Poprzednie części:
1 2 3 4 5 6 7
***
Nie mogła w to uwierzyć. Wojna? W Ministerstwie Magii? Jak zdołali przedrzeć się przez ich ochronę? Kto im o tym powiedział? Pokręciła głową, w pierwszym odruchu chcąc się wycofać i wrócić do domowego zacisza. Usiąść przy matce i pocieszać ją w tych trudnych chwilach. Zrobiła krok w tył, ale jakoś nie mogła się przemóc aby zniknąć. No halo! Była wojna! To właśnie dla takich chwil szkoliła się na aurorkę! Dla walki!
Adrenalina błyskawicznie zaczęła krążyć w jej żyłach, pobudzając ją do działania. Ścisnęła mocniej różdżkę w dłoni i zanurkowała pomiędzy walczących. Oczywiście po chwili zaatakował ją śmierciożerca. No bo jak inaczej? Rzucił w nią zaklęcie śmiercionośne, które odbiła i błyskawicznie wystrzeliła w niego ogniste pociski. Nie słyszała żadnych formułek, po prostu odpowiadała na błyski i reagowała na każde zaklęcie, które śmigało w jej stronę. Wszystko mieszało się jej w jedną całość, ale się nie zrażała. Nie teraz. Już nie mogła się wycofać.
Na ziemię spadły kolejne kawałki sufitu. Osłoniła głowę rękami. Kurz wdzierał jej się do oczu, ust i nosa, ale niezbyt ją to obchodziło. Zakrztusiła się i rozejrzała. Jej przeciwnik nie miał tyle szczęścia, co ona. Leżał przywalony stertą gruzu. No cóż, wyszło na jej korzyść. Nie zastanawiając się długo, ruszyła dalej, co chwilę rzucając jakieś zaklęcie w każdego napotkanego śmierciożercę. Nie wiedziała ile razy udało jej się trafić w zamierzony cel. Trudno. Załatwi go ktoś inny.
Dziwne, zwykle ludzie starają się uciekać z takich miejsc jak to. W trakcie walki na śmierć i życie, lub póki któraś z grup się nie wycofa. Ale nie Jane. Ona wolała walczyć. Specjalnie dążyła do samego centrum wojny. Kątem oka zauważyła całkowicie zniszczoną fontannę. Woda mieszała się na ziemi z krwią rannych.
Wtem jakieś zaklęcie trafiło w podłogę tuż przed nią, wzbijając przy tym chmurę szaroczarnego pyłu. Dziewczyna upadła na podłogę całkowicie zdezorientowana. Straszny ból w głowie spowodowany uderzeniem o twardą posadzkę zdawał się rozsadzać jej czaszkę od środka. Dotknęła jej delikatnie i z ust wymknęło jej się wyjątkowo brzydkie słowo. Wyczuła krew.
Nie czas teraz się tym zajmować pomyślała i usiadła, prawie dostając zaklęciem w ramię. Ciśnienie jej podskoczyło. Chciała rzucić w napastnika jakimś paskudnym zaklęciem, ale nie miała różdżki.
O cholera. Musiała jej wypaść, gdy się przewróciła. Kolejny czar śmignął milimetr od jej ucha. Zerwała się na równe nogi, gotowa do walki wręcz, gdyby zaszła taka potrzeba. Fakt, może wyglądałoby to przeraźliwie po mugolsku, ale co mogła zrobić w takiej sytuacji? Przecież nie da się zabić! Lekko zakręciło się jej w głowie, ale nie zwróciła na to uwagi. Uważnie zlustrowała wzrokiem podłogę. Leżało na niej pełno gruzu. Aż dziw, że się o niego nie przewróciła. Cóż, niektórzy nie mieli takiego szczęścia.
Zauważyła swoje narzędzie jakiś metr dalej. Szybko skoczyła w tamtą stronę, chcąc jak najszybciej mieć je już w dłoni. Już blisko, jeszcze tylko kilka kroków...
Tuż za nią rozległ się potężny wybuch, który wyrzucił ją do przodu jak szmacianą lalkę. Wylądowała właśnie te kilka kroków dzielących ją od różdżki dalej. Złapała ją jednym szybkim ruchem i poczuła niesamowite ciepło ogarniające ją od stóp po czubek głowy. Odwróciła się i zobaczyła czyjąś zakrwawioną rękę. Wrzasnęła i odskoczyła w bok. Ręka nie posiadała reszty ciała. Drżała jeszcze lekko, ale chyba jej się to wydawało. Do jej nozdrzy wdarł się okropny smród palonego ciała i słyszała krzyk, który zagłuszały odgłosy walki. Gwałtownie wstała, czując, że to dla niej za wiele. Nie spodziewała się czegoś takiego...
"A czegoś ty się, dziewczyno, spodziewała, co?!". Podskoczyła, słysząc w głowie obcy głos. Rozejrzała się, ale nikt nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Co to było? Do kogo on należał?
Kim jesteś? pomyślała, czując, że cała drży od nadmiaru emocji.
"A jak myślisz, kretynko? Jestem Głosem twojej podświadomości! Chciałaś walczyć - to walcz!" wrzeszczał Głos, jak postanowiła go nazywać. Podświadomość? Serio? Akurat w takim momencie?
Nie mogłaś sobie wybrać innej chwili?
"Pewnie, innej chwili. Wszyscy tak mówią. Dlaczego tak? Po co? Kim jesteś? To się robi nużące... Może lepiej przestaniesz tyle gadać i weźmiesz się do roboty? Wojna czeka! A dokładniej rozgrywa się wokół ciebie!!!"
Otrząsnęła się z zamyślenia i rozejrzała. Zauważyła jakiegoś śmierciożercę obracającego się w jej stronę.
-
Everte Stati! - wrzasnęła odruchowo i przeciwnik wpadł na ścianę prawie dwa metry dalej, zanim zdążył zrozumieć, co się właściwie stało. Impet uderzenia sprawił, że maska spadła mu z twarzy. W pierwszej chwili spłynęło to po niej jak po kaczce, ale po chwili zobaczyła coś, co sprawiło, że serce zabiło jej szybciej. Coś, co przepełniło ją niewiarygodnym przerażeniem, jakiego jeszcze nie czuła. Czas na chwilę stanął w miejscu. Krew szumiała jej w uszach, zagłuszając zgiełk walki. To nie była prawda... To NIE MOGŁA być prawda...
Chłopak powoli podniósł się z ziemi i spojrzał na nią tymi swoimi szarymi oczami, w których tak dawno temu się zakochała. Poruszył ustami, ale nie usłyszała wypowiedzianych przez niego słów. Powoli pokręciła głową, cofając się. Jak on mógł to zrobić? Dlaczego? Chciała się już stamtąd wydostać. Uciec. Teleportować się w jakieś bezpieczne, ustronne miejsce, w którym będzie mogła wszystko przemyśleć.
"Jane, jesteś tu, by walczyć" przypomniał jej Głos.
Odwal się.
Głos się przymknął, ale wiedziała, że będzie mieć z nim do czynienia częściej.
I po co jej to było? Po co pakowała się w tą głupią wojnę?!
"Raczej - po co pakowałaś się w to głupie uczucie."
Szczęknęła zębami i odskoczyła przed kolejnym zaklęciem. Łzy złości i goryczy zalewały jej oczy. Ocierała je ze złością. Dlaczego płakała? Przecież nie miała o co! To nic nie da! Nic nie zmieni!
- Jane! - usłyszała za sobą znajomy głos, który nagle napełnił ją bólem i niewypowiedzianą złością. Gniewnie wytarła kolejne łzy i dotarła do miejsca, z którego zamierzała się teleportować. Tylko dokąd?
"Spróbuj do lasu." podpowiedział Głos.
Chociaż raz okazał się przydatny. Zamknęła oczy i pomyślała o lesie, po którym spacerowała z mamą w dzieciństwie.
W ostatniej chwili poczuła jak ktoś łapie ją za rękę.
- Zostaw mnie! - wrzasnęła, odsuwając się, jakby chłopak roznosił jakąś wyjątkowo groźną zarazę. Właściwie tak właśnie było. Roznosił zdradę.
- Jane, pozwól mi wytłumaczyć...
Patrzyła na niego z taką nienawiścią, której nigdy by się po sobie nie spodziewała. Będzie się wymigiwać jak każdy śmierciożerca? Czy naprawdę był taki jak oni? A ona, głupia, mu zaufała! Oddała mu serce, a on ją zdradził. Zdradził wszystkich dookoła.
- Kochanie...
- Nie mów tak do mnie! - wrzasnęła, robiąc krok w tył. - Nie jestem twoim kochaniem! Jesteś jednym z nich! Jak mogłeś?
- Myślałem, że nie żyjesz...
- I to był powód, aby zdradzić Ministerstwo?!
Zaskoczyło ją to, jak łatwo było go zwieźć. Zauważyła w jego szarych oczach ból, ale wcale ją to nie obchodziło. Zrobił to. Odwrócił się od dobra. Wypiął się na wszystkich, którzy na nim polegali.
- Nie, ale...
- Nie ma żadnego "ale", Ereth. Zdradziłeś nas wszystkich. Odrzuciłeś wszystko w co wierzyliśmy. Po co? Dlaczego? Co chciałeś w ten sposób udowodnić?! Co ci strzeliło do tego pustego łba?! Gdzie ci wcięło mózg, do cholery?!!!
- Jane, ja tego naprawdę nie chciałem! Wysłuchaj mnie, proszę... - podszedł do niej i chwycił jej dłonie w swoje. Poczuła znajomy dreszczyk. Nie powinna go już czuć. - Bałem się, że cię stracę, rozumiesz? Kocham cię...
Zmusiła się do wyrwania się z uścisku chłopaka. Czuła łzy w oczach, ale za nic nie chciała mu ich pokazać.
- Ja tak nie mogę - spojrzała w jego szare oczy. Musiała nieco unieść do tego głowę. - Nie mogę ci ufać. To koniec. Odczep się ode mnie i nie wychylaj, jeśli chcesz pozostać na wolności.
Spojrzał na nią zaskoczony. Na pewno się tego nie spodziewał. Pewnie go to bolało. Trudno. Ona też cierpiała.
- Jeśli tego nie zrobisz, jako początkująca aurorka będę zmuszona zesłać cię do Azkabanu. Takie jest prawo, Erethilionie - odwróciła się, ocierając ukradkiem kolejną łzę.
Po chwili usłyszała głośny trzask.
Kiedy się odwróciła, zobaczyła tylko pustą przestrzeń. Tylko drzewa.
Jego już nie było.
Odszedł.
Wow, wow i jeszcze raz wow. Cały rozdział jest mega super hiper odjazdowy! Świetna część, bardzo mi się podoba. Jednak żeby nie było tak miło, muszę się podoczepiać. Jane śmiga zaklęciami na prawo i lewo, idzie jak burza przez wojnę, ale gdzie są wszyscy? Gdzie pracownicy Ministerstwa Magii? A jeśli walczą, to jak to możliwe, że Jane posyłając zaklęcia nie trafi przypadkowo kogoś z "dobrych"?. Poza tym, ona sobie normalnie rozmawia z Erethem (znaczy się, kłóci) i czemu nikt ich nie atakuje? Przecież dziesięć razy zdążyliby by ich zabić, stoją sobie po środku bitwy i gadają. Ogólnie całe opowiadanie wyszło ci mało realistycznie. Jak sama zauważyłaś, jest jeszcze początkującą aurorką, ma za duże szczęście. Trafia pełno przeciwników, a nikt jej nie dosięga? Właśnie o takie sytuacje mało realistyczne mi chodzi. Ale w całym opowiadaniu tylko to jest, dość dużym, błędem, jednak więcej uwag nie mam. Nie ma ortów, ani intów. Stawiam ocenę: PO