Ivy ucieka z Hogwartu, Grace udaje siê do Harry'ego Pottera. Obydwie spodziewaj± siê niebezpieczeñstwa, pytanie tylko, czy z w³a¶ciwej strony.
Z ka¿d± minut± czu³ siê coraz bardziej zdenerwowany. Nigdy nie umia³ zbyt dobrze maskowaæ swoich emocji, a te, które odczuwa³ teraz, by³y wyj±tkowo silne. Doskonale wiedzia³, ¿e je¿eli zawiedzie, prawdopodobnie skróc± go o g³owê. W jego rêkach le¿a³o teraz rozwi±zanie ca³ej sprawy i doprowadzenie Ivy do Wodza. Je¶li wykona zadanie, przyjm± go w szeregi stowarzyszenia i wtedy, wreszcie, bêdzie móg³ uczestniczyæ w podejmowaniu decyzji. Stanie siê wielki. Wszystko by³o na dobrej drodze, dopóki nie pojawi³a siê ta cholerna Grace. Gdyby tylko Victor by³ bardziej ostro¿ny w Mungu, nie by³oby problemu. Postanowi³ siê jednak teraz tym nie zajmowaæ. Mia³ ma³o czasu, ¿eby znale¼æ siê w domu opieki przed Grace. Zd±¿y³ tylko wys³aæ sygna³ do Vica, ¿eby powiadomi³ Wodza o zmianie planów.
Aportowa³ siê przy samych drzwiach o¶rodka, maj±c nadziejê, ¿e Grace nie wpad³a na ten sam pomys³. Nie ogl±daj±c siê za siebie, pchn±³ drzwi i wszed³ do budynku. Wewn±trz panowa³a cisza, chocia¿ powoli zbli¿a³ siê poranek.
- Muffliato – szepn±³ z wyci±gniêt± przed siebie ró¿d¿k± i zacz±³ i¶æ nieco bardziej pewnym krokiem.
Zajrza³ jeszcze tylko do pokoju dy¿urnego, w którym sanitariusze spali w najlepsze i wbieg³ na piêtro, ¿eby dla pewno¶ci powtórzyæ zaklêcie wyciszaj±ce. Kiedy z powrotem zszed³ na dó³, zobaczy³ tylko, ¿e kto¶ naciska na klamkê drzwi wej¶ciowych, wiêc rzuci³ szybko na siebie zaklêcie Kameleona i przylgn±³ do ¶ciany.
Grace wesz³a do ¶rodka chwiej±c siê na nogach, a jej twarz wykrzywia³ grymas bólu. Ben uzna³ to za dobr± monetê, bo wiedzia³, ¿e os³abiona, krócej bêdzie stawiaæ opór. Kiedy znalaz³a siê wystarczaj±co blisko niego, wzi±³ g³êboki oddech i machn±³ ró¿d¿k±, a niewidzialna si³a unios³a wrzeszcz±c± Grace w powietrze. Po chwili Ben machn±³ ró¿d¿k± po raz drugi, knebluj±c kobiecie usta chusteczk± i oplataj±c jej cia³o grubymi sznurami. Mia³ nadziejê, ¿e Muffliato dzia³a bez zarzutu i nikt nie s³ysza³ krzyków tej idiotki.
- Mam nadziejê, ¿e bêdziesz grzeczna – powiedzia³ spokojnie, zrzucaj±c z siebie zaklêcie Kameleona i za¶mia³ siê na widok na wpó³ zdziwionej, a na wpó³ przera¿onej miny Grace. – Pewnie siê zastanawiasz, gdzie by³a twoja spostrzegawczo¶æ, co?
Przeszed³ kilka kroków w jej stronê, obserwuj±c jak próbuje uwolniæ siê z wiêzów i siêgn±æ do kieszeni po ró¿d¿kê.
- Mo¿esz przestaæ siê drzeæ i tak nikt ciê nie us³yszy. – Spojrza³ na kobietê i pomacha³ ró¿d¿k±. Poczeka³ spokojnie a¿ przestanie siê wiæ i krzyczeæ, po czym kolejnym zaklêciem wyj±³ jej chustkê z ust.
- Dlaczego to rob-bisz? – wyjêcza³a przera¿ona Grace. – Co ci odbi³o, Ben?
- Rusz g³ow±, Gracie – odpar³ i u¶miechn±³ siê krzywo. – Jeste¶ przecie¿ taka m±dra…
Brunetka wci±¿ patrzy³a na niego z niedowierzaniem, ale na jej twarzy pojawi³a siê teraz mieszanina bólu i obrzydzenia.
- Zaplanowa³e¶ to – powiedzia³a oskar¿ycielskim tonem. – Nieprzypadkowo zosta³e¶ tu nauczycielem, wiedzia³e¶, ¿e Ivy przenosi siê do Hogwartu… Tylko – zaczê³a niepewnie – sk±d? Sk±d wiedzia³e¶ o tym wszystkim?
- My¶lê, ¿e mogê po¶wiêciæ minutkê na opowiedzenie tej historii – odpar³ Ben, obracaj±c w rêkach ró¿d¿kê. – Wiesz, ze wzglêdu na stare czasy – doda³ i u¶miechn±³ siê szyderczo. – Nie ja to zaplanowa³em, ale wiedzia³em o amulecie, to prawda. Zreszt±, wiedzia³em o wszystkim, co dzia³o siê w ¿yciu Ivy przez ostatni rok. Taak, o problemach w waszym gniazdku te¿.
- Pieprz siê – warknê³a Grace. – Kim ty jeste¶, do cholery?
- Je¿eli bêdê chcia³, to mo¿e siê dowiesz. – Ben podszed³ bli¿ej kobiety, ¿eby móc przyjrzeæ siê jej nodze. – W ka¿dym razie, nad spraw± amuletu pracowali¶my ju¿ bardzo d³ugo, ale utknêli¶my w martwym punkcie. No i Potter zacz±³ siê za bardzo wychylaæ po ¶mierci jego ukochanej ¿ony… Sprawy zaczê³y siê komplikowaæ, a naiwna Ivy tak ³atwo da³a siê podej¶æ…
- Jeste¶ pod³y, jak mog³e¶ zrobiæ to jej i jej rodzinie…
- A kim takim ona dla mnie by³a, co? – Ben z ca³ej si³y zacisn±³ rêkê na nodze Grace, a ta wrzasnê³a z bólu. – Przez siedem lat s³ucha³em tylko jakich¶ pierdó³, ¿e jest tak bardzo zakochana, ale nie mo¿e powiedzieæ z kim. Kiedy ja… Ja by³em ca³y czas obok.
- B³agam ciê, pu¶æ m-mnie… B-b³agam ciê… To boli… - krzycza³a Grace, powoli opadaj±c z si³.
Ben jednak zacisn±³ mocniej rêkê na ró¿d¿ce po czym z ca³ej si³y wbi³ j± w nogê Grace, przerywaj±c materia³ spodni. Brunetka zawy³a z bólu, a kiedy krew zaczê³a sp³ywaæ jej po nogawce, straci³a przytomno¶æ. Mê¿czyzna zrzuci³ j± na ziemiê i jednym szarpniêciem wyci±gn±³ ró¿d¿kê z jej cia³a. Po chwili grzebania w kieszeniach znalaz³ maleñk± fiolkê z przezroczystym p³ynem i wla³ go do ust kobiety. Rzuci³ na ni± zaklêcie Kameleona, a wychodz±c wycedzi³ przez zaci¶niête zêby:
- Stella b³aga³a mnie o to samo…
*
Ivy aportowa³a siê w jednej z bocznych uliczek, pogr±¿onego we ¶nie Portree. Przez chwilê po¿a³owa³a, ¿e nie wybra³a sobie bardziej przyjemnej lokalizacji, bo smród, jaki wydobywa³ siê z poprzewracanych kub³ów na ¶mieci by³ nie do zniesienia. Zakrywaj±c nos i usta we³nianym szalikiem, szybkim krokiem wysz³a z uliczki prosto na niedu¿y skwer, o¶wietlony bladym blaskiem latarni. Rozejrza³a siê dooko³a i po drugiej stronie ulicy spostrzeg³a ledwo widoczny szyld „Portree Hotel”, zwisaj±cy ¿a³o¶nie z brudnej ¶ciany trzypiêtrowej kamieniczki. Spojrza³a jeszcze przez ramiê, aby upewniæ siê, czy na pewno nikt jej nie obserwuje i powêdrowa³a w stronê hotelu. Kiedy tylko wesz³a do holu, pracownica recepcji poderwa³a siê z fotela z tak± min±, jakby wygra³a los na loterii.
- Witam w Portree Hotel, mam nadziejê, ¿e spêdzi pani u nas przyjemne i niezapomniane chwile – wypali³a, zanim Ivy zd±¿y³a dotrzeæ do kontuaru. – Zapewniamy najwy¿szej jako¶ci obs³ugê i spe³niamy wszelkie ¿yczenia naszych go¶ci. Czy ma pani jakie¶ ¿yczenia, co do pokoju?
Ivy spojrza³a na kobietê nieprzytomnie, nieco oszo³omiona jej sztucznym entuzjazmem i zamówi³a jednoosobowy pokój na trzecim piêtrze. Wdrapa³a siê po drewnianych schodach na górê i dotar³a do drzwi, na których widnia³ poz³acany numer trzydziesty.
W pokoju unosi³ siê zapach stêchlizny, farba na ¶cianach zaczê³a ju¿ odpryskiwaæ, a meble wygl±da³y jakby mia³y siê za chwilê rozlecieæ. Ivy jednak, nie po¶wiêcaj±c zbyt wiele czasu na zastanawianie siê nad stanem pokoju, wysypa³a zawarto¶æ torby na stoj±cy pod oknem stó³. Musia³a opracowaæ jaki¶ plan dzia³ania, zastanowiæ siê, któr± drog± dostaæ siê na szczyt Carn Eige. Mog³a spróbowaæ siê teleportowaæ, ale to wydawa³o siê zbyt proste. Poza tym, po co jej babka wêdrowa³aby na piechotê taki kawa³? To i tak wydawa³o siê jednak najmniejszym problemem, bo Ivy wci±¿ nie potrafi³a rozstrzygn±æ, czy na pewno najpierw powinna zabraæ amulet, czy spróbowaæ odbiæ ojca. Je¿eli odda wisiorek porywaczowi, jej tata bêdzie wolny, ale z drugiej strony narazi na niebezpieczeñstwo tysi±ce mugoli. Grace na pewno wiedzia³aby co zrobiæ…
- Kurwa! – wrzasnê³a w¶ciekle i uderzy³a piê¶ci± w stó³ tak mocno, ¿e pospada³y z niego wszystkie materia³y.
Rozw¶cieczona zaczê³a zbieraæ je dr¿±cymi rêkami, kiedy us³ysza³a pukanie do drzwi.
- Chyba trochê za pó¼no na wizyty… – powiedzia³a g³o¶no i otworzy³a drzwi. – Och… My¶la³am, ¿e to ta kobieta w recepcji. Jak ci siê uda³o mnie znale¼æ? Ale dobrze, ¿e jeste¶ - doda³a po chwili nieco zmieszana i odsunê³a siê od drzwi.
Ben wszed³ do pokoju, zdj±³ z g³owy przemoczony kaptur, a jego usta wykrzywi³ nieznaczny u¶miech.
W sumie nie do koñca trafia do mnie twoja wersja historii rodziny Potter. Jednak w ka¿dej czê¶ci realizujesz tê wizjê bardzo dok³adnie i konkretnie, dlatego to ff mi siê podoba. Ja sobie przysz³o¶æ tej rodziny wyobra¿am sobie zupe³nie inaczej, ale przecie¿ na tym ma polegaæ fanfiction, nie?
W ka¿dym razie ta czê¶æ podoba³a mi siê bardziej od poprzedniej, chocia¿ przez moment ba³am siê, ¿e Ben zacznie zbyt wiele opowiadaæ Grace. W filmach zawsze mnie to bawi³o - jak ci "¼li" po swoim pseudozwyciêstwie zaczynaj± siê chwaliæ na prawo i lewo.
Tak ostatnio pisa³am, ¿e siê gubiê i teraz chyba ju¿ wiem dlaczego. To te odstêpy. Zazwyczaj jak jest hm... tak znacz±cy, to zak³adam, ¿e jestem ju¿ w innym miejscu z zupe³nie innymi postaciami i zaczyna siê inny w±tek. Tutaj to taka loteria - czasami po prostu koñczy siê akapit, innym razem w³a¶nie zmienia siê miejsce akcji. Tak sobie napisa³am, ale wiem, ¿e tylko mi to przeszkadza. Z reszt± nawet nie wiem, czy przeszkadza. Po prostu narzuca mi skupienie wiêkszej ilo¶ci uwagi.
Czekam na kolejne.