Jakie konsekwencje niosą za sobą ostatnie wydarzenia?
W całym ministerstwie panował rozgardiasz. Pracownicy biegali we wszystkich kierunkach pośród setek latających wiadomości, które nie były w stanie pomieścić się w windach. Cała czarodziejska społeczność przejęta była ostatnimi kilkoma magicznymi pojedynkami rozegranymi na oczach kilkudziesięciu mugoli w mieście Inverness. Nikt nie miał pojęcia, co spowodowało tak zażartą walkę i pogwałcenie fundamentalnego prawa międzynarodowego kodeksu tajności. Wszyscy dyskutowali tylko o zbliżającym się przesłuchaniu sprawców owego zamieszania. Nie było to jednak jedyne dziwne wydarzenie, jakie miało miejsce. Zaklęcia zwodzące rzucone całkiem niedawno na jezioro Loch Ness znów zawiodły, a właściciel hodowli psidwaków mieszczącej się na obrzeżach lasu Glenmore został dotkliwie pogryziony przez swoich podopiecznych. Mały tłum dziennikarzy oblegał od samego rana biuro Ministra Magii, domagając się wyjaśnień i zapowiedzi planów co do opanowania tej sytuacji.
Richard próbował przedrzeć się do swojego gabinetu przez rozbiegane tłumy magów. Wszystkie kominki były zapchane przez podróżujących w nich czarodziejów. Sieć Fiuu była przeciążona, więc Auror musiał skorzystać z wejścia dla interesantów i dotrzeć do kwatery głównej drogą, z której nie korzystał od pamiętnej wizyty w Departamencie Tajemnic. Co chwila ktoś potykał się o szaty innych, co nie pomagało w utrzymaniu względnie płynnego ruchu na korytarzu. Po pokonaniu kilku wąskich przejść, w końcu dotarł jakoś na miejsce. Zatrzasnął za sobą drzwi, ciesząc się chwilą ciszy i spokoju, jaka panowała wewnątrz. Nie był w swoim gabinecie od prawie dwóch tygodni, kiedy to wyjechał razem z Grace na miesiąc miodowy. Niestety nikt nie przewidział, że nagle może wybuchnąć stan kryzysowy. Wielki puchacz prosto z ministerstwa przyleciał do ich hotelu tuż przed świtem, budząc ich gwałtownie. Richard chciał odpowiedzieć, że w końcu nie jest jedynym Aurorem w ministerstwie, lecz jego żona wtuliła się w niego i skłoniła do powrotu do Anglii, tłumacząc, że w końcu mają przed sobą całe życie.
Na biurku Richarda leżał już równiutko ułożony stos akt dotyczących najróżniejszych incydentów. Auror zasiadł w swoim fotelu i chwilę przyglądał się plikowi dokumentów, mając nadzieję, że ten nagle skurczy się do rozmiarów szpilki. W końcu wziął głęboki wdech i złapał do ręki pierwszy pergamin. Przeglądał je powoli i z uwagą, jednak po godzinie żmudnej pracy zrezygnował z bycia dokładnym i starał się oglądać jedynie nagłówki, by wyszukać poważniejsze problemy, którymi wypadałoby jak najprędzej się zająć.
- Znikające klucze, gryzące książki, podpalona przez salamandrę stodoła... a to co? Agresywne psidwaki zarażone chropiankami? Myślałem, że już dawno pozbyto się tych szkodników - mówił do siebie Richard, kartkując kolejne akta i próbując je posegregować.
W końcu trzymając w ręku cztery pliki, wyszedł z biura w poszukiwaniu swoich podwładnych. Spodziewał się ich spotkać tam, gdzie zazwyczaj i nie pomylił się. Trójka czarodziejów rozmawiała ze sobą w najlepsze, podczas gdy ich miejsca pracy zarzucone były dziesiątkami listów z najróżniejszych departamentów.
- Gdzie jest Sara? - zapytał Richard, podchodząc do swoich podopiecznych.
- Musiała polecieć do Świętego Munga. Jej matkę zaatakował rój bahanek.
- Ta dziewczyna naprawdę ma pecha. Miesiąc temu zderzyła się z sową, lecąc do Cantenbury. W takim razie ja wezmę jej zadanie. - Podał nieco tęższemu czarodziejowi jedną z czterech akt. - Tony, ty zajmiesz się modyfikacją pamięci kilku mugoli ze Stonehaven, którzy widzieli pojedynek czarodziejów. Z kolei Derek i Chris polecą sprawdzić kolejne zabójstwo. Sprawdźcie, czy znajdziecie te same poszlaki co przy poprzednich. Może uda się nam dowiedzieć czegoś więcej.
- Już zaczynam tęsknić za dawnymi gryzącymi klamkami i dziurawymi kociołkami - żachnął się Chris.
- Niestety nie mamy na razie czasu, by zajmować się tak drobnymi sprawami. Ja pojadę do Glenmore, do hodowli psidwaków. Jak tylko skończę spisywać tam zeznania, postaram się jak najprędzej dołączyć do sprawy dotyczącej zabójstwa. - Spojrzał wymownie na swoją drużynie. - No to do roboty, chyba że chcieliście czegoś ode mnie.
Trzech czarodziejów, trzymając w rękach dostarczone im akta, odburknęło coś pod nosem, po czym wszyscy ruszyli do wykonywania swoich zadań.
Richard pojawił się z trzaskiem niedaleko skromnego domku położonego na skraju lasu. Za wysokim ogrodzeniem krzątało się już paru pracowników ministerstwa, podczas gdy przed wejściem czekała grupka dziennikarzy. Auror nie zdążył zrobić nawet kilku kroków, zanim obległo go kilku pracowników brukowców. Zalany gradem pytań nie wiedział, co zrobić, a w skupieniu się nie pomagało mu jadowicie zielone pióro łaskoczące go po szyi.
- Nasze źródła podają, że hodowane tu psidwaki zarażone były chropiankami. Ostatnio epidemia tych pasożytów zebrała swoje żniwo w 1964 roku. Społeczność magiczna została wtedy poinformowana, że nie grozi jej już nic ze strony tych stworzeń. Czyżby znów na jaw wyszło kolejne niedopatrzenie? - zaatakowało go napastliwe pytanie wypowiedziane przez kobietę z przesadnie kręconymi, blond włosami i prostokątnymi okularami ze sztucznymi kamieniami.
- Ja... dopiero zaznajomiłem się ze wstępnym rozeznaniem, które wskazuje na pewne... podobieństwa do obecności chropianek, jednak...
- Czy grozi nam kolejna epidemia? - Nie dała mu dokończyć reporterka. - Jakie działania zamierza podjąć ministerstwo w obliczu tych strasznych stworzeń? Czy planowane jest dokładne sprawdzenie wszystkich hodowli psidwaków w Wielkiej Brytanii? - Samonotujące pióro zawisło złowieszczo nad rozwiniętym pergaminem w oczekiwaniu na słowa Richarda.
- Jeszcze nic nie zostało potwierdzone, a dokładniejsze pytania proszę kierować do pracowników Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami. Biuro Aurorów zajmuje się tu sprawą dotyczącą właściciela owej hodowli. Przepraszam, ale nie mam zbyt wiele czasu.
Richard odepchnął drażniące go pióro i zdecydowanym krokiem ruszył przed siebie. Dziennikarze zadawali jeszcze liczne pytania, które zostały zignorowane przez Aurora. Grupka żądnych wiedzy ludzi natrafiła w końcu na magiczną barierę, którą musieli wyczarować pracujący już tutaj czarodzieje. Richard nareszcie mógł głęboko odetchnąć i choć przez parę chwil nacieszyć się spokojem i ciszą.
Kiedy wkroczył do budynku, napotkał na dwóch magów ubranych w długie, zielone szaty, które uszczelnione były w każdym możliwym miejscu. Nie dało się rozpoznać ich twarzy, gdyż zakryte były one przez półprzezroczyste maski.
- W końcu ktoś od Aurorów - rzekł przytłumionym głosem jeden z nich. - Czekamy na waszą ekspertyzę już od rana. Uprzedzamy, że na terenie mogą znajdować się jeszcze jakieś chropianki, więc proszę uważać na swoją różdżkę. To cholerstwo zżera rdzenie w przeciągu kilku sekund. Proszę za mną.
Richard ruszył za czarodziejem przez długi korytarz, po którym było widać, że całkiem niedawno szalało tu stado psidwaków. Strzępy fioletowego dywanu leżały tu i ówdzie pomiędzy pozrzucanymi ze ścian opuszczonymi obrazami. Przystanęli przy całkiem pokaźnej dziurze w ścianie, gdzie najprawdopodobniej były kiedyś drzwi. Auror miał już za pomocą magii rozświetlić pomieszczenie, kiedy poczuł jak za przegub łapie go drugi czarodziej.
- Mówiłem przecież, żeby uważać na różdżkę. Masz tu lampę olejną. Może i nie wydziela najprzyjemniejszego zapachu, ale przynajmniej nie działa na chropianki jak magnes.
Auror wziął do lewej ręki ciężką, żelazną lampę, po czym odkręcił nieco kurek, zwiększając płomień. Ostrożnie przekroczył próg i uniósł źródło światła najwyżej jak tylko mógł. Wiedział, jakiego widoku miał się spodziewać, lecz mimo to poczuł, że jego żołądek podszedł mu pod gardło. Zapach krwi intensywnie uderzył w nozdrza Aurora. Ciało hodowcy przypominało bardziej podziurawiony worek z mięsem niż człowieka, którym wcześniej był Robert Tailfang. Richard zasłonił sobie nos prawą ręką, by choć trochę zniwelować odczuwanie przesiąkniętej żelazem atmosfery. Przekroczył połamane deski będące kiedyś zapewne meblami. Pod podeszwami jego butów chrzęściły połamane kawałki szkła, kiedy zbliżał się do zwłok. Nie miał wątpliwości, że hodowca został śmiertelnie pogryziony przez psidwaki. Jedynie miejsce śmierci nie pasowało do układanki. Nigdzie, poza samym rogiem pomieszczenia, nie było wyraźnych śladów krwi, więc można było wykluczyć ucieczkę lub przeniesienie ciała, o ile nie był w to zamieszany inny mag.
- Znaleźliście może jakieś ślady innego czarodzieja, który mógłby umyślnie rozwścieczyć psidwaki? - krzyknął pytająco przez pokój Auror.
Stojący przy dziurze w ścianie czarodzieje popatrzyli po sobie, przekazali kilka gestów, po czym odwrócili się w stronę Richarda.
- Jeżeli podejrzewasz, że ktoś za tym stał, to uważamy to za wątpliwe. Ktoś musiałby użyć co najmniej kliku zaklęć, a przebywało tu wtedy zbyt dużo chropianek. Nie dałby rady zatrzeć za sobą śladów.
Richard popatrzył jeszcze raz po zdemolowanym pokoju.
- O ile mogę zapytać, to co stało się z psami?
- Część pozagryzała się nawzajem, a resztę złapaliśmy. Nie mogliśmy zapanować nad nimi, więc musieliśmy podjąć ostateczne środki. - Pracownik przerwał na chwilę, po czym kontynuował. - Nigdy nie widziałem, by te zwierzęta wpadły w tak wielką furię. Pewnie przez tą hordę pasożytów.
Auror zastanawiał się nad informacjami, które udało mu się zebrać. Wszystko zdawało się potwierdzać teorię nieszczęśliwego wypadku, jednak wtedy innym problemem był fakt, że hodowcy nie było przy psidwakach, kiedy te wpadły w szał. Auror nie wierzył, że za tak intensywnym atakiem chropianek nie stoi ktoś trzeci. Z kolei gdyby ktoś zrobił to specjalnie, to na pewno zostawiłby za sobą jakieś ślady. Richardowi wpadł do głowy ostatni pomysł.
- Czy jest możliwe, by ktoś najpierw rozwścieczył psy, potem zatarł za sobą ślady, a na koniec zakaził całą hodowlę chropiankami?
- Transport tych szkodników jest wyjątkowo uciążliwy, a kiedy tu przybyliśmy, budynek i pobliski wybieg był wręcz pełen chropianek. Nie wiem, jak ktoś mógłby niezauważony przynieść tu setki tych insektów. Musieliśmy zużyć prawie trzy kociołki naszych najlepszych eliksirów zwalczających je, a i tak nie mamy jeszcze pewności, czy któremuś z nich nie udało się przed nami ukryć. Będziemy pewni dopiero po dokładnym uprzątnięciu tego budynku, a na razie blokuje nas wasze śledztwo.
- Przykro mi, że sprawa zabójstwa nie pozwala wam dokończyć pracy - powiedział zjadliwie Richard, po czym wyciągnął plik dokumentów i zaczął spisywać wszystko, co uznał za wartościowe zanotowania. Dopiero mijało południe, a nic nie wskazywało na to, że Aurorzy uprzątną cały ten bałagan przed zapadnięciem nocy.
Wkradło się kilka drobnych błędów, które pozwolę sobie wskazać.
Warte zanotowania. Wartościowe zanotowania przywodzą na myśl wartościowe notatki, czy coś w tym rodzaju. Coś jest "warte czegoś".
Wskazujesz na dwa miejsca, więc nie "był" a "były", bo odnosisz się i do budynku i do wybiegu.
Coś jeszcze mi wpadło chyba, ale teraz nie mogę znaleźć, więc dam sobie spokój. Chciałam jeszcze tylko napisać, że fajnie czyta się tekst, w którym widać, że autor poprawia się w swoim pisaniu. Twoje prace są już o wiele mniej chaotyczne (jestem dzisiaj na świeżo po przeczytaniu Przesyłki), widać zdecydowanie mniej błędów i większą staranność. A to też jest ważne, bo nawet najpiękniejsze opisy i świetne pomysły mogą czasami zostać zepsute przez pośpiech i niedbalstwo. Także gratulacje, mam nadzieję, że będziesz spisywał się coraz lepiej. Ode mnie dzisiaj wybitny.