Richard wybiegł z sypiącego się budynku, mocno ściskając w ręku różdżkę. Obraz miasteczka zmienił się diametralnie od kiedy Auror uciekał przed walącą się na ulicę ścianę kościoła. Wokół unosiła się gęsta chmura pyłu ograniczająca widoczność do zaledwie paru metrów. Cała okolica opanowana była przez grube pnącza, które zastygły w bezruchu. Gdzieś z oddali docierały przytłumione krzyki, co przypomniało Richardowi o tym, w jakich okolicznościach po raz ostatni widział Dereka. Powoli przedzierał się przez rumowisko, mając nadzieję, że otaczająca go flora nagle nie ożyje. Kawałki kamieni zsypywały się z resztek stojących jeszcze murów, kiedy Auror szukał jakiegokolwiek oparcia podczas wspinaczki na kolejną górę gruzu. Kierował się w stronę głosów, mając nadzieję, że nie okaże się to kolejną pułapką przygotowaną przez kobietę w szkarłacie. W głowie nadal miał wizję cierpiącej Grace, dzięki której najprawdopodobniej jeszcze się nie poddał atakującemu go z licznych ran bólowi. Pośród podartych szat widać było zaschniętą krew, lepiącą się do brudnego materiału. Każdy ruch powodował, że ta bordowa maź odrywała się od świeżych ran powodując kolejne krwawienie.
Auror w końcu przedarł się na drugi koniec ulicy, gdzie zza rogu usłyszał o wiele wyraźniej gwar rozmów. Wmawiając sobie, że to nie jest kolejna pułapka podążył wzdłuż wąskiej alejki. Mimo iż udawało mu się przez cały ten czas ignorować ból, nie mógł oszukać własnego ciała. Każdy krok był coraz trudniejszy, a świat zaczynał wirować od czasu do czasu. Richard upadł na kolana, próbując zapanować nad wariującymi zmysłami. Złapał się obiema rękami za głowę i próbował uspokoić swój nagle płytki i szybki oddech. Panika powoli przenikała do jego umysłu. Mężczyzna usłyszał cichy chichot, który zdawał się nie należeć do tego świata. Richard zacisnął mocno oczy i krzyknął z całych sił, próbując zagłuszyć szyderczy śmiech, lecz bezskutecznie. Upadł na popękany grunt. Nie miał nawet sił płakać, kiedy powoli osuwał się w otaczający go mrok. Ostatnie co pamiętał to krzyk mężczyzny, który prawdopodobnie próbował unieść wiotkie ciało Richarda.
***
Harry zagłębiał się w plątaninę gałęzi. Wraz z kilkoma innymi aurorami dawno stracili z oczu widok rynku w Kendal. Co jakiś czas przystawali, rozświetlając okolicę oraz rzucając zaklęcie wskazania kierunku. Postanowili poruszać się w jak najbardziej prostej linii na północ, mając nadzieję, że w sercu tego nienaturalnego lasu odnajdą osobę odpowiedzialną za ten cały chaos. Szli już tak drugi kwadrans, przesuwając się powoli, uważając na każdą przepaść, spróchniały konar, czy wijące się wokół młode pędy najeżone ostrymi kolcami. Otaczała ich niemal nieprzenikniona ciemność i cisza. Potterowi zdawało się, że zaraz za gęstą ścianą znajduje się pustka, jednak kiedy już zaczynał nabierać pewności w swoim przypuszczeniu, wyczuł chłodny powiew wiatru, a następnie zza zakrętu zobaczył mknący gdzieś cień.
- Różdżki w gotowości, ktoś jest nieopodal – rzekł prawie beznamiętnym tonem. Jego uwaga zbytnio pochłonięta była nowym zjawiskiem, które tak nagle przerwało dotychczasową monotonię ich wędrówki. Nagle, bez ostrzeżenia otaczająca ich roślinność ożyła, atakując zaciekle grupę aurorów. Doświadczeni walką z czarną magią czarodzieje zareagowali niemal instynktownie, rzucając najróżniejsze zaklęcia z godną podziwu precyzją. Harry błyskawicznie uskoczył pikującemu prosto na niego pnączu, jednocześnie szybkim machnięciem różdżki przepoławiając naszpikowaną igłami gałąź, szykującą się do ataku. Czuł, że jego oddział pracował niestrudzenie, próbując odeprzeć ten atak.
„Incendio!” krzyknął Potter podpalając agresywną florę. Chwilowo żar zaklęcia zmusił magiczne pnącza do odsunięcia się. Pozostali aurorzy od razu podłapali pomysł i również zaczęli zyskiwać przewagę za pomocą ognia. Las zaszumiał złowieszczo, kiedy płomienie zaczęły się rozprzestrzeniać. Harry nie mógł uwierzyć w to, co właśnie zauważył. Roślinność niezajęta przez pożar w mgnieniu oka oddaliła się od rozżarzonego drewna, chroniąc się przed dalszą eskalacją ognia.
- To wygląda jakby ten las miał własny umysł. Musimy jak najszybciej…
Pozostali aurorzy jednak nie usłyszeli co Potter miał im do zakomunikowania, gdyż wszelkie dźwięki zagłuszył przenikliwy kobiecy głos.
- W końcu się spotykamy, Harry Potterze. Zapewne liczysz na to, że nas zniszczysz, pozbędziesz się nas z tego świata za pomocą... różdżki. Muszę cię jednak zmartwić, ta magia już nas nie powstrzyma. - Dym unoszący się ze spalonych pnączy zaczął formować się przed grupką aurorów w postać wysokiej, szczupłej kobiety. Ubrana była w przylegającą do ciała szkarłatną suknię, na którą opadały delikatnie długie, czarne włosy. – Harry Potterze, widziałam już twoje lęki i nadzieje. Jak na taką legendę, twój umysł pozostaje nad wyraz otwarty, niczym księga. Postaram się sprawić, że wszystkie twoje obawy staną się rzeczywistością.
- Jesteś tylko jedna, mamy przewagę liczebną. Poddaj się, póki masz na to szansę.
Kobieta zaśmiała się, prowokacyjnie wyciągając przed siebie rękę. Harry krzyknął
„Drętwota!”, a z jego różdżki wystrzelił czerwony promień. Zaklęcie jednak nie dotarło do celu zatrzymując się w połowie drogi i gasnąc.
Atakując mnie, podpisałeś właśnie na siebie wyrok. Znam już charakter twojej magii, zasmakowałam jej, a teraz poznasz czym są prawdziwe czary. - Wytężyła wzrok, koncentrując się na kawałku ostrokrzewu, lecz nic się nie działo. Nagle Harry poczuł jak różdżka sama drży w jego dłoni, po czym wystrzeliła złoty promień, który ugodził kobietę w klatkę piersiową. Ta krzyknęła zajadle i rozpłynęła się w powietrzu. Zanim całkiem zniknęła, Harry widział, że tam gdzie ugodziło zaklęcie, ziała teraz czarna, gęsta masa. Potterowi przypominało to mrok kryjący się pod kapturami dementorów.
- Jednak zaskoczyłeś mnie wybrańcu – rozległ się gdzieś z oddali głos kobiety. - Ochroniłeś swoją różdżkę przed zniszczeniem. Wyczułam moc śmierci, testrala i czarnego bzu. Ale to nic, to zaledwie niewielki konar, który chwilowo zastawił drogę. - Przerwała na chwilę, a w lesie zapadła niepokojąca cisza. - Na szczęście przywiodłeś ze sobą tych wszystkich aurorów. - Dało się słyszeć szept, po którym trzech aurorów stojących za Harrym krzyknęło i złapało się za głowę. Upadli oni na kolana i zaczęli się krztusić. Dwóch kolejnych, próbując im pomóc rzuciło się w stronę ofiar. Kiedy tylko dotknęli nieszczęśników, czarna niczym smoła maź oplotła ich ręce i wniknęła w nich. Po krótkiej chwili Harry zauważył coś, co pamiętał z dawnych lat. Przerażenie w oczach skierowanych na własne ręce, które w mgnieniu oka zacisnęły się na ich szyjach. Potter nie czekając na to, aż ci się uduszą, rzucił zaklęcia ogłuszające. W międzyczasie krztuszący się aurorzy wstali powoli unosząc swoje różdżki, celując w swoich kolegów.
- Może i potrafisz uchronić ich przed moją magią, ale czy potrafisz ocalić ich przed sobą nawzajem? - rzekł kobiecy głos.
- Przestań!
„Protego!” - krzyknął oddzielając walczących ze sobą aurorów. - Czemu aż tak bardzo pragniesz nas unicestwić?
- Och, liczysz że w tym momencie wyjawię tobie moje motywy, plany. Liczysz, że znajdziesz w mojej przeszłości traumatyczne przeżycie, które skierowało mnie na tą ścieżkę. Muszę cię jednak zmartwić. - Machnęła jakby od niechcenia ręką w stronę wyczarowanej bariery, a ta rozpłynęła się w oka mgnieniu.
- Jak ty to robisz, nie masz...
...nawet różdżki w ręku – dokończyła za niego, udając łamiący się ton głosu Pottera. - Tak, słyszę twoje myśli wybrańcu. Nawet nie muszę się przy tym wysilać, twój umysł wręcz wrzeszczy te wszystkie oklepane hasełka. Zawiodłam się na tobie. Słyszałam opowieści, które ukazywały cię jako niezwyciężonego bohatera, a tymczasem zwykła kobieta potrafiła stawić mi większy opór niż ty. Jakoś będę musiała to znieść – westchnęła. - Niech przedstawienie trwa dalej!
Kobieta ponownie rozpłynęła się w gęstą mgłę, która ruszyła w stronę Harry'ego. Rzucił prędko kilka zaklęć, lecz te przeleciały przez zbliżające się zagrożenie, nie wyrządzając mu żadnej szkody. Na chwilę stracił wizję tego, co działo się wokół. Wydawało mu się, że przez szary dym widzi jak aurorzy ponownie wrócili do walki ze sobą. Chciał unieść rękę z różdżką, ale nie mógł ruszyć żadnym mięśniem. Klęczał na chłodnej murawie, dysząc ciężko. Ponownie usłyszał kobiecy głos.
„Czuję twój żal, czemu nie przyszedłeś tu sam? Oszczędziłbyś tym biedakom cierpienia, a tak... cóż, będziesz patrzył jak giną. Jeden po drugim.” Na chwilę zamilkła wsłuchując się w myśli Pottera.
„Tak, możesz być pewien, że zadbam o to, by przed śmiercią każdy z nich był przekonany, że to tylko i wyłącznie twoja wina, że giną w tym lesie.” Harry chciał krzyczeć, lecz mięśnie twarzy również nie reagowały. Mgła się rozpierzchła, by mógł widzieć co dzieje się wokół. Różdżka z ostrokrzewu wysunęła się z jego luźnej dłoni i potoczyła po mokrej trawie. Aurorzy walczyli zaciekle ze sobą. Ziemia między walczącymi pękała od natężenia magii. Dwa z rzuconych uroków zderzyły się ze sobą eksplodując ferią barw. Kilka z magicznych „odłamków” spadło na policzek Harry'ego. Poczuł ból i zapach spalenizny, lecz nie był w stanie zareagować. Nagle za jednym z aurorów pojawiła się kobieta w szkarłacie, łapiąc go za ramię. Jak w zwolnionym tempie widział, jak salwa klątw leci w unieruchomionego aurora. Harry wytężył wszystkie swoje siły, udało mu się przełamać urok czarownicy. Odzyskał władzę nad swoimi mięśniami. Porwał z trawy różdżkę i rzucił zaklęcie ochronne. To co stało się potem, spowodowało, że mimo władzy nad ciałem, nogi zachwiały się pod nim. Mgła iluzji opadła, pokazując przykrą prawdę. Wybraniec rozpoznał, że uroki, które zablokował, wcale nie miały na celu kogokolwiek ranić. Ich przeznaczeniem było uwolnienie unieruchomionego aurora, gdyż to nie kobieta, a wijące się pnącza złapały go za przedramię. Harry chciał zamknąć oczy, by nie widzieć dalszego ciągu wydarzeń, lecz iluzja już dawno opadła. Agresywna roślinność oplotła szczelnie aurora i porwała go w ciemną gęstwinę.
„Myślałeś, że chronisz go przed śmiercią. Jakie to szlachetne z twojej strony. Ciekawi mnie czy w końcu wybijesz się z tych oklepanych schematów twojej bohaterskości. Twoje własne działania spowodowały, że ten mężczyzna umarł. Możesz winić tylko i wyłącznie siebie. Co zrobisz teraz Harry Potterze? Co zrobisz, gdy nie możesz wierzyć swoim własnym zmysłom? Hmmm?” Harry złapał się za głowę i krzyknął głośno, chcąc zagłuszyć natarczywy głos w swojej głowie. Zaczął machać szaleńczo różdżką, podpalając okoliczną roślinność. Chciał za wszelką cenę uwolnić swoje myśli od obecności kobiety w szkarłacie. Dawne porażki podczas lekcji oklumencji dały o sobie znać, szczególnie gdy poczuł, że wróg zdołał zapuścić w jego umysł, swoje mroczne macki o wiele dalej niż kiedykolwiek udało się to Snape'owi, czy Voldemortowi.
„Znów popadasz w schematy, ale mogę cię zapewnić, że jest jedno wyjście z tej sytuacji. Poddaj się, a przynajmniej twoi aurorzy przeżyją, próbuj walczyć dalej, mimo to iż zdołałam już pokazać, że nie jesteście w stanie wygrać, a zginą wszyscy w tym miasteczku. Wybór należy do ciebie, wybrań...” Nie zdążyła dokończyć. Harry'ego przeszedł zimny dreszcz. Oberwał oszałamiaczem od jednego z aurorów. Był im wdzięczny za to, gdyż mimo staraniom ich wroga, w końcu osuwał się w nieprzytomność. W mrok, który zdawał się być przytulnym w porównaniu do wiercącego głosu i fałszywych wizji.
„To jeszcze nie koniec Harry Potterze, jeszcze się spotkamy” usłyszał cichnący głos kobiety w szkarłacie, zanim całkiem zemdlał.
***
Grupa uderzeniowa Pottera wyłoniła się z magicznego lasu. Ich liczba była uszczuplona o trzech. Dwóch niosło na ramionach nieprzytomnego Harry'ego, którego ciało drżało niepokojąco. Pozostałych trzech rzucało zaklęcia, cofając się przed atakującymi ich pnączami. Po wszystkich było widać, że przeszli przez piekło. Ich szaty były poszarpane i osmalone, a na rękach oraz twarzach widać było długie pręgi i rozcięcia z których sączyła się krew. Kiedy dotarli do położonej na wzgórzu placówki, gdzie uzdrowiciele próbowali leczyć rannych, las zaatakował opustoszałe już miasteczko. Widzieli na własne oczy jak flora kruszyła mury domów, jak wdzierała się przez okna i odcinała ulice od dostępu do światła słonecznego. Godzinę później nie było śladu po miasteczku Kendal. Zastąpił je mroczny las, pełen poskręcanych konarów, z którego dochodziły niepokojące pomruki i dźwięk trzaskającego drewna.
Jestem zawiedziona. Liczyłam na Richa i Grace, a tu prawie cały rozdział o Potterze... bleh.
Dobrze że chociaż zrobiłeś mu krzywdę. Nie wiem, czy to przez to, że nie lubię Harry'ego, ale ten fragment mi się czytało najlepiej. Ciągle zadawałam sobie pytanie "co to jest? co to będzie?" i bardzo mnie to wciągnęło. Z jednej strony miałam nadzieję, że to się zaraz skończy, że wyjdą z lasu albo wygrają, a z drugiej chciałabym ten stan niepokoju utrzymywać dłużej. No i to, że powinien przyjść sam i oszczędzić cierpienia, to takie Potterowe.
Jeszcze bardzo podoba mi się wypowiedź kobiety o tym, że Potter ją zawiódł i że jego umysł krzyczy "te oklepane hasełka".
Ogólnie jest dramatycznie, lubię to i jestem bardzo ciekawa, co będzie dalej. Raczej nie pozwolisz złej magii zniszczyć wszystkiego i bardzo się zastanawiam, jak z tego wybrniesz. Pewnie poszukiwania Grace coś tutaj dadzą.
Mam nadzieję, że w kolejnym rozdziale będzie o nich więcej i że kolejny rozdział będzie szybciej, niż ten.
Jeszcze chciałam zaznaczyć, że o wiele lepiej się czyta jeżeli nie ma nadmiaru "swoich".