Jane nie może wytrzymać już napięcia i tęsknoty za Erethilionem, który wciąż nie pojawiał się w szkole...
Tego dnia nie było słońca. Wiatr powiewał z większą niż zwykle siłą szarpiąc konary drzew i poruszając trawą. Szaro - czarne chmury przysłaniały niebo i wszystko wydawało się być ciemniejsze niż normalnie. Na błoniach siedziało oczywiście jeszcze kilkadziesiąt uczniów śmiejących się lub rozmawiających o jakiś błahych sprawach. Wszystkie te rozmowy przerwało jednak pojawienie się postaci o rozpuszczonych, brązowych włosach i długiej, czarnej, zwiewnej sukni podkreślającej jej wręcz białą skórę. Usta dziewczyny były niemalże czerwone, a zielone oczy były jakby zasnute mgłą... Ludzie zaczęli wytykać ją palcami mrucząc coś cicho. Opowiadano o niej wiele różnych historii. Nazywano ją Czarną Damą. Ci, którzy chodzili z nią na lekcje opowiadali o niej niestworzone historie, o tym na przykład, że omal nie zamieniła ich w kostki lodu spojrzeniem. Roztaczała wokół siebie niepewną i dość mroczną atmosferę. Nikt nie kwapił się, aby z nią porozmawiać. Była traktowana jak zjawa. Codziennie, o tej samej godzinie wychodziła na błonia i przemierzała tą samą drogę, tak samo zresztą jak po zamkowych korytarzach i w Zakazanym Lesie. Jeden uczeń opowiadał raz, jak to wyszedł na spacer po obrzeżach Zakazanego Lasu i zobaczył ją między drzewami...
Nikt nie wiedział, że ta zjawa to w rzeczywistości Jane Clove - siedemnastoletnia dziewczyna z Ravenclawu, która codziennie podążała tą samą ścieżką czekając. Chodziła tamtędy już od kilku tygodni, od pamiętnego wieczoru na szczycie Wieży Astronomicznej. Nadal żałowała tego, co wtedy powiedziała. Tak bardzo tęskniła za Erethilionem... Nie wiedziała jak długo jeszcze tak wytrzyma. Serce bolało ją bardziej niż kiedykolwiek. Brakowało jej go. Jego uśmiechu, zapachu, oczu... Tęskniła za nim całym sercem i chciała z nim być. Dopiero teraz to sobie naprawdę uświadomiła. A nuż tym razem się uda? Może w końcu będzie szczęśliwa? Minęła jakąś grupkę Puchonów szepczących coś między sobą i zbliżyła się do bramy. Tutaj widziało ją jeszcze więcej czarodziejów. Mówili o niej Strażniczka Bramy, bo stała tam czasami godzinami i wypatrywała Erethiliona.
Koło północy z Zakazanego Lasu wyłoniła się właśnie ta postać. Blada skóra jaśniała w świetle księżyca w pełni świecącego na czystym niebie. Odbijał się on od nienaruszonej tafli jeziora i oświetlał zamek, który wyglądał wtedy przepięknie, niczym obrazek z bajki. Dziewczyna patrzyła na niego chwilę, po czym ruszyła w stronę jeziora. Już nie wytrzyma, nie da rady... Stanęła na brzegu i spojrzała na taflę wody. Zerwał się delikatny wiatr, rozwiewając lekko jej włosy. Z Zakazanego Lasu dochodziły różne szelesty i odgłosy, które nadawały tej scenerii magicznego uroku. Kochała to miejsce, ale jeszcze bardziej tego, który stąd tak nagle zniknął...
- Jane? - Cichy ale dość niski głos dotarł do jej uszu przyśpieszając bicie jej serca. Odwróciła się i zobaczyła go. Stał z torbą na ramieniu. Wysoki, postawny, czarnowłosy chłopak w którego szarych oczach odbijał się księżyc i jej jasna twarz. Rozchyliła usta ze zdziwienia, ale nie była w stanie nic powiedzieć. Mieszanina radości i zdziwienia przeważała w niej. - Co ty tu robisz? - Jego uśmiech był taki wspaniały...
- Ereth... - Powiedziała cicho i, ku jej zaskoczeniu, bardzo dźwięcznie. Nie musiała mówić nic więcej. Ereth ruszył w jej stronę, a ona oddychała coraz szybciej. W końcu stanęli naprzeciw siebie, bokiem do jeziora. Jane spojrzała w jego szare oczy. Nareszcie. Tak długo na niego czekała... Poczuła jak on obiema rękami ujmuje jej dłonie. Stali i patrzyli tak na siebie przez dłuższą chwilę.
- Tęskniłam za tobą - powiedziała w końcu Jane patrząc w jego oczy.
- Ja za tobą też, piękna. - odpowiedział chłopak. - Usiądźmy. Trochę bolą mnie nogi od tego stania. - Uśmiechnął się i oboje usiedli na ziemi nie spuszczając z siebie wzroku.
- Ereth, to co mówiłam wtedy na szczycie Wieży Astronomicznej... - zaczęła, ale on położył jej palec na ustach i szepnął:
- Ciii... Nic nie musisz mi tłumaczyć. Rozumiem. Potrzebujesz czasu.
- Nie. Nie, już nie potrzebuję - powiedziała. - Kocham cię. Na początku chciałam z tym walczyć, ale nie potrafię. To jest silniejsze ode mnie...
- Ja też cię kocham Jane - usłyszała w odpowiedzi. Patrzyli sobie w oczy, a dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nie dała rady.
Zauważyła jak twarz Erethiliona drgnęła i zaczęła powoli się do niej przysuwać. Jane nie chciała się opierać. Sama również zaczęła się do niego przybliżać. W końcu ich usta zetknęły się. Zielonooka zamknęła swe oczęta, a Ereth zrobił to samo. Na początku było to tylko delikatne muskanie ust, ale po chwili stało się bardziej wyraziste i mocniejsze. Poczuła na swej twarzy jego dłonie. Były takie ciepłe i miękkie... Ona również dotknęła jego twarzy. Gdyby tak ta chwila mogła trwać wiecznie...
***
Kiedy rano Jane schodziła do Wielkiej Sali była dużo weselsza niż poprzedniego poranka, kiedy to nie pojawiła się nawet na śniadaniu. Rozejrzała się uważnie. W tłumie uczniów ciężko było kogokolwiek wypatrzyć, ale ona go zobaczyła. Szarooki siedział przy stole Krukonów pijąc kawę i przeglądając egzemplarz Proroka Codziennego. Jane radośnie podbiegła do niego i usiadła na ławce.
- Cześć Ereth! - Zawołała wesoło.
- Witaj perełko. - Odpowiedział Erethilion i Jane poczuła na swoim policzku delikatny pocałunek. Zarumieniła się lekko po czym nalała sobie soku dyniowego aby się uspokoić. - Piszą coś ciekawego? - Spytała patrząc na leżącego na stole Proroka.
- Nie, nic. - Odrzekł chłopak i spojrzał na zegarek. - Przepraszam cię, mam trening przed sobotnim meczem quiddicha. - Powiedział i wstał. - Do zobaczenia później. - Dodał całując ją w czoło. Jane uśmiechnęła się i zarumieniła.
- Do zobaczenia. - Powiedziała dziewczyna i patrzyła za nim jak wychodził.
Podoba mi sie 4 czesc,czekalam az wyjdzie
Jak czytalam pierwszy akapit to mi sie wydawalo,ze piszesz o kims innny,troche dziwne,ze tak nagle sie pojawil i,ze nie wyjasnino czemu go nie bylo ale bardzo mi sie podobalo