Czy seria tajemniczych zabójstw zostanie rozwikłana, zanim wymknie się spod kontroli?
Grace pojawiła się w mieszkaniu. Z uwagą położyła na stole zapisane przez siebie notatki i skierowała się do szafy. Wybrała z niej świeży komplet ubrań i udała się pod prysznic. Kwadrans później siedziała już nad zapisanym pergaminem i przecierała wilgotne końcówki włosów. Obok zapisków stało pudełko, pełne parującego makaronu z kurczakiem, który niewymowna znalazła w jednej z kuchennych półek. Wpatrywała się w runy i zastanawiała ile różnych znaczeń może mieć zapisany tekst. Zagadki, niedopowiedzenia i ukryte dno było nieodzownym elementem starożytnych tekstów magicznych. Tworzenie tłumaczenia zostało jednak przerwane przez sowę, która zastukała w szybę. Kobieta podniosła się z krzesła i otworzyła okno, by wpuścić zwierzę. Płomykówka jedynie rzuciła na blat list, po czym od razu wyleciała, kierując się na wschód. Grace od razu rozpoznała pieczęć Departamentu Tajemnic. Przełamała wosk i wyjęła krótką notkę. Po przeczytaniu, szybko zgniotła wiadomość i wrzuciła ją do żarzącego się kominka. Idąc do stołu, przejrzała się tylko w lustrze, poprawiając swoje włosy, po czym zebrała wszystkie notatki z grobowca i włożyła je do skórzanej torby. Upewniając się, że niczego nie zapomniała, uniosła swoją różdżkę i rozpaliła ogień w kominku. Wkrótce proszek Fiuu także wylądował pośród skwierczącego ognia, zmieniając jego kolor na zielony. Grace wkroczyła do kominka, po czym wyraźnie powiedziała „Do Ministerstwa Magii”.
Kobieta trzymała łokcie przy ciele, jednocześnie kurczowo trzymając przy piersi torbę z notatkami. Przemykała pomiędzy kolejnymi kominkami wirując, aż w końcu zatrzymała się w Atrium. Ledwo wydostała się z kominka, a już prawie została potrącona przez biegnącego mężczyznę.
- Hej, uważaj jak... - nie dokończyła, gdyż czarodziej zdawał się w ogóle nie zwrócić uwagi na słowa Grace. Kobieta przyzwyczajona była do zwykle natężonego ruchu w tym miejscu, jednak dopiero kiedy rozejrzała się naokoło, pojęła, że takich tłumów jeszcze tutaj w życiu nie widziała. Niewymowna zrobiła parę kroków do przodu, wchodząc w gąszcz poruszających się ludzi, dając porwać się w stronę wind. Chyba tylko cudownym zrządzeniem losu, Grace udało się wyjść z metalowej klatki akurat na tym piętrze, na którym chciała. Skierowała się w lewo, idąc po grubym dywanie, szukała plakietki informującej o wejściu do Biura Aurorów. Wychodząc zza zakrętu przekonała się jednak, że jednak żaden kierunkowskaz nie będzie jej potrzebny, gdyż sto metrów przed nią stała pokaźna grupka dziennikarzy. Grace spróbowała się przecisnąć przez rozentuzjazmowany tłum, jednak bezskutecznie. Kiedy tylko choć trochę udawało jej się zbliżyć do drzwi, głodni informacji dziennikarze odciągali ją jak najdalej. Poirytowana niewymowna odeszła parę kroków i spojrzała w odchodzący w lewo korytarz. Wzięła głęboki wdech, mając nadzieję, że ten bardzo przewidywalny ruch osiągnie wystarczający skutek.
- Czy to nie Harry Potter?! – Kobieta zerknęła na kłębiący się tłum, który zamarł na ułamek sekundy. Grace uskoczyła w bok, przepuszczając pędzących na oślep ludzi, za którymi próbowały nadążyć, unoszące się w powietrzu samonotujące pióra. Niewymowna jak najszybciej podeszła do drzwi i delikatnie zapukała w nie. Wiedziała, że nie miała zbyt dużo czasu, zanim dziennikarze zorientują się, że blefowała, więc tym bardziej denerwowała się, oczekując na otwarcie się drzwi. Złota klamka delikatnie poruszyła się, po czym zza drzwi wyglądnął chudy czarodziej z różdżką w ręku. Auror zdawał się być lekko zdezorientowany tym, że stała tu tylko jedna osoba, która w dodatku jeszcze nie zarzuciła go setką pytań.
- W czym mogę pomóc?
- Chciałam się zobaczyć z Richardem Woodwardem. Mam dla niego pewną wiadomość – odpowiedziała zdawkowo. Grace zastanawiała się jak wielu aurorów jest świadomych jej poszukiwań tajemniczego języka. Zdała sobie przy okazji sprawę, że nigdy nie zapytała Ricza o status tajności tego zadania. W międzyczasie czarodziej dokładniej się jej przyglądnął, po czym szerzej otworzył drzwi, wpuszczając kobietę do środka. Czarodziej nadal przyglądał się uważnie Grace, kiedy ta wchodziła do środka, po czym od razu zamknął drzwi i pospiesznie rzucił na nie kilka zaklęć.
- Do biura aurora Woodwarda proszę za mną. – Mężczyzna poprowadził niewymowną krótkim korytarzem, po czym pokazał odpowiednie drzwi i udał się w swoim kierunku.
Grace pociągnęła za klamkę i weszła do gabinetu swojego męża. Zastała go, rozmawiającego z resztą swojego zespołu.
- Hej – powiedział nieco zdezorientowany. – Przepraszam, że nie wróciłem wczoraj na noc, ale chyba widziałaś jaki nacisk wywierają na nas dziennikarze.
Grace przystanęła na chwilę, wpatrując się w Richarda.
- Więc nawet nie zauważyłeś, że też nie spałam wczoraj w domu?
- Nie? Coś poszło nie tak z twoimi poszukiwaniami? Nic ci się nie stało?
- Och, teraz się mną przejmujesz. Szkoda tylko, że nie było cię tam, by mi pomóc. Stało się wiele rzeczy, ale nic niebezpiecznego. Udało mi się znaleźć tekst zapisany w tym dziwnym narzeczu, które spowodowało śmierć Cormaca.
W gabinecie zapadła na chwilę grobowa cisza. Piątka aurorów wpatrywała się w Grace z wyraźnym napięciem.
- Naprawdę? I wiesz już co oznaczały tamte słowa?
- Żartujesz prawda? Oczekujesz ode mnie, że przetłumaczę ci starożytny tekst w kilka godzin?
- No…
Niewymowna podeszła do Richarda i położyła palec na jego mostku.
- Wiesz, mam już powoli dosyć twoich złamanych obietnic.
- Grace, ja... - zaczął patrząc to na twarz Grace, to na jej dłoń. Stał jak wryty, przybierając jedynie coraz bardziej intensywne odcienie czerwieni na policzkach.
- Nie przerywaj mi teraz Richardzie.- Kobieta zaczęła chodzić wokół po pokoju, wymachując nerwowo rękami. - Obiecałeś, że pójdziesz tam ze mną. Czekałam na ciebie jak głupia. Nie udało mi się spisać całego tekstu, który tam był, więc i moje notatki mogą okazać się bezużyteczne. Gdybyś tam był ze mną, to na pewno zdążylibyśmy, zanim tekst zniknął. Tak bardzo się przejmowałeś tym grobowcem przedwczoraj, a nawet nie zainteresowałeś się, że od kiedy tam wyruszyłam, nie dawałam znaku życia. Magia grobowca mogła mnie zabić, a ty nadal siedziałbyś tu sobie, użalając się jak to opinia publiczna naciska na was. Zgodziłam się na wcześniejszy powrót z miesiąca miodowego, bo wiedziałam, że twoja praca jest poważna i że Potter nie ściągałby cię z południa Francji, gdyby to nie było ważne. Liczyłam, że mimo to, będziesz się starał spędzić ze mną choć odrobinę czasu, a tymczasem jedyne o czym słuchałam to twoja praca. Skoro jest ona dla ciebie tak ważna, to czemu nie ożeniłeś się z twoją odznaką Aurora.
- Grace to nie tak, ja...
- Nie mam na razie ochoty słuchać twoich wyjaśnień, ani tym bardziej kolejnych obietnic, których nie dopełnisz. Jak tylko rozwikłam to tłumaczenie, to wyślę je bezpośrednio na twoje biurko, skoro bywasz tu częściej niż w domu.
- Poczekaj...
Richard nie zdążył powiedzieć nic więcej, gdyż niewymowna zatrzasnęła już za sobą drzwi. Grace dysząc ciężko, skierowała swoje kroki do wyjścia. Chciała, żeby Richard wybiegł za nią, chciała żeby pocałował ją tak, jak kilka dni temu podczas gdy oglądali zachód słońca na plaży. Nic takiego się jednak nie stało, co wprawiło kobietę w jeszcze większą furię. Pociągnęła kilkukrotnie za złotą klamkę, lecz ta pozostała niewzruszona. Przypomniała sobie dodatkowe zaklęcia ochronne, rzucone przez jednego z aurorów. Grace uśmiechnęła się złowieszczo, wyciągając różdżkę. Jednym machnięciem zdjęła barierę i otworzyła drzwi na oścież. Tak jak się spodziewała, stała przed nią spora grupka dziennikarzy.
- Zapraszam do środka – powiedziała uśmiechając się, po czym skierowała się do wind, pozwalając rozkrzyczanemu tłumowi wtłoczyć się do Biura Aurorów.
Kiedy szła długim i mrocznym korytarzem, zastanawiała się, czy wyładowując swój gniew na Richarda, nie przesadziła, w końcu pozostali aurorzy nie byli winni zachowaniu jej męża. Głośno wzdychając weszła do Departamentu Tajemnic. Zamiast dobrze jej znanego, okrągłego pomieszczenia, znalazła się w małym pokoiku, który przedzielony został w połowie delikatną zasłoną. Grace wiedziała z porannej wiadomości, że podczas jej nieobecności wprowadzono kilka dodatkowych zabezpieczeń. Niewymowna pewnie ruszyła w stronę delikatnej mgiełki. Przekraczając ją poczuła jedynie dreszcz. Mając za sobą pierwszą przeszkodę, mogła swobodnie wejść do okrągłego pokoju. Także i tu zaszły pewne zmiany, gdyż w pokoju tym nie było żadnych drzwi poza tymi, przez które Grace weszła do środka. Kobieta stanęła dokładnie pośrodku pomieszczenia i nakreśliła różdżką skomplikowany wzór. Uwolniła czar, który uwidocznił jej wirujące drzwi. Teraz mogła już, tak jak dawniej poruszać się po departamencie.
Weszła do ciemnego pomieszczenia, gdzie przy okrągłym stole siedzieli pozostali niewymowni. Kilka krzeseł było jednak nadal pustych.
- Spóźniła się pani – rozpoczął mężczyzna, ubrany w fioletową szatę, ozdobioną symbolami wszystkich oddziałów departamentu. Jego głos był spokojny i jedwabisty. Grace nie pamiętała, by jej przełożony kiedykolwiek zmieniał tonację swojego głosu.
- Przepraszam, musiałam…
- Wiem, musiała pani namieszać jeszcze w biurze aurorów. Rozumiem, że było to niesłychanie ważne, jednak prosiłbym na przyszłość trzymać się ustalonego harmonogramu.
- Oczywiście.
- Cieszę się jednak, że dotarła tu pani cała i zdrowa. Czterech niewymownych nie powróciło ze swoich wypraw do grobowców. Znaleźliśmy ich ciała naznaczone wieloma nacięciami. Mniemam iż wie pani, że powiązane jest to z pracą aurorów.
- Jak najbardziej.
Grace zdążyła usiąść na swoim miejscu, kładąc skórzaną torbę na swoich kolanach. Ręce ułożyła wygodnie na ciepłym, hebanowym blacie, wyczuwając pod palcami delikatny wzór słojów. Często podczas mniej absorbujących zebrań zajmowała się liczeniem wgłębień na drewnie, zastanawiając się, jak wyglądało kiedyś drzewo, z którego powstał ten stół.
- Większość niewymownych przedstawiła mi już swoje sprawozdania. Podejrzewam, że pani opowieść może okazać się najbardziej wartościowa, więc zostawimy ją na koniec. – Mężczyzna wskazał dłonią niewymownego, siedzącego naprzeciwko Grace.
- Podobnie jak pozostali, którzy wrócili, nie napotkałem w grobowcu żadnych pułapek. Główna sala nie była w żadnym stopniu ukryta, miałem wręcz wrażenie, że osoby budujące to miejsce chciały, by każdy bez problemu mógł tam trafić. Poza prostym grobowcem nie znalazłem niczego ciekawego. Płyta była prosta, topornie ociosana. Jedyne co było na niej wyryte, to liść buku i imię…
- Ferris, niewzruszony niczym skała – wtrąciła niespodziewanie Grace. Wywołało to falę szeptów pomiędzy wszystkimi zebranymi osobami.
- Skąd wiedziałaś? Tak, było tam wyryte słowo Ferris.
- Podejrzewam, że grobowce należały do pewnego stowarzyszenia magów. – Popatrzyła z powagą po reszcie niewymownych, przywołując na powrót skupienie pośród zaaferowanych niewymownych. - W badanym przeze mnie grobowcu znalazłam posągi dwunastu zakapturzonych postaci. Kiedy byłam wewnątrz, grobowiec obudził się, a na ścianach głównego pomieszczenia pojawił się tekst. – Grace wyciągnęła z torby swoje notatki i wertowała je, szukając czegoś. – O, właśnie tutaj jest fragment, gdzie został wspomniany Ferris.
Kobieta podała kawałek pergaminu swojemu przełożonemu. Czarodziej przyglądał się notatkom w ciszy. Nikt nie śmiał mu przerwać.
- Połowa tekstu zapisana jest w dziwnym narzeczu, ma pani jakiś pomysł co do znaczenia tych słów?
- Tak, mam. Właśnie dlatego udałam się najpierw do Bira Aurorów. Ten język użyty został w ubiegłym roku do uśmiercenia pewnego czarodzieja. Zginął on z takimi samymi znakami, jak wiele innych ofiar.
- W tym i pracowników naszego departamentu. Myślę, że mogę zakończyć zebranie, niczego więcej się już tutaj nie dowiemy. Poradzi sobie pani z tłumaczeniem tego tekstu?
- Jak najbardziej.
- W takim razie życzę powodzenia w odkrywaniu tej tajemnicy. Możecie się rozejść, koniec zebrania.
Zgrzyt przesuwanych krzeseł wydał się nagle wyjątkowo głośny, podczas gdy Grace odebrała od swojego przełożonego kawałek tajemnego tekstu. Wyszła z pomieszczenia jako ostatnia, wpatrując się w swoje notatki. Wiedziała jak wiele zależy teraz od poznania sekretów tego języka.
***
Błoga pustka wypełniała każdą myśl. Pośród tego niespotykanie przyjemnego stanu, wdarło się suche polecenie. "Zejdź po schodach" powiedział stanowczo kobiecy głos. Bez zastanowienia ciało wykonało rozkaz, lecz gdzieś w głębi pojawiło się pytanie "czemu mam zejść po schodach, w jakim celu", lecz myśli te szybko zostały stłumione przez kolejne słowa nie cierpiące sprzeciwu. "Szybciej" zdawało się wręcz grozić.
- Nie chcę – usłyszała swój ledwo słyszalny szept. Pośród przyjemnej czystki w umyśle, pojawiło się odległe uczucie bólu. Cierpienie narastało, a wraz z nim świadomość tego, co działo się wokół. Złotawa nicość, w której unosiła się przez czas, którego nie potrafiła określić, okazała się zatęchłą piwnicą. Odór pleśni i ekskrementów uderzył nagle nozdrza Kwiryny Swan, które przyzwyczajone były raczej do rozmaitych aromatów, unoszących się znad ogródka, pielęgnowanego przez Iskierkę, oddanego skrzata domowego jej rodziny. Upadła na kolana, brudząc swoją jedwabną koszulę o miękką ziemię. Krzyknęła z przerażenia. Ostatnie co pamiętała, to jak popijała popołudniową herbatę w oczekiwaniu, aż jej mąż wróci z Ministertwa Magii. Delikatna skóra kobiety obtarła się o niewielkie kamienie, wystające tu i ówdzie, kiedy ta odwróciła się z przerażeniem, chcąc dowiedzieć się, jaki zwyrodnialec śmiał ją porywać. Jakże była zdziwiona, gdy zamiast umięśnionego bandziora, zobaczyła smukła kobietę, o długich kręconych włosach.
- Czego ode mnie chcesz?! – krzyknęła z całych sił, mając nadzieję, że ktoś usłyszy jej wołanie. – Jeżeli pragniesz galeonów, to mój mąż z pewnością zapłaci okup.
- Nie obchodzi mnie twoja fortuna. – odpowiedziała, wciąż stojąca w półmroku kobieta cynicznym tonem. – Chcę jedynie twojej magii. Zwrócisz matce to, co odebrałaś jej siłą.
- Mojej, czego? Jesteś szalona. Ratunku! Pomocy!
- Krzycz ile chcesz i tak nikt cię tu nie usłyszy. – Różdżka wycelowana była prosto w twarz uprowadzonej damy. Ta powoli popadając w panikę, rzuciła się do przodu. W akcie ostatecznej desperacji wyrwała magiczny oręż z rąk swojej oprawczyni. Ze zdziwieniem stwierdziła, że udało się jej. Tajemnicza kobieta nawet nie próbowała walczyć. Pozwoliła, by Kwiryna zdobyła broń, patrząc na nią z ukosa, jakby zastanawiając się, co ta teraz uczyni.
- Odsuń się. Odsuń, bo... bo rzucę na ciebie klątwę. - Lady Swan chwiała się na miękkich nogach, próbując nie zemdleć z narastającego przerażenia.
An draíocht na draíochta, a ligean ar an seal a ardú
An draíocht draíochta, cumhacht Epona ligean dó a iompróidh
Powolne inkantacje kobiety pozbawiły Kwirynę ostatnich skrawków pewności. Rozszalałym wzrokiem szukała drogi ucieczki, lecz jedyną zagradzała jej Romilda. "D-drętwotta" wydukała, trzęsąc się cała, lecz zaklęcie nie zadziałało.
An draíocht na draíochta, a ligean ar an seal a ardú
An draíocht draíochta, cumhacht Epony ligean dó a iompróidh
Kontynuowała czarnowłosa kobieta. "Drętwota" krzyknęła nieco pewniej Kwiryna, lecz z różdżki wydobyła się jedynie czerwona smużka, która rozpłynęła się w połowie drogi. Orzechowe drewno, które tak kurczowo ściskała lady Swan, nagle pękło w połowie. Romilda jedynie uśmiechnęła się złowieszczo, widząc jak jej ofiara walczy o skrawki zrozumienia, dotyczących obecnej sytuacji.
An draíocht na draíochta, a ligean ar an seal a ardú
An draíocht draíochta, cumhacht Epony ligean dó a iompróidh
Ze szczeliny wyrósł powoli niewielki pęd, a różdżka zaczęła pękać w kolejnych miejscach. Kwiryna stała jak sparaliżowana, wpatrując się w jej jedyne źródło ochrony przed innym czarodziejem. Nie rozumiała co się właśnie działo, a tymczasem gałązki orzecha oplotły się wokół jej przedramienia. Lady stała z otwartymi szeroko ustami, lecz nie była w stanie wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Próbowała uwolnić swoją rękę z potrzasku, lecz im bardziej walczyła, by oderwać od siebie wijące się pędy, te oplatały się coraz ciaśniej wokół jej ciała. Wkrótce dzikie gałęzie owinęły się wokół jej klatki piersiowej. Ściskając żebra z nieubłaganą siłą, wyciskały z płuc Kwiryny powietrze. Romilda zaprzestała swojego zaśpiewu, a pędy orzecha przestały wzrastać i wić się. Patrzyła jak lady Swan dusi się, nie mogąc zaczerpnąć powietrza. Niegdyś piękna i dystyngowana kobieta, klęczała teraz na brudnej ziemi, pochylona do przodu, próbując usilnie zaczerpnąć chociaż odrobiny życiodajnego powietrza. Kiedy jej życie miało się ku końcowi, kiedy powoli obraz obskurnej piwnicy zaciemniał się przed nią usłyszała, jak jej oprawczyni na nowo rozpoczęła zaśpiew w nieznanym języku.
Kto trzyma kurczaka z makaronem w szafce? Wiem o co ci chodziło, ale wyszło na to, ze w tej szafce znalazła gotowy obiad.
Barlom, jak mogłeś zostawić betowski nawias w tekście, No jak?
Bardzo niestaranny rozdział. Za dużo powtórzeń jak na twój barwny i bogaty język. Wyglada to tak jakbys mega spieszył sie z oddaniem.
I nie podoba mi sie to, ze Grace zrobiła Riczowi taki pokaz focha na oczach jego współpracowników. Taka kobieta tak nie postępuje.
Najsłabszy rozdział jak dotąd. Mam nadzieje ze przy następnym wrócisz do swojej bajecznej formy.
Za wszelaki brak polskich znaków przepraszam.