Dopiero kiedy ukochanej osobie coś jest, zdajemy sobie sprawę, jak bardzo nam na niej zależy. Świat nie jest idealny, czasem daje nieźle w kość.
Słowem wstępu, chciałam powiedzieć, że w tym opowiadaniu Fred żyje, wiem o tym. Jest to zrobione specjalnie.
Ginny obudziła się bardzo wcześnie i zaczęła bezmyślnie rozglądać się po pokoju. Nigdy nie zastanawiała się, czy był ładny. Niebieskie ściany, półka na książki, biały kredens. W kącie stał wazon z wielkim kwiatem. Był także mały stolik, bo biurka nie potrzebowała. Ponadto łóżko i zielony dywan. Wszystko niby niedobrane i zupełnie nie pod kolor, ale jednocześnie idealnie komponujące się ze sobą. Poderwała się i szybko ubrała. Cichutko przemknęła do łazienki. Kilka desek zaskrzypiało, kiedy stąpała po schodach. Cały dom jeszcze spał. Umyła się, co groziło obudzeniem domowników. Kiedy wyszła, usłyszała mamę krzątającą się po domu. Zeszła na dół do saloniku i przeszła do kuchni.
- Dzień dobry, mamo! - wykrzyknęła cichutko.
- Jak się spało? - spytała Molly, przygotowując śniadanie. Machnęła krótko różdżką i naczynia po wczorajszej kolacji zaczęły się zmywać.
- Och, nie najgorzej, ale trochę smutno bez Harry'ego - odparła.
Molly wiedziała, że Ginny bardzo kocha młodego Pottera i po tylu dniach spędzonych ostatnio razem, trudno jest jej się przyzwyczaić do jego nieobecności.
Pani Weasley nie mogła patrzeć, jak ukochana córka rośnie. Niedawno była taka mała! Jak ten czas szybko leci. Molly przybierała na co dzień maskę surowości, ponieważ starała się jakoś przygotować Ginny do dorosłego życia. Lecz w głębi serca była przerażona na myśl, że jej jedyna córka niedługo wyprowadzi się z domu, wyjdzie za mąż. Przez te wszystkie lata była z niej taka dumna! Chciała jej pomóc w sprawie z Harrym, ale nie mogła. Musiała przyswoić myśl, że Ginny jest już prawie dorosła i radzi sobie sama, bez pomocy. Otrząsnęła się z zamyślenia i zdała sobie sprawę, że córka zadała jej pytanie.
- Yyy, co mówiłaś? - zapytała.
- Co jest na śniadanie? - powtórzyła Ginny.
- Jajka, tosty i płatki. A jak będziesz chciała, to zrobię kiełbaski.
- Z chęcią, poproszę! - odpowiedziała córka, popijając wodę.
Usłyszały stukot nóg i po schodach zbiegł Ron. Był zaspany, zapomniał nawet założyć szlafrok. Na nogach miał papcie mamy, z kwiatuszkami. Ginny z trudem powstrzymała śmiech. Miał potarganą czuprynę i śpiochy pod oczami.
- Co na śniaaaadanie? - ziewnął.
- No tak, ten to wiecznie jest głodny - pomyślała Ginny.
- Nie hałasuj tak! - upomniała go matka, przerywając zmywanie. - Wszystkich obudzisz!
- O co ci chooooodzi? - odezwał się jeszcze nie do końca przytomnie.
- O to, że jak będziesz tak głośno, to pobudzisz resztę! - fuknęła Ginny i usiadła do stołu.
Ale już było za późno. Właśnie zszedł tata, a za nim George i Fred. Wszyscy byli w piżamach i szlafrokach i, tak jak Ron, nie do końca byli przytomni. Tacie odcisnęła się poduszka na policzku, Fred miał zaspany wzrok, a George głośno ziewał.
- Co to za krzyki? - zawołał Artur.
- Na razie to tylko ty krzyczysz, kochanie - powiedziała Molly.
Wszyscy usiedli do śniadania, wymieniając między sobą nowinki. Okazało się, że Percy dostał awans i jest teraz naczelnym redaktorem "Proroka codziennego".
Nagle usłyszeli pukanie w okno. To Hedwiga, sowa Harry'ego. Ginny w podskokach podbiegła ją wpuścić. Odczepiła list, a w miarę jak zagłębiała się w jego lekturę, jej oczy robiły się coraz szersze. Na końcu zatoczyła się i opadła na krzesło.
- To jest niemożliwe!- wyjąkała, dysząc ciężko.
- Ginny, podaj proszę list - poprosiła zdenerwowana mama, podtrzymując córkę na kolanach.
Molly również przeczytała go ze strachem w oczach.
- No co? Co jest? - dopytywała się rodzina. Takie zachowanie u Ginny rzadko się zdarzało. Zazwyczaj nie tak łatwo poddawała się emocjom.
- Hermiona, ona... - zająknęła się Ginny, na przemian blednąc i zieleniejąc.
- O co chodzi, mamo? Co z Hermioną? - powiedział panicznie Ron, miętoląc rąbek piżamy, jak wtedy, kiedy jest zdenerwowany.
- Hermiona jest na ostrym dyżurze w Mungu - wydusiła cicho Molly.
W kuchni zapadła grobowa cisza. Pierwszy wstał Ron.
- Jedziemy tam! - krzyknął i pobiegł na górę się ubrać. Chwilę później był już z powrotem. - Szybko! - poganiał, zakładając kurtkę i wiążąc buty. - Opowiecie nam po drodze, co się stało, ale teraz szybko, musimy już iść!
Cała rodzina zerwała się i błyskawicznie ubrała. W pięć minut byli gotowi. Nie każdy miał dobrane rzeczy, ale nie było na to czasu. Wyszli z domu, a Molly zamknęła drzwi zaklęciem. Ron poprzewracał przy okazji parę kaloszy i zdeptał kwiaty. Wyszli za bramę i zaczekali na mamę. Kiedy byli w komplecie, deportowali się wprost przed progiem Munga. Weszli do środka i podeszli do lady. Wnętrze zmieniło się, odkąd byli tu na święta. Królowały tu barwy niebieskie, a na ścianach wisiały portrety słynnych uzdrowicieli. Nie było już choinki, tylko mała sadzawka, gdzie ludzie wrzucali monety na szczęście. Ron z chęcią by wrzucił, za Hermionę, ale nie miał nic przy sobie (w ogóle nie miał za wiele). W poczekalni siedzieli ludzie z różnymi chorobami. W oczy rzucał się pan z nogami kurczaka oraz pani z kłami zamiast przednich zębów. Molly zapytała blondynkę stojącą za ladą.
- Przepraszam, my do Hermiony Granger, panienki na ostrym dyżurze.
- Och, tak jest u nas - odpowiedziała znudzona kobieta, żująca gumę. - Proszę poczekać przed drzwiami nr. 258.
- Dziękuję - powiedział Ron i szybko pobiegł we wskazanym kierunku. Zatrzymał się przed odpowiednimi drzwiami. Miały złote zdobienia, były brązowe i prosto wykonane. Zaczął szarpać za klamkę, aby go wpuszczono. Kiedy jego starania poszły na marne, zrezygnowany postanowił poczekać. Rodzina usiadła, a Ginny chciała opowiedzieć, co się stało, ale Ron uciszył ją, bo chciał się dowiedzieć o tym dopiero po przyjściu lekarki. Chodził w tę i z powrotem, nie mogąc się uspokoić.
- Ktoś wie, dlaczego nie ma Harry'ego? - przerwała milczenie Ginny.
- Nie mógł. Jest w pracy, a szef nie chce go zwolnić wcześniej - odpowiedział pan Weasley. - Zdążył tylko wysłać nam sowę, rozmawiałem z nim przez kominek.
Po długim oczekiwaniu wyszła uzdrowicielka.
- Dzień dobry, nazywam się dr Saide - przywitała się.
- Co z Hermioną? - poderwał się Ron.
- Z panną Granger jest bardzo niedobrze...
Ogólnie widać progres. Piszesz już coraz lepiej, masz silne fundamenty w tej historii. Zostają do dopracowania już tylko szczegóły. Jakie? Ano proszę ;D
Stukot nóg brzmi strasznie dziwnie. Zawsze się mówi "stukot butów", ale tutaj Ron miał papcie (swoją drogą to takie słodkie ;D), więc w ogóle zrezygnowałabym z tego wyrażenia i napisała to inaczej.
Ja wiem, że chciałaś dodać więcej opisów i to jest naprawdę fajne, ale tutaj nie zdanie z Ronem wyskakuje ni z gruszki ni z pietruszki. Molly zamyka drzwi a Ron przy okazji przewraca kalosze. Przecież to dziwnie brzmi. Opis powinien się łączyć, więc tutaj trzeba dopracować. ; )
"panienki na ostrym dyżurze" - w życiu nikt by tak nie powiedział.
To były minusy, ale naprawdę nie ciążyły one jakoś bardzo na tej części. Teraz czas na przyjemniejszą część komentarza, czyli plusy. Na plus na pewno mogę zaliczyć:
- ładnie zbudowane zdania (tylko raz musiałam poprawić, bo było za długaśne)
- opis pomieszczeń i osób (pokoje, hol w szpitalu, zaspana rodzinka)
- kwestie Rona (były prześmieszne i przesłodkie. Uwielbiam Twojego Rona!)
- umiejętne przedstawienie emocji bohaterów (tutaj były jakieś małe zgrzyty, jak dziwne zdania Molly albo Ginny, ale ogólnie udało Ci się ich emocje ładnie przedstawić)
Myślę, że możesz być z siebie dumna. Następna część z pewnością będzie jeszcze lepsza!