co Malfoy mógł tam robić o tej porze.
Jego nogi niemal od razu podążyły w stronę obiektu. Na szczęście po drodze udało mu się ominąć woźnego, ale miał wrażenie, że Pani Norris tak czy siak zdążyła poczuć jego zapach. Musiał uważać, nie miał ochoty na szlaban już w pierwszym tygodniu.
— Potter? Zjeżdżaj stąd — powiedział blondyn, gdy spojrzał na Harry'ego.
— Daj spokój, następny rok będzie taki sam? Znów będziemy obrzucać się klątwami i wyzwiskami? Nie uważasz, że jesteśmy na to zbyt dorośli? — spytał, opierając się o jedną ze ścian. Zlustrował Malfoya wzrokiem, nie wyglądał zbyt ciekawie.
— W tym momencie nie mam ani siły, ani ochoty na kłótnie - Spojrzał na niego. - Z tego, co mi się wydaje, tobie ich ostatnio nie brakuje. Co z tobą, Wieprzlejem i Wiem-to-wszystko? Czego ode mnie chcesz, Potter?
Draco w dłoni trzymał opróżnioną do połowy butelkę ognistej Whisky, a obok niego stała druga jeszcze zamknięta. Chyba naprawdę nie miał humoru, że ryzykował piciem w samotności na samej górze wieży astronomicznej.
— W wakacje dużo się zmieniło, ale wątpię, że chcesz o tym słuchać — odpowiedział mu, siadając naprzeciwko. Poczuł zimną ścianę przy swoich plecach i zadrżał. Spojrzał wymownie na butelkę w jego dłoni. — Masz problem z alkoholem, gówniany humor czy ktoś cię wystawił?
— Nie wierzę, że z tobą w ogóle gadam, Potter, ale chcesz trochę? Pomaga poukładać myśli, gorzej, jak cię ktoś przyłapie. — Zaśmiał się. — No, chyba, że jesteś Święty Potter, wtedy wolno ci wszystko.
Harry chyba pierwszy raz słyszał, jak śmieje się Malfoy, a śmiech miał zaskakujący. Zawsze sądził, że będzie raczej twardy, zimny, a okazał się delikatny i melodyjny. Nie zwrócił nawet zbytnio uwagi na jego przytyk, przewrócił tylko oczami.
Wziął butelkę i sam wypił resztę zawartości. Gardło aż go paliło, ale nie przejął się tym zbytnio. Otworzyli drugą butelkę i siedzieli w ciszy. Przynajmniej zrobiło mu się cieplej. Czuł, jak na jego policzki wkradają się rumieńce spowodowane alkoholem i nagle wszystko wydawało się być prostsze. Jakby wiedział, że ognista faktycznie tak pomaga z ułożeniem sobie wszystkiego w głowie, zacząłby pić już dużo wcześniej. W końcu cisza stała się zbyt krępująca, zawiesił wzrok na swoich dłoniach i zagryzł lekko wargę.
— Te wakacje uświadomiły mi, że nie wszystko zawsze jest takie, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Pewnie pomyślisz, że mi odwaliło albo coś, ale czasem żałuję, że to wszystko tak wyszło. Zacząłem żałować niedawno, zastanawiam się, jak by to wszystko wyglądało, jakbym wtedy przyjął twoją przyjaźń. Myślisz, że bylibyśmy najlepszymi przyjaciółmi? Chyba wykraczam poza swoją wyobraźnię — Czknął w typowy sposób pijanego człowieka. — Wiem, że na pewno wtedy byłbym w Slytherinie, w końcu tiara chciała mnie w nim umieścić. Może Snape by mnie bardziej lubił? — odezwał się po dłuższej chwili.
— Jak już oboje jesteśmy na tyle pijani, żeby mówić takie rzeczy, to powiem ci coś w tajemnicy. Słyszałem o tobie, zanim jeszcze pojawiłeś się w czarodziejskim świecie, byłeś kimś wielkim, sławnym, mimo że jeszcze chwilę wcześniej robiłeś w pieluchy. Mimo wszystko wiedziałem, że będziesz potrzebował pomocy, ktoś musiał wprowadzić cię w ten cały zakichany świat. Moja rodzina nie ufała Dumbledorowi, choć pewnie domyślasz się z jakich powodów. Postanowiłem sobie, że chcę cię poznać. Trochę z ciekawości, trochę z egoizmu, byłeś interesujący i tyle. Jak pierwszy raz spotkaliśmy się u Madame Malkin wyglądałeś, jak dziecko we mgle i nie mogłem uwierzyć, że ktoś taki może być tak bardzo zagubiony. Wtedy chciałem się z tobą zaprzyjaźnić, nie podszedłem do tego w dobry sposób, ale miałem dobre intencje. Gdy odtrąciłeś moją propozycję, bo wybrałeś Wieprzleja... Obiecałem sobie, że nie będzie wam łatwo w tej szkole. Z roku na rok było coraz gorzej, chciałem cię nienawidzić, ale wiedziałem, że jeszcze zrozumiesz, że nie warto się z nim zadawać. Nie miałem zamiaru prosić, bo ja nie proszę, ale mimo wszystko było mi przykro, że to on jest twoim przyjacielem.
Język mu się plątał, jego oczy patrzyły w każde możliwe miejsce, ale ciągle omijały twarz Harry'ego. Mówił to, bo był pijany, tego był akurat pewny. Gdyby chciał wyciągnąłby od niego więcej informacji... Chłopak pod wpływem wydawał się taki bezbronny, tak łatwo dałoby się nim manipulować...
O czym ty do cholery myślisz? — mówiły jego myśli, chociaż nie mógł ich od siebie odpędzić.
— Zawsze możemy to zmienić. — powiedział, zanim pomyślał. — Znaczy sam powiedziałeś, że jeszcze zrozumiem, że nie warto się z nim zadawać.
— Zaskakujesz mnie coraz bardziej, Potty. Nie wiem, co ci zrobili, ale mam nadzieję, że kiedyś mi powiesz — powiedział, pijąc kolejny, duży łyk ognistej.
— Opowiem, najpierw muszę sam to przetrawić. — Uśmiechnął się. — Poza tym, boję się, czy w ogóle będziesz pamiętał cokolwiek z tej rozmowy.
— Co do strachu, to jest trzy godziny po ciszy nocnej, my jesteśmy pijani, a trzeba jakoś dojść do dormitorium. Musimy wytrzeźwieć, jutro mamy pierwsze eliksiry. — Zaśmiał się.
Harry skrzywił się. Jutro pewnie będzie mieć gigantycznego kaca, a lekcja ze Snapem, nawet jeśli sporo udało mu się wykuć w te wakacje, nie mogła być niczym gorszym.
— Masz rację, spotkamy się rano przed wielką salą? — Wstał.
Wyciągnął z kieszeni szaty pelerynę niewidkę i podał ją Draconowi. Nie wiedział czemu, zrobił to odruchowo. Z Ronem pewnie ukryli by się pod nią we dwójkę, ale tu nie było takiej opcji, bo ich dormitoria były zupełnie gdzieś indziej.
— Jasne, czemu mi to dajesz? Jak cię złapią będziesz miał kłopoty — odpowiedział wyraźnie zdziwiony.
— Co ty, przecież jestem Święty Potter, ja mogę wszystko. — Uśmiechnął się, poruszając brwiami. — No, chyba, że złapie mnie Snape. Wtedy będę mieć przesrane.
Blondyn stał tam jeszcze minutę z zdziwieniem wymalowanym na twarzy i schowany pod peleryną udał się do lochów. Długo tej nocy nie mógł spać, myśląc o tym, co tak właściwie się wydarzyło.
Zostawiam komentarz, bo to się nie godzi, żeby fanfiction autorstwa (prawie) jedynego punktującego Ślizgona pozostał bez komentarza. Ślizgoni, wstydźcie się!