Rekord osób online:
Najwiêcej userów: 1414
By³o: 24.05.2026 16:48:00
Wspó³praca z Tactic Games
>> Czytaj Wiêcej
Wydanie stworzyli: Nieoryginalna, Klaudia Lind, Anastazja Schubert, Takoizu, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Wiêcej
Jak wygl±da³o ¿ycie Gauntów? Powsta³ film, który Wam to poka¿e.
>> Czytaj Wiêcej
W sierpniu HPnetowicze mieli okazjê spotkaæ siê w Krakowie. Jak by³o?
>> Czytaj Wiêcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, louise60, Zireael, Aneta02, Anastazja Schubert, Lilyatte, Syrius...
>> Czytaj Wiêcej
Wydanie stworzyli: Klaudia Lind, Hanix082, Sam Quest, louise60, PaulaSmith, CoSieDzieje, Syriusz32.
>> Czytaj Wiêcej
Ka¿dy tatua¿ niesie ze sob± jak±¶ historiê. Jakie nios± te fanowskie, zwi±zane z m³odym czarodzie...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Hermiona nie mo¿e zapomnieæ o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pe³na z³ych przeczuæ decyduje...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Hermiona nie mo¿e zapomnieæ o dziwnym zachowaniu profesora Hughesa. Pe³na z³ych przeczuæ decyduje...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpêdu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Wiêcej
Cykl wierszy po¶wiêcony Remusowi. :)
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
Rok szkolny nabiera rozpêdu, a Hermiona staje przed zadaniem patrolowania korytarzy kolejnej nocy...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna siê nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjació³kami ma pierwsze zajêcia i...
>> Czytaj Wiêcej
Nicram_93
W Hogwarcie rozpoczyna siê nowy rok szkolny. Hermiona wraz z przyjació³kami ma pierwsze zajêcia i...
>> Czytaj Wiêcej




[P]Louise Lainey ostatnio widziano 17.12.2024 o godzinie 15:44 w B³onia
Valerie Adams ostatnio widziano 02.07.2023 o godzinie 13:40 w Stacja kolejowa
Valerie Adams ostatnio widziano 27.06.2023 o godzinie 21:20 w B³onia
Valerie Adams ostatnio widziano 23.06.2023 o godzinie 16:46 w Sala transmutacji
Valerie Adams ostatnio widziano 22.06.2023 o godzinie 19:04 w VII piêtro
Valerie Adams ostatnio widziano 12.06.2023 o godzinie 18:15 w Dziedziniec Transmutacji
Ivy maszerowa³a przed siebie, staraj±c siê nie my¶leæ o koñcówce ró¿d¿ki, która wbija³a siê jej w plecy. Trawa, przez któr± siê przedzierali by³a tak wysoka, ¿e majacz±cy w oddali budynek by³ ledwo dostrzegalny.
Kiedy teleportowali siê nad klifami, Grace nie mog³a podnie¶æ siê z ziemi. Ivy wiedzia³a, ¿e ka¿dy inny cz³owiek ju¿ dawno by siê podda³, pewnie nawet by nie ¿y³. Ale Grace, mimo poszturchiwañ postaci w czarnych pelerynach, d¼wignê³a siê w koñcu z mokrej trawy i pow³ócz±c nogami stara³a siê dotrzymaæ im kroku. Ivy usi³owa³a zgrywaæ tward±, ale tak naprawdê by³a przera¿ona jak dziecko. Po pierwsze dlatego, ¿e ca³± trójk± szli po pewn± ¶mieræ z r±k cz³owieka, którego imienia nawet nie zna³a, a po drugie dlatego, ¿e Grace ta ¶mieræ mog³a dosiêgn±æ o wiele wcze¶niej.
Z okien domu, do którego siê zbli¿ali, wydobywa³o siê ciep³e, pomarañczowe ¶wiat³o. Ivy zdawa³o siê, ¿e kto¶ obserwuje ich przez szybê, ale kiedy mrugnê³a to wra¿enie usta³o. Po jej prawej stronie dziadek oddycha³ coraz ciê¿ej, nie nad±¿aj±c za tempem narzuconym przez porywaczy.
Po kilku minutach, zmêczeni, zmarzniêci i bezsilni dotarli na miejsce. Drzwi otworzy³y siê na o¶cie¿ i w progu stan±³ niski, ³ysiej±cy cz³owieczek w br±zowej tunice, która przywodzi³a na my¶l odzienie mnicha.
- Nie spieszyli¶cie siê – rzuci³ bezbarwnym tonem. – Pan zacz±³ siê niecierpliwiæ.
- Nie spodziewali¶my siê, ¿e w pakiecie dostaniemy te¿ kalekê i starca – burkn±³ jeden z zakapturzonych mê¿czyzn. – Jazda do ¶rodka, nie czujê nóg – warkn±³, popychaj±c Ivy do przodu.
Ivy potknê³a siê o wysoki próg, ale uda³o jej siê utrzymaæ równowagê. Hol by³ w±ski i mimo tl±cego siê ¶wiat³a wydawa³ siê niesamowicie mroczny. Po prawej stronie znajdowa³y siê drzwi do kolejnego pomieszczenia, które okaza³o siê byæ salonem.
- Wprowadziæ ich. – Z g³êbi pokoju dobieg³ ich niski mêski g³os.
Grace w ostatniej chwili uda³o siê zawiesiæ na ramieniu Ivy, kiedy zakapturzeni mê¿czy¼ni wepchnêli ich do ¶rodka.
Na fotelu pod oknem siedzia³ mê¿czyzna o w³osach tak gêstych, ¿e jego od¼wierny z pewno¶ci± p³on±³ z zazdro¶ci, kiedy tylko na niego patrzy³.
- Proszê, proszê – odezwa³ siê. – Kto by pomy¶la³, ¿e w moim domu zago¶ci tak wielu cz³onków rodziny Potterów. Trochê siê was tutaj przewinê³o w ostatnich miesi±cach – doda³ i za¶mia³ siê sztucznie.
- Kim jeste¶? – Ivy stara³a siê brzmieæ pewnie, ale g³os jej wyra¼nie zadr¿a³.
- No tak. – Mê¿czyzna uderzy³ siê rêk± w czo³o. – Gdzie moje maniery. Nazywam siê Jerome.
Jerome. To imiê wydawa³o siê znajome, ale Ivy nie by³a w stanie przypomnieæ sobie, sk±d je kojarzy. By³a zbyt rozdygotana; tym, ¿e prawdopodobnie w tym samym budynku co ona, znajdowa³ siê w³a¶nie jej ojciec, tym, ¿e narazi³a na niebezpieczeñstwo dziadka, który z pewno¶ci± oka¿e siê dla siedz±cego naprzeciw nich mê¿czyzny znacznie wiêkszym ³upem ni¿ ona. O Grace stara³a siê nie my¶leæ.
- Nie przejmuj siê – powiedzia³ mê¿czyzna i wyczarowa³ trzy krzes³a. – Je¿eli nie wiesz, kim jestem, to znaczy, ¿e moi ludzie dobrze wykonali zadania, które im powierzy³em. Siadajcie.
Ostatnie s³owo wybrzmia³o jak rozkaz, nie za¶ jak przejaw dobrych manier gospodarza, który chce zrobiæ jak najlepsze wra¿enie na go¶ciach.
- Gdzie jest mój ojciec? – zapyta³a Ivy bez zbêdnych ceregieli.
Jerome spojrza³ na ni± badawczo.
- Chcia³em jeszcze z tym zaczekaæ, ale skoro pierwsza wywo³a³a¶ temat… - zacz±³. – Muszê przyznaæ, ¿e nie s±dzi³em, ¿e bêdê go¶ci³ w swoim domu a¿ tylu cz³onków s³ynnego klanu Potterów. Nie ujmuj±c oczywi¶cie nic naszemu trzeciemu go¶ciowi – przerwa³, spogl±daj±c na Grace. – Przyznasz wiêc sama, ¿e trochê nie na miejscu by³oby nie wykorzystaæ tak wyj±tkowej okazji do zaproponowania ci pewnej gry. Otó¿, je¿eli oddasz mi amulet, pozwolê ci wybraæ jedn± osobê, która wyjdzie z ca³ej tej, nieco pokrêconej sytuacji bez szwanku. ¯eby nie by³o jednak zbyt prosto, nie mo¿esz szlachetnie wybraæ samej siebie. – Podniós³ rêkê, ¿eby uciszyæ Ivy, która chcia³a stanowczo zaprotestowaæ. – Jest te¿ drugi ruch. Mo¿ecie stawiaæ opór, próbowaæ walczyæ, co umówmy siê, w waszym obecnym po³o¿eniu by³oby bardzo g³upie. Wtedy jednak, co oczywiste, nie ma szans na uratowanie kogokolwiek. Mo¿emy oczywi¶cie za³o¿yæ, ¿e zi¶ci siê jeszcze jeden wariant, a mianowicie, ¿e uda siê wam pokonaæ mnie i moich kompanów, ale chyba wszyscy tutaj zgodzimy siê, ¿e jest to tak samo mo¿liwe, jak powrót Sami-Wiecie-Kogo.
W pokoju zapad³a cisza. Ivy wpatrywa³a siê w¶ciek³ym spojrzeniem w Jerome’a i jednocze¶nie udawa³a, ¿e gor±czkowo rozmy¶la nad opcjami, które jej przedstawi³. W rzeczywisto¶ci my¶la³a tylko o tym, ¿e jest jeszcze czwarta opcja, wed³ug której uratuj± ich ludzie z ministerstwa. Wiedzia³a, ¿e nie mo¿e sobie pozwoliæ na walkê z oprawcami, skoro nie mia³a nawet ró¿d¿ki. Nie by³o te¿ mowy, ¿e odda amulet i bêdzie wybieraæ miêdzy trzema najwa¿niejszymi dla niej osobami na ¶wiecie. Jedynym wyj¶ciem by³o kupienie czasu do przybycia posi³ków. Przecie¿ musieli ich znale¼æ.
- W takim razie – wychrypia³a – skoro i tak wszyscy zaraz zginiemy, mo¿e chocia¿ wyja¶nisz nam, dlaczego to robisz. Po co a¿ tyle zachodu?
- Nie lubiê traciæ czasu na czcze pogawêdki – odpar³ Jerome. – Ale skoro zrobi³a¶ mi prezent, sprowadzaj±c tutaj swoich bliskich, to faktycznie, mogê zrobiæ dla ciebie wyj±tek.
Grace zarzêzi³a, próbuj±c z³apaæ oddech.
- Nie mo¿ecie czego¶ z tym zrobiæ? – odezwa³ siê Harry.
- Mo¿emy dobiæ – za¶mia³ siê z w³asnego ¿artu od¼wierny o ³ysej czaszce.
- Do¶æ – warkn±³ Jerome. – Du¿o macie tych ostatnich ¿yczeñ – zwróci³ siê do Ivy i Harry’ego. Ale dobrze. Mogê uznaæ, ¿e jedno ¿yczenie na osobê. – Skierowa³ ró¿d¿kê w stronê Grace i machn±³ ni± kilka razy energicznie, mamrocz±c pod nosem niezrozumia³e s³owa. – Wasza znajoma musi byæ pod wp³ywem eliksiru, ale na kilka chwil powinna poczuæ ulgê.
Grace zaczerpnê³a powietrza, zdaj±c sobie chyba sprawê z tego, ¿e pozosta³o jej niewiele oddechów do koñca. Jej twarz nadal jednak wykrzywia³ ból i nasilaj±ca siê w¶ciek³o¶æ. Ivy spojrza³a na ni± i niemal niewidocznie poruszy³a g³ow± na boki, daj±c znak, ¿eby siedzia³a cicho. Sama zaczyna³a jednak ¿a³owaæ swojego planu.
- Nie bêdê siê szczególnie rozgadywaæ – kontynuowa³ Jerome. – Od pocz±tku chodzi³o tylko o to, ¿eby usun±æ przeszkodê. Przeszkod± by³ oczywi¶cie amulet, przynajmniej do czasu, kiedy twoja matka nie postanowi³a siê wtr±ciæ – doda³. – Pó¼niej wtr±ci³ siê ojciec, dalej wy dwie… Potterowie to jednak maj± k³opoty w genach. Amulet ma tak± niezbyt przydatn±, z mojego punktu widzenia, w³a¶ciwo¶æ, a mianowicie chroni mugoli przed ca³kowit± eliminacj± ze spo³eczeñstwa.
Harry zmarszczy³ czo³o.
- Ostatnim razem chyba nie zadzia³a³.
- Otó¿ to – powiedzia³ Jerome. – Nie zadzia³a³, bo nikt nie wiedzia³, ¿e istnieje i ¿e trzeba go uruchomiæ. Ale pó¼niej kto¶, nie wiem kto, dowiedzia³ siê, jak to zrobiæ. No i ten kto¶ przysporzy³ nam du¿ych k³opotów, zw³aszcza, ¿e na dodatek wtr±cili¶cie siê wy. A ja naprawdê chcia³em tylko zniszczyæ amulet. Nic wiêcej.
Ivy zaczyna³a siê niecierpliwiæ. Nie wiedzia³a, czy powinna dalej brn±æ w tê niepotrzebn± dyskusjê, czy po prostu odpu¶ciæ. Nie mia³a ró¿d¿ki, mog³a co najwy¿ej kogo¶ mocno kopn±æ albo ugry¼æ, a to da³oby im niewiele czasu zanim Jerome zdecydowa³by siê ich wszystkich pozabijaæ.
- Co¶ mi siê tu nie zgadza – odezwa³a siê Grace. – Mówisz, ¿e Potterowie pokrzy¿owali ci szyki. Dlaczego w takim razie wys³a³e¶ na przeszpiegi Bena? Nie wierzê, ¿e to, ¿e zacz±³ pracê w Hogwarcie na krótko przed tym, jak mia³a siê tam pojawiæ Ivy, to zwyk³y zbieg okoliczno¶ci.
Jerome przewróci³ oczami.
- Zaczynam ¿a³owaæ, ¿e ci ul¿y³em – warkn±³. – Ben mia³ pilnowaæ, ¿eby sprawy nie wymknê³y siê spod kontroli.
- Porwa³e¶ mojego ojca. Trudno o to, ¿eby siê nie wymknê³y – powiedzia³a Ivy. – Dobrze, do¶æ tego. Widocznie przeznaczeniem ¶wiata i naszym jest zgin±æ z rêki kolejnego szaleñca, który uwa¿a, ¿e na tej samej planecie nie ma miejsca dla czarodziejów i mugoli. Nie jeste¶ wcale taki oryginalny, jak ci siê wydaje, Jerome. Nie jeste¶ pierwszy ani nawet drugi w przyczynach swojego szaleñstwa. Szaleñcy te¿ jednak przegrywaj±, a jeden z tych, którzy siê do tego przyczyniaj±, siedzi obok mnie.
Wyraz twarzy Jerome’a nadal siê nie zmienia³. Nie wygl±da³ na kogo¶, kto w³a¶nie zosta³ obra¿ony ani tym bardziej na wytr±conego z równowagi. Podniós³ siê jednak z fotela i bez s³owa podszed³ do krzes³a, na którym siedzia³a Grace, po czym zacisn±³ d³oñ na jej szyi.
- NIE!!! – wrzasnê³a Ivy i rzuci³a siê na niego ca³± si³± rozpêdu. Przewrócili siê, a razem z nimi krzes³o z Grace.
Gdyby nie huk cia³ i mebli spadaj±cych na pod³ogê, mo¿e us³yszeliby trzaski aportacji na werandzie przed domem. Gdyby nie huk, osi³ki pilnuj±ce wej¶cia mia³yby wiêcej czasu na odparcie ataku. Mo¿e wówczas Ivy wiedzia³aby, ¿e krok, na który zdecydowa³a siê, atakuj±c Jerome’a by³ tym, który uratowa³ im ¿ycie.
Pracownicy ministerstwa zjawili siê w sam± porê. B³yskawicznie sforsowali drzwi i przyst±pili do ataku. Zaklêcia ¶wiszcza³y im ko³o uszu nieustannie i ju¿ ¿adne z nich nie wiedzia³o, z której strony uderza wróg, a z której zaklêcia miota przyjaciel. Ivy zaciska³a przedramiê na szyi Jerome’a, który dysza³ ciê¿ko, próbuj±c wygrzebaæ spod siebie ró¿d¿kê. Grace przyczo³ga³a siê pod ¶cianê, staraj±c siê unikn±æ kl±tw. Ivy przelotnie dostrzeg³a, ¿e znowu ma problem z oddychaniem.
- Expelliarmus! – krzykn±³ gdzie¶ Harry Potter, a w powietrze wzlecia³y trzy ró¿d¿ki, które wcze¶niej przetrzymywa³ jeden z eskortuj±cych ich mê¿czyzn. – Ivy, ró¿d¿ka!
Ale Ivy nie mog³a oderwaæ siê od Jerome’a. Mê¿czyzny, który zamieni³ ostatnie miesi±ce jej w piek³o i prawdopodobnie zabi³ jej ojca. Chcia³a, ¿eby cierpia³ tak samo jako ona i jej bliscy. Gdyby mog³a, wybra³aby dla niego najbardziej bolesny ze sposobów umierania, ale mog³a w tym momencie korzystaæ jedynie z si³y swoich ramion.
- Ivy… - wychrypia³a Grace, z trudem ³ykaj±c powietrze. – Nie rób tego…
Czyje¶ zaklêcie znowu ¶wisnê³o jej ko³o ucha. Przydusi³a Jerome’a najmocniej jak potrafi³a, a potem nagle odskoczy³a od niego i wyrwa³a dziadkowi swoj± ró¿d¿kê z rêki.
- Impedimenta! – krzyknê³a, celuj±c w mê¿czyznê o bujnych w³osach. Jerome zamar³, nie mog±c wykonaæ ¿adnego ruchu. Ivy natychmiast wyczarowa³a niewidzialne wiêzy, które oplot³y go ciasno i unios³y do góry, po czym zabra³a jego ró¿d¿kê z pod³ogi i wsadzi³a do kieszeni d¿insów. – Petrificus Totalus! – krzyknê³a jeszcze dla pewno¶ci, ¿e dupek nie bêdzie móg³ uciec.
W holu walka dobiega³a koñca, a pracownicy ministerstwa rozbiegli siê po ca³ym domu w poszukiwaniu wspó³pracowników Jerome’a. W niektórych pomieszczeniach faktycznie musieli siê na nich natkn±æ, bo kilka razy na piêtrze da³o siê s³yszeæ huki.
- Jest tutaj! ¯yje! – krzykn±³ z kolei kto¶ z do³u.
Ivy spojrza³a na dziadka i obydwoje wybiegli z pomieszczenia wprost do przedpokoju, z którego drewniane schody prowadzi³y do piwnicy. Nie by³a to jednak zwyczajna piwnica, a raczej wiêzienna cela, przypominaj±ca te w Azkabanie. Na niewielkiej pryczy le¿a³ okaleczony James. By³ nieprzytomny.
- Musimy go natychmiast przetransportowaæ do Munga – zakomenderowa³ auror, który go odnalaz³.
- Tato… - wyszepta³a Ivy, dopadaj±c ojca. – Wszystko bêdzie dobrze, ju¿ jest po wszystkim… Musisz tylko wytrzymaæ. – Pog³aska³a go czule po g³owie, maj±c nadziejê, ¿e poczu³ jej dotyk. - Zabierzcie ze sob± Grace, jest u góry, ma problemy z oddychaniem – zwróci³a siê do aurora. – Jerome powiedzia³, ¿e mo¿e byæ pod wp³ywem jakiego¶ zaklêcia albo eliksiru, pogarsza siê jej z godziny na godzinê.
Mê¿czyzna pokiwa³ g³ow±, wyczarowa³ niewidzialne nosze, na których po³o¿y³ Jamesa i za pomoc± ró¿d¿ki przesuwa³ go w powietrzu.
- Os³aniajcie mnie, nie wiadomo, co dzieje siê u góry – powiedzia³ auror.
Ivy i Harry skinêli g³owami i ruszyli przodem. Na górze wci±¿ s³ychaæ by³o tupot stóp i rozwalaj±ce siê meble. Ostatni poplecznicy Jerome’a wci±¿ musieli stawiaæ opór. Aurorów by³o zbyt wielu, ¿eby mogli zostaæ pokonani. Ivy jako pierwsza wychyli³a siê przez drzwi, ¿eby zbadaæ sytuacjê panuj±c± na korytarzu. By³o pusto. Pobieg³a do pokoju, w którym zosta³a Grace i nachyli³a siê nad ni±.
- Aurorzy zabior± teraz ciebie i tatê do Munga – powiedzia³a uspokajaj±co. – Powiedzia³am, ¿e mo¿esz byæ pod wp³ywem jakiego¶ cholerstwa, wiêc zajm± siê tym – doda³a, ¶ciskaj±c j± za rêkê.
- A.. ty? – wydysza³a Grace. – Ch-chod¼… ze mn±.
Ivy u¶miechnê³a siê lekko.
- Muszê to doprowadziæ do koñca, pomogê aurorom. Wy¶lê z wami dziadka, w koñcu kto¶ musi przypilnowaæ uzdrowicieli, ¿eby dobrze wykonali swoj± robotê.
- Ivy, ja…
- Wiem. Ja te¿.
Dziadek Harry ¿ywo zaprotestowa³ na wie¶æ, ¿e musi opu¶ciæ pole walki. Ta jednak by³a prawie skoñczona, a Ivy nie mog³a tak po prostu uciec. Musia³a dokoñczyæ to, co zaczê³y jej babka i matka. Zreszt±, nosi³a nazwisko Potter.
Przed domem pojawili siê kolejni aurorzy. Czê¶æ z nich eskortowa³a jej dziadka, ojca i Grace bezpiecznie do strefy, z której mogli siê teleportowaæ do ¶w. Munga. Pozostali wbiegli do budynku, ¿eby pomóc kolegom, którzy wci±¿ pojedynkowali siê z najbardziej wytrwa³ymi s³ugami Jerome’a. Sam Jerome za¶ zosta³ przetransportowany przez parê najbardziej do¶wiadczonych aurorów prosto do wiêzienia w Azkabanie. Ivy wiedzia³a, ¿e pracownicy ministerstwa doskonale poradz± sobie bez niej, wiêc wymknê³a siê z domu i ruszy³a w stronê klifów, sk±d mo¿na by³o siê teleportowaæ. W rêku trzyma³a ró¿d¿kê swoj± i Jerome’a. Powinny wystarczyæ. Zanim rozleg³ siê g³o¶ny trzask, Ivy rzuci³a ostatnie spojrzenie na dom, w którym rozpêta³o siê piek³o i zniknê³a.
Aportowa³a siê jak najbli¿ej szczytu Carn Eige i rozpoczê³a wspinaczkê. Zgodnie z notatk±, któr± kilka tygodni wcze¶niej znalaz³a, próbuj±c rozwi±zaæ tajemnicê amuletu, wszystko mia³o zakoñczyæ siê w miejscu, w którym siê rozpoczê³o. Amulet móg³ nadal spe³niaæ swoj± rolê tylko wtedy, gdy znajdowa³ siê w podziemiach wydr±¿onych przez staro¿ytne irlandzkie ludy w górze Carn Eige. Ivy uwa¿a³a, ¿e to lekko przesadzona historia, ale teraz obchodzi³o j± tylko ukrycie amuletu. Nie wiedzia³a, czy to przez to, ¿e ju¿ wcze¶niej tutaj by³a, czy mo¿e by³a to wina adrenaliny, ale dotarcie na miejsce nie zajê³o jej du¿o czasu. Kiedy znalaz³a siê w tunelu, machnê³a ró¿d¿k±, ¿eby wyczarowaæ ¶wiat³o i najciszej jak umia³a, kierowa³a siê do miejsca, w którym znalaz³a amulet. Liczy³a siê z tym, ¿e mo¿e natkn±æ siê na rannego Bena, chocia¿ mia³a ogromn± nadziejê, ¿e umar³. Wreszcie dotar³a na miejsce bez przeszkód, jednak cia³a Bena nigdzie nie by³o. Rozejrza³a siê dooko³a, próbuj±c o¶wietliæ sobie drogê, ale by³o pusto i niemal przera¼liwie cicho. Postanowi³a nie marnowaæ czasu i ukry³a amulet w wydr±¿onym miejscu w skale, zabezpieczaj±c go jak najlepiej umia³a. £opat±, któr± zostawi³a kilka godzin wcze¶niej, zasypa³a otwór i za pomoc± czarów uklepa³a wszystko tak, ¿eby kryjówka nie wygl±da³a na ¶wie¿o zakopan±. Amulet, tajemna broñ przeciwko zag³adzie, znajdowa³ siê w miejscu stworzonym przez jego wytwórców. Historia zatoczy³a ko³o.
Wracaj±c, rozgl±da³a siê uwa¿nie, ale wygl±da³o na to, ¿e by³a wewn±trz Carn Eige ca³kiem sama. Adrenalina, która wcze¶niej wype³nia³a jej cia³o zaczyna³a ustêpowaæ zmêczeniu i ogromnemu stresowi. Czy uzdrowicielom uda siê posk³adaæ jej ojca? Czy znajd± antidotum na dolegliwo¶ci Grace? Do tej pory stara³a siê odpêdzaæ od siebie te my¶li, ale im bli¿ej by³a zakoñczenia sprawy, tym bardziej zaczyna³a siê martwiæ. Tu¿ przed wyj¶ciem z tunelu Ivy us³ysza³a szelest. Odwróci³a siê gwa³townie, a ¶wiat³o jej ró¿d¿ki o¶wietli³o ciemno¶æ wy³aniaj±c± siê z oddali.
- A trzeba by³o mnie zabiæ – powiedzia³ Ben, a jego g³os by³ tak lodowaty, ¿e Ivy przesz³y ciarki. – Avada…
- Drêtwota! – krzyknê³a Ivy, ale zaklêcie odciê³o ¶wiat³o z jej ró¿d¿ki, wiêc nie by³a pewna, czy trafi³a. W oddali rozleg³ siê jednak huk roztrzaskiwanych ko¶ci, a ze ¶cian posypa³y siê kamienie. W tunelu znowu zapad³a cisza. – Lumos – szepnê³a Ivy i zobaczy³a, ¿e kilkana¶cie metrów w g³±b, pod stert± kamieni, które zasypa³y wej¶cie do miejsca, w którym ukry³a amulet, nieruchomo le¿a³ zakrwawiony Ben.
Podbieg³a do niego jeszcze, odnajduj±c pod kamieniami po³aman± ró¿d¿kê. Musia³ mieæ drug± w zapasie, jego ró¿d¿kê zabra³a kilka godzin wcze¶niej zaraz po tym, jak dosta³ kamieniem w g³owê. Zabra³a szcz±tki tej nowej, sprawdzi³a jeszcze puls na jego szyi i po raz ostatni spojrza³a w martwe oczy cz³owieka, którego do niedawna uwa¿a³a za przyjaciela.
- Oby¶ zgni³ w piekle – powiedzia³a na odchodne i na zawsze opu¶ci³a Carn Eige i Wyspê Skye.
Sam Quest dnia 22.03.2020 13:02

Alette
fuerte
Katherine_Pierce
Sam Quest
Shanti Black
A.
monciakund
ania919
ulka_black_potter
Klaudia Lind
Po takim czasie nale¿y Ci siê porz±dny komentarz, ale piszê z telefonu, wiêc mo¿e wyj¶æ marnie haha. Jednak nie zostawiê tego na pó¼niej, bo bojê siê ¿e zapomnê, co powinnam napisaæ.
Na pewno super, ¿e da³a¶ radê! Nie wiem czy to ju¿ koniec, ale je¶li nawet, to wygl±da dobrze i jestem zadowolona.
To z pewno¶ci± bêdzie jedno z moich ulubionych ff na stronie. ¦wietnie w tym rozdziale poprowadzi³a¶ akcje. Ani chwili siê nie nudzi³am, czu³am siê bardzo blisko wydarzeñ. Dobry fina³ - z jednej strony super, ¿e g³ówna bohaterka rozwi±za³a zagadkê, ale te¿ konieczna by³a pomoc aurorów. Nie ¿e rozwali³a przeciwników moc± Feniksa i jednoro¿ca
Tak czy inaczej by³o super i pisz dalej.