Wewnętrzne napięcia rosną, jak poradzą sobie z nimi Grace i Richard?
Richard wracał późnym wieczorem do mieszkania, obawiając się tego, że Grace prawdopodobnie nadal jest na niego zła. Włożył pod ramię bukiet kwiatów i pudełko marcepanowych myszek, kiedy otwierał drzwi do mieszkania. Ostrożnie zaglądnął do środka, upewniając się, że nie została na niego zastawiona żadna klątwa. Po ostatnim wybuchu spodziewał się dosłownie wszystkiego, biorąc pod uwagę rozległą wiedzę niewymownej dotyczącą magicznych pułapek. Odetchnął głęboko, widząc że w salonie świeci się delikatne i migotliwe światło świec.
- Grace, jesteś?
Wszedł do pokoju, gdzie zastał swoją żonę siedzącą nad stertą papierów i wpatrującą się w niego intensywnie. Nie odpowiedziała ani słowem, co sprawiło, że Richard jeszcze bardziej się zmieszał.
- Przepraszam za to, że ostatnio nie było mnie przy tobie.
Wyciągnął przed siebie bukiet czerwonych róż. Kobieta jedynie przelotnie zerknęła na podarunek, po czym odwróciła się, patrząc przez chwilę na okno.
- I myślisz, że kilka ściętych kwiatów naprawi to, że ostatnio jedynie zawodziłam się na tobie?
- Ja nie chciałem, po prostu w pracy mam...
- Widzisz? Znowu zaczynasz o swojej pracy. – Kobieta zerwała się i podeszła do Richarda, zmuszając go do wycofania się pod ścianę. - Nie ma ani chwili, byś o niej nie mówił. Masz przecież ludzi pod sobą. Naprawdę są na tyle nieudolni, że nie poradziliby sobie bez ciebie przez kilka godzin?
- Wiesz, że jestem za nich odpowiedzialny.
- I dlatego postanowiłeś zostać ich niańką? – Grace usiadła na sofie, zakładając ręce i wbijając gniewne spojrzenie w swojego męża. - Ricz, ja wiem że dzieją się teraz naprawdę dziwne rzeczy, ale chyba zapomniałeś, że jesteś nie tylko aurorem.
Mężczyzna położył bukiet i bombonierkę na stole, po czym usiadł obok Grace. Chciał ją objąć, jednak po chwili spuścił głowę. Zapadła cisza pełna napięcia. Niewymowna w końcu westchnęła wymownie, powracając do sporządzania tłumaczenia.
- Przepraszam.
- To już dzisiaj słyszałam, lecz ani trochę nie pomaga mi to w przekonaniu, że mogę na tobie polegać.
- Co zatem mam zrobić? Kocham cię.
- To już chyba powinieneś sam wiedzieć. – Grace odłożyła pióro i spojrzała prosto w oczy swojego męża. Na jej twarzy nie było już gniewu, lecz spokój i skupienie. Westchnęła głęboko, chcąc ułożyć odpowiednie słowa w swoich myślach, zanim je wypowie. – Ja też ciebie kocham. Chciałabym tylko czuć, że mam w tobie wsparcie, że w razie czego zawsze będę mogła szukać u ciebie pomocy. – Położyła dłoń na ramieniu aurora, po czym powoli zsunęła ją, wodząc po lekko zarysowanych mięśniach wyczuwalnych pod koszulą.
- Już więcej cię nie zawiodę.
- No ja myślę. Następnym razem może stać mi się coś naprawdę złego. – Kobieta uśmiechnęła się w przeciwieństwie do Richarda.
- Nawet tak nie mów. Nie wiem co bym zrobił, gdyby coś się tobie stało.
- Zatem nie odstępuj mnie ani na krok. – Złapała delikatnie rękę aurora i przyłożyła ją do swojego policzka. Richard także się uśmiechnął, po czym pocałował Grace.
- Tak już lepiej – szepnęła kobieta, po czym znów połączyli się w pocałunku.
- Masz ochotę na twoje ulubione słodycze? – Auror otworzył pudełko, z którego od razu uniósł się intensywny aromat marcepanu. Niewymowna jednak skrzywiła się nieco, po czym złapała kwiaty i pobiegła z nimi do kuchni.
- Grace, coś nie tak?
Richard siedział tak przez chwilę skołowany. Przeszło mu nawet przez myśl, że może myszki są przeterminowane. Po szybkim sprawdzeniu daty na pudełku odetchnął z ulgą. Nie chciał mieć na swoim koncie kolejnej wpadki. Im dłużej myślał tym bardziej zachowanie jego żony wydawało mu się dziwne. Jako łamaczka klątw na pewno miała do czynienia z o wiele gorszymi zapachami niż marcepan, który do tej pory uwielbiała. Z rozmyślań wyrwał go głos zbliżających się kroków. Pospiesznie zamknął pudełko i rzucił je pod szafę.
- Pomyślałam sobie, że najlepiej będzie jak wstawię te kwiaty do wazonu. Szkoda by było, gdyby zaraz zwiędły.
- Więc na czym my to skończyliśmy.
- Na tym, że już nigdy więcej nie złamiesz danej mi obietnicy, bo w przeciwnym wypadku może się stać coś baaardzo złego.
Grace usiadła na kolanach Richarda i zaczęła wodzić swoją dłonią po jego twarzy, w końcu mocniej złapała podbródek i przyciągnęła usta aurora do swoich.
***
Richard obudził się leżąc na dywanie. Nieopodal słyszał trzask dochodzący z kominka. Uchylił lekko oczy i zobaczył Grace siedzącą obok z podkulonymi nogami. Kobieta wpatrywała się w skaczące płomyki ognia. Mężczyzna podniósł się z podłogi i przysunął do żony, obejmując ją. Siedzieli tak w ciszy dłuższą chwilę.
- Pamiętasz, że mój brat zaprosił nas dziś na obiad?
- Mhmm – mruknął Richard. Kompletnie zapomniał o tym, że Blake zaproponował im spędzenie razem wieczoru po tym, jak dowiedział się, że wcześniej wracają do Anglii. – O czym tak myślisz?
- O wielu rzeczach. Coś wykraczającego poza naszą wiedzę szaleje, zbierając swoje żniwo. Czasem mam wrażenie, że tylko my jesteśmy w stanie to powstrzymać.
- Skąd niby przyszło ci to do głowy?
- Czemu zatem tylko mi udało się jak na razie uzyskać choćby niewielki ułamek wiedzy na temat tego języka? Wielu niewymownych jest w to zaangażowanych, jednak akurat mi trafił się grobowiec, gdzie słowa zapisane były także w naszym języku.
- Przypadek.
- Przestałam w nie wierzyć już dawno temu. Ricz, nic nie dzieje się bez przyczyny. Sam widziałeś do czego zdolne jest to coś. Popatrz tutaj.
Grace podniosła z ziemi jedną z zapisanych kartek i podała ją Richardowi, pokazując w którym miejscu powinien spoglądać.
- To są te zdania, które wtedy słyszałeś. Nie jestem jeszcze w pełni pewna znaczenia kilku słów, ale mam wrażenie, jakby miało to oznaczać; ofiarowałam ci życie, a teraz odbieram, bo nigdy do ciebie nie należało.
- I tyle? Żadnych ukrytych zaklęć?
- Myślę, że TO było zaklęcie. Sam mówiłeś, że te słowa były jakby przepełnione mocą.
Richard wstał nagle i zaczął się ubierać, co chwilę przystając i spoglądając na kawałek pergaminu, gdzie były zapisane słowa dziwnego zaklęcia.
- Niech zgadnę, idziesz do pracy? Podobno miałeś mieć dzisiaj wolne.
- I mam, jednak muszę jak najszybciej powiedzieć o tym Potterowi. Przekażę mu tylko, że świetnie radzisz sobie z tłumaczeniem, no i co oznaczały tamte słowa, a potem od razu wracam tutaj.
Grace tylko wydała z siebie pomruk niezadowolenia, który został stłumiony przez pocałunek, który pospiesznie złożył na jej ustach Richard, zanim wskoczył w zielone płomienie. Kobieta patrzyła jeszcze przez chwilę w szmaragdowy płomień, który powoli zmieniał swoją barwę na odcienie czerwieni.
***
Grace aportowała się zaraz przed furtką prowadzącą do domu jej brata. Z gniewem pchnęła drewniane drzwiczki i szybkim krokiem podeszła do drzwi. Nacisnęła dzwonek i czekając wyobrażała sobie na ile wymyślnych powodów mogłaby ukarać Richarda za to, że znów wystawił ją do wiatru. Z rozmyślań wyrwało ją skrzypienie starych zawiasów.
- Cześć Gracy, gdzie Richard?
- Nawet mi o nim nie wspominaj. Wkurzył mnie dziś jak nigdy.
- Och, to w takim razie zapraszam. Przygotowałem już przystawkę w jadalni, ale wiesz co? Może usiądziesz na razie w salonie?
- Przygotowałeś zastawę na trzy osoby, tak? Blake, nie jestem aż tak dziecinna.
Oboje podążyli wąskim przedpokojem. Grace dawno już nie była w domu swojego brata, więc rozglądała się wokół z zaciekawieniem.
- Widzę, że przybyło tu i ówdzie kilka ozdób. Jak tak dalej pójdzie to zagracisz to miejsce w takim stopniu, że nie będzie się dało tu wejść.
- Wiesz, że mam słabość do drobiazgów. To co, zjesz najpierw coś na ciepło, czy może od razu podać coś mocniejszego?
- Wiesz, zjadłabym kiszone ogórki. Masz jeszcze w piwnicy kilka beczek?
- Och, jasne. – odrzekł lekko zmieszany tak dziwną prośbą. - Zaraz przyniosę, proszę rozgość się.
Grace zdjęła ze swoich nóg szpilki i usiadła na miękkiej poduszce leżącej nieopodal. Próbowała wyciszyć swoje szalejące myśli, lecz bezskutecznie. Przez głowę przelatywały jej wspomnienia z ostatnich kilku tygodni. Szczęście i oderwanie się od codziennych trosk, kiedy byli we Francji, poirytowanie spowodowane skróceniem ich miesiąca miodowego i obiecywanie sobie, że to nic nie zmieni. Wiedziała, że Richard nieświadomie robił to wszystko, a przynajmniej nie z premedytacją. Przecież za to go pokochała, za to, że był oddany temu co robi, że bezpieczeństwo innych stawia ponad swoje własne.
- A więc to ciebie wybrała. – Grace usłyszała przenikliwy syk dobywający się zza jej pleców. Obróciła się nagle, jednocześnie wyciągając z torebki różdżkę. Na stojącej w kącie pokoju komodzie siedziała kobieta ubrana w szkarłatną suknię. - Kim jesteś? Jak weszłaś do domu mojego brata?
- Tyle pytań, tak mało zrozumienia – rzekła znudzonym głosem, przyglądając się swoim paznokciom. Liczyłam na nieco większe wyzwanie.
- Albo przestaniesz gadać od rzeczy, albo będę zmuszona wyprosić cię stąd w nieco mniej przyjemny sposób. – Grace czuła jak wzbiera w niej gniew, którego źródła nie mogła się doszukać. Chciała się wycofać, jednak to narastające pragnienie jak najszybszego pozbycia się intruza, stawało się z każdą sekundą coraz bardziej naglące.
- Chcesz walczyć ze mną tym?- Zaśmiała się pogardliwie, jednocześnie zeskakując bezszelestnie z mebla. - Proszę zatem, pokaż mi na co cię stać.
- Drętwota!
Czerwony promień przeleciał przez ciało dziwnej kobiety. Grace zamrugała oczami, nie mogąc uwierzyć w to, co zobaczyła.
- Grace? Co się tam dzieje?
- Widzę, że nie jesteś tu sama. Chcesz spróbować cisnąć we mnie jeszcze jakąś klątwę, czy może pobiegniesz po pomoc?
- Kim jesteś?
- Na Danu, ale przynudzasz.
Niewymowna posłała kilka kolejnych czarów, jednak tak jak poprzedni, wszystkie przeniknęły przez ciało napastniczki, jakby była ona jedynie duchem. Tajemnicza istota spojrzała za plecy Grace, gdzie właśnie pojawił się jej brat.
- Blake, uciekaj stąd!
- Och, boisz się o jego los. Jakież to wspaniałe. Dziękuję, że dałaś mi właśnie oręż do rąk.
Napastniczka rozwiała się w czarną chmurę, która podążyła w stronę Blake’a.
- Blake, nie!
Dym wniknął w ciało brata Grace. Niewymowna miała wrażenie, że czas spowolnił. Widziała zaskoczenie malujące się na twarzy mężczyzny, które powoli przekształcało się w grymas bólu. Ciałem Blake’a wstrząsnęły drgawki, a z jego ust wydobył się krzyk zmieszany z dalekim echem śmiechu. Głos napastniczki i mężczyzny złączyły się w końcu w całość.
- Uwielbiam smak żywych istot. A jeszcze bardziej raduje mnie ich strach, kiedy tracą panowanie nad własnym ciałem.
- Petrifikus Totalus!
Blake złapał w dłoń czar rzucony przez Grace i z zaciekawieniem się mu przyglądał, zanim magia wygasła. Usta mężczyzny wykrzywiły się w groteskowy grymas mający przedstawiać uśmiech.
- Zakosztuj teraz prawdziwej mocy.
An draíocht na draíochta, a ligean ar an seal a ardú
An draíocht draíochta, cumhacht Epony ligean dó a iompróidh
Grace rozpoznała tajemniczy język. Przypomniała sobie grobowiec, który odwiedziła. „Przed złem nieodgadnionym wstrzymaj różdżkę swą.” Słowa, które wtedy usłyszała znów przemknęły przez jej głowę. Kobieta wiedziała, że to przed tym zagrożeniem ostrzegał ją grobowiec. Spojrzała na swoją różdżkę, próbując się przekonać, że odrzucenie jej będzie jedynym ratunkiem.
- Na co czekasz? Wypędź mnie z ciała swojego brata, na pewno wiesz co zrobić.
- Tak, wiem – szepnęła, po czym upuściła różdżkę.
Oczy Blake’a ze zdziwieniem podążały za upadającą na podłogę różdżkę. Kiedy oręż niewymownej potoczył się pod sofę, mężczyzna spojrzał z gniewem na Grace.
- Co ty robisz?! Zaatakuj mnie! Wiesz, że tylko tak uwolnisz go od cierpienia. Nie widzisz jak bardzo ranię twojego brata?
Ma potwierdzenie tych słów ręce Blake’a wygięły się pod dziwnym kątem. Grace usłyszała trzask łamanych kości. Widziała łzy zbierające się w oczach swojego brata. Decyzja, którą podjęła zaledwie kilka sekund wcześniej wydawała się najgorszą jaką mogła podjąć. Z całych sił chciała rzucić się na oślep w poszukiwaniu różdżki, by ocalić swojego brata. W bezruchu utrzymywała ją jedynie świadomość, że gdyby to zrobiła, to podjęta wcześniej szalona decyzja zaniechania walki zostałaby zmarnowana.
- Widzę, dlatego wstrzymuję się przed walką ze złem, które go opętało – powiedziała łamiącym się głosem.
- Ty wredna...
Czarny dym wydobył się z ust Blake’a i pomknął szybko w stronę Grace. Kobieta zdążyła tylko zasłonić swoją twarz rękami, jednak nie powstrzymało to napastniczki przed atakiem. „Teraz poczujesz co to znaczy cierpienie.” Ból jakiego dotąd nie czuła wybuchnął w głębi jej jestestwa. Miała wrażenie jakby jej dusza została podpalona, a jej świadomość ginęła pośród ogarniającej ją ciemności.
Co ty robisz z tą relacją Ricza i Grace? Oni mi się wydają tacy... niezakochani. Mimo ich zapewnień, nie czuję chemii ani niczego w tym rodzaju.
Z kolei część z bratem i tajemniczą napastniczą wyszła super, strasznie podoba mi się ta dziwna magia i sposób, w jaki z niej korzystasz. To wszystko jest takie egzotyczne, oderwane od Pottera. Tylko nie rań za bardzo Grace, skoro ma być matką.