Ivy, Ben i Grace poszukuj± amuletu, ¿eby uratowaæ Jamesa Pottera z r±k tajemniczych porywaczy.
Podró¿e w miejsca, które opuszcza siê w gniewie, a które stanowi³y przez ca³e ¿ycie pewn± przystañ, nigdy nie s± ³atwe. Ivy nie spodziewa³a siê jednak, ¿e powrót do rodzinnego domu, oka¿e siê a¿ tak trudny do zniesienia. Nie chodzi³o wcale o k³ótniê i s³owa, które wypowiedzia³a kilka miesiêcy wcze¶niej, kiedy z hukiem wyrzuca³a walizki na werandê, ale o to, jak wiele z tych zdarzeñ nadal pozosta³o widocznych w ca³ym domu. Na stole w jadalni sta³o pe³no pustych butelek po piwie, na ogromnej kanapie w salonie wci±¿ le¿a³ wys³u¿ony, ulubiony koc taty, a w starym pokoju Ivy, szuflady w komodach nadal by³y powysuwane, ukazuj±c puste miejsce po ubraniach. Kobieta czu³a siê trochê tak, jakby wróci³a do domu na kilka godzin po k³ótni i tylko zalegaj±cy na meblach kurz podpowiada³, ¿e musia³o min±æ trochê wiêcej czasu.
- W porz±dku? – zapyta³ Ben, staj±c obok niej po ¶rodku pokoju, w którym zwyk³a kiedy¶ mieszkaæ. – Nie musimy siê spieszyæ.
- W³a¶ciwie to musimy – powiedzia³a Ivy, odrywaj±c powoli wzrok od ruchomego zdjêcia, przedstawiaj±cego j± i mamê na tle stadionu quidditcha w Edynburgu. – Gabinet mamy jest na strychu, chod¼my.
Pokój by³ bardzo zakurzony, jednak prezentowa³ siê chyba najczy¶ciej ze wszystkich innych pomieszczeñ. Ivy poczu³a znajomy zapach ksi±¿ek i konwalii, których woni tata nie móg³ znie¶æ, wiêc jedynym miejscem, gdzie mama mog³a trzymaæ je trzymaæ, by³ gabinet na strychu. Na blacie biurka nie by³o nic, nie licz±c niedu¿ej, bordowej lampki i ramki ze zdjêciem Jamesa i Ivy.
- Jeste¶ pewna, ¿e co¶ tutaj znajdziemy? – zapyta³ Ben, rozgl±daj±c siê po pomieszczeniu.
- Gabinet mojej matki nie sk³ada siê tylko z biurka, Ben – odpar³a Ivy, podchodz±c do wysokiego rega³u zape³nionego po brzegi rozmaitymi ksi±¿kami. – Uwierz, ¿e Stella Potter by³a jedn± z najbardziej zorganizowanych kobiet jak± znam, a do tego mia³a hopla na punkcie czysto¶ci. Wszystko jest dok³adnie tam, gdzie ma byæ… - doda³a po chwili i wyci±gnê³a jedn± z opas³ych ksi±g z pó³ki.
Nagle fragment rega³u rozsun±³ siê na boki i oczom Ivy ukaza³y siê niedu¿e, czarne drzwiczki, które w miejscu klamki mia³y klawiaturê, potrzebn± do wpisania kodu.
- Mugolski sejf? – wyszepta³ ze zdziwieniem Ben. – To chyba trochê lekkomy¶lne.
- Wrêcz przeciwnie – odpar³a Ivy, wystukuj±c na klawiaturze ró¿ne kombinacje cyfr. – Zdziwi³by¶ siê, jak czarodzieje wci±¿ ma³o wiedz± na temat mugolskich technologii.
Drzwi sejfu kliknê³y cicho i Ivy poci±gnê³a je do siebie. Wewn±trz znajdowa³a siê ca³a masa dokumentów; rozmaite prace naukowe, artyku³y z gazet, powyrywane stronice z bardzo starych ksi±g oraz mnóstwo zapisków, z których trudno by³o cokolwiek zrozumieæ. Ivy wyjê³a to wszystko ostro¿nie i po³o¿y³a na biurku, przywo³uj±c Bena skinieniem g³owy.
- Czym tak w³a¶ciwie zajmowa³a siê twoja mama? – zapyta³ mê¿czyzna, bior±c do rêki plik dokumentów.
- Nie wiem – odpar³a Ivy i wzruszy³a ramionami. – By³a jedn± z Niewymownych.
Ben wytrzeszczy³ na ni± oczy i otworzy³ usta, ¿eby co¶ powiedzieæ, ale nagle obydwoje us³yszeli g³o¶ne skrzypniêcie pod³ogi w s±siednim pokoju. Natychmiast obrócili siê w stronê drzwi z ró¿d¿kami w pogotowiu, wstrzymuj±c oddech.
Ivy poczu³a siê jak idiotka; przecie¿ przeszukanie domu jej rodziców przez ludzi, którzy uprowadzili jej ojca, by³o tylko kwesti± czasu. Ka¿de zaklêcie obronne by³o do z³amania, a tego ju¿ dawno nikt nie odnawia³. Nie minê³a chwila, kiedy drzwi gabinetu uchyli³y siê szerzej, a w progu stanê³a Grace opieraj±c siê o drewnian± laskê.
- Spokojnie Chip and Dale*, przybywam z pomoc± – powiedzia³a z u¶miechem. – W³a¶nie, a propos wiewiórek… Przed domem od jaki¶ dwudziestu minut siedzi bez ruchu jedna, wyj±tkowo du¿a i w³ochata i wpatruje siê w okno na piêtrze – doda³a, ku¶tykaj±c do okna. – To jaka¶ zaprzyja¼niona?
- Ee, co? – wyj±ka³a Ivy, spogl±daj±c zdezorientowana na Bena, który tylko wzruszy³ ramionami i utkwi³ wzrok w Grace, która po chwili odwróci³a siê od okna.
- Mia³am ma³y problem z pokonaniem zabezpieczeñ – odpar³a. – Przez tê cholern± dziurê w brzuchu moja magiczna moc chyba os³ab³a. W ka¿dym razie – ci±gnê³a, nie zwa¿aj±c na zdziwione miny Ivy i Bena – kiedy próbowa³am dostaæ siê do ¶rodka, zauwa¿y³am tê wiewiórkê, siedz±c± na dró¿ce. To chyba nienormalne, ¿eby gapi³a siê tyle czasu w jedno miejsce, nie? Zawsze wydawa³o mi siê, ¿e te zwierzaki s± do¶æ ruchliwe.
- Grace, nie obra¼ siê, ale… bredzisz – powiedzia³ ostro¿nie Ben.
Ivy jednak podesz³a do okna i zobaczy³a, ¿e faktycznie, na kamiennej ¶cie¿ce prowadz±cej na werandê siedzi dosyæ sporych rozmiarów wiewiórka, obserwuj±ca dom. Kobieta przez chwilê mia³a ochotê roze¶miaæ siê z absurdalno¶ci ca³ej sytuacji, ale zaraz zrozumia³a, ¿e porywacz sprawdza w ten sposób, jak daleko posunê³o siê rozwi±zanie sprawy z amuletem.
- Chyba czas siê st±d zabieraæ – wychrypia³a, odwracaj±c siê do krzycz±cych na siebie Bena i Grace. – Nie wiem, jak was, ale mnie dekoncentruje nadzór wyro¶niêtego gryzonia.
*
Dochodzi³a pó³noc, kiedy Ivy wreszcie wsta³a od biurka, próbuj±c si³± woli przywo³aæ skrzata domowego, który przyby³by do jej komnaty z ogromnym dzbankiem gor±cej kawy.
- Nie mów, ¿e ju¿ wymiêkasz – powiedzia³a Grace znad Legend i wierzeñ, które spopularyzowa³y czarn± magiê.
- Wybacz, ale to nie ja jestem nafaszerowana proszkami przeciwbólowymi tak bardzo, ¿e od doby nie zmru¿y³am oka – mruknê³a kobieta, rozprostowuj±c ko¶ci.
- Nie moja wina, ¿e czarodzieje nadal nie wymy¶lili sposobu, który by tak skutecznie ³agodzi³ ból jak mugolskie wynalazki.
- Mo¿esz mi w ogóle powiedzieæ, jakim cudem wysz³a¶ z Munga? – zapyta³a Ivy.
- Jakby to powiedzieæ… - odpar³a Grace, k³ad±c sobie otwart± ksi±¿kê na brzuchu. – Nie lubiê szpitali.
Ivy za¶mia³a siê pod nosem i siêgnê³a po paczkê papierosów, le¿±c± na stoliku nocnym.
- My¶la³am, ¿e rzuci³a¶.
- Rzucê – zaczê³a blondynka, zaci±gaj±c siê mocno. – Rzucê, jak mój ojciec wróci do domu, ty nie bêdziesz musia³a ¿reæ ton paracetamolu i skoñczê wreszcie tê cholern± ksi±¿kê.
Grace spojrza³a na ni± z niepokojem, ale nie powiedzia³a ju¿ s³owa. Ivy, pali³a powoli papierosa, czuj±c siê coraz bardziej zmêczona. Nie tylko dlatego, ¿e ostatnio prawie w ogóle nie sypia³a, ale w du¿ej mierze przez to, ¿e poszukiwania informacji o amulecie nie przynosi³y ¿adnych rezultatów. Minê³y ju¿ dwa dni, a ona nadal nie mia³a nic, nie wspominaj±c ju¿ o jakichkolwiek wiadomo¶ciach o stanie ojca.
- Wygl±da na to, ¿e wiemy ju¿, czego szukaæ. – Ivy odwróci³a siê w stronê brunetki i skinê³a g³ow±, ¿eby ta zaczê³a czytaæ. - W czasach ¶redniowiecznych, powszechnym by³o wierzenie w niezwyk³± moc amuletu, sk³adaj±cego siê z dwu przylegaj±cych do siebie trójk±tów, uzupe³nionych z³ot± obwódk±; przy czym trójk±t oznacza³ moc trzech z rodu, a obwódka zaklêcie, którym ich si³a zosta³a przypieczêtowana. Nie ma ¿adnych wiarygodnych ¼róde³, które mówi³yby o tym, do czego tak naprawdê zosta³ stworzony ów amulet, pewne jest jednak, ¿e chodzi³o o udaremnienie unifikacji ¶wiata czarodziejskiego, rozumian± przez eliminacjê wszystkich niemagicznych osób i stworzeñ.
Ivy podesz³a chwiejnym krokiem do ³ó¿ka i przysiad³a na jego brzegu, wyci±gaj±c rêce w stronê ksi±¿ki, której fragment przed chwil± czyta³a Grace. Prze¶ledzi³a tekst jeszcze kilka razy i poczu³a, ¿e zaczyna robiæ siê jej gor±co.
- Hej, co jest grane? – Grace przysunê³a siê bli¿ej, chwytaj±c Ivy za rêkê.
- Ja… - wyszepta³a Ivy, podnosz±c powoli wzrok znad ksi±¿ki – Chyba wiem, dlaczego moja matka musia³a zgin±æ przez ten amulet.
* Chip i Dale to bohaterowie kreskówki Disneya, opowiadaj±cej o brygadzie detektywistycznej za³o¿onej przez wiewiórki.
Szczerze mówi±c, ta czê¶æ by³a chyba jak dot±d najnudniejsza. Jedynie podoba³o mi siê to, ¿e matka Ivy by³a Niewymown±. Jak czyta³am HP i ZF zawsze zastanawia³o mnie, jak to jest mieæ w rodzinie kogo¶ takiego. Mo¿e jako¶ mi to przybli¿ysz w dalszych czê¶ciach ;D
Ogólnie dla mnie to na razie jakby takie "doj¶cie" do ciekawszych rzeczy. Tak bez napiêcia. A kwestia amuletu ¶rednio mi siê podoba. My¶la³am, ¿e wymy¶lisz co¶ lepszego. Ogólnie czekam i tak na nastêpn± czê¶æ i oby by³a szybko!