Przyjaciel niespodziewanie staje się wrogiem, a kolejne tropy prowadzące do amuletu, okazują się być na wyciągnięcie ręki...
Gdyby ktoś jeszcze dziesięć lat temu spytał Bena, co najbardziej ceni sobie w życiu, bez wahania odpowiedziałby, że lojalność. Dlatego, że świat zmierza w kierunku, w którym wszystko jest na sprzedaż; bez znaczenia, czy jest to rodzina, przyjaciele, czy Vauxhall w garażu. I dlatego, że za najważniejsze uważał wierność swoim przekonaniom, a zdrada była nieakceptowalna. W żadnym wypadku. Właśnie tak odpowiedziałby dekadę temu, ale nie był już tym gówniarzem, który kończył szkołę z górnolotnymi hasłami na ustach i wielkimi ideami w głowie. Dzisiaj Ben Finnigan realnie patrzył na świat i wiedział, że trzeba trzymać z mocniejszymi. Po to, by pewnego dnia przeskoczyć ich umiejętnościami i charyzmą i samemu brać pod swoje skrzydła takich Benów, jak on. A lojalność? Szczerze mówiąc, miał ją głęboko w dupie.
Szedł właśnie ciemnym korytarzem na trzecim piętrze, irytując głośnym gwizdaniem postacie zamieszkujące ramy obrazów porozwieszanych na ścianach, kiedy nagle znikąd wyrosła przed nim postać wściekłej Grace.
- Możesz mi powiedzieć, gdzie ty, do cholery, byłeś?! – wrzasnęła, ściskając drewnianą laskę tak mocno, że zbielały jej knykcie. – Ivy jest w skrzydle szpitalnym, szukam cię od godziny!
Ben czuł, że krew zaczyna mu odpływać z twarzy, a plecy oblał mu zimny pot. Musiał coś poknocić w zaklęciach, albo Imperius był zbyt silny…
- Tak, ja też się martwię – mruknęła Grace nieco łagodniejszym tonem, kiedy zobaczyła jego minę. – Chodźmy już.
- Ee… Co się tak właściwie stało? – zapytał ostrożnie, kiedy zaczęli schodzić po schodach na pierwsze piętro.
Kiedy kobieta opowiadała mu po kolei o wszystkim, co wyjawiła jej Ivy, Ben czuł się coraz bardziej słabo.
Może jednak została w tobie jeszcze jakaś cząstka lojalności.
Ben potrząsnął głową, próbując uciszyć irytujący głosik w swojej głowie, który od kilku tygodni odzywał się dosyć często i to w najmniej odpowiednich momentach.
- Co ty wyprawiasz? – zapytała Grace, patrząc na niego podejrzliwie.
- Nic – mruknął Ben. – Jesteśmy już, wchodź pierwsza.
W skrzydle szpitalnym panował półmrok; z kąta sali tlił się blady płomień świecy, stojącej na szafce nocnej przy łóżku, które zajmowała Ivy.
- Wiem, trochę tu grobowo – powiedziała blondynka, kiedy Ben i Grace podeszli bliżej. – Ale nie można zapalić światła, bo jakieś sieroty, którym się zdawało, że umieją lecieć na miotle i odbijać tłuczka jednocześnie, potrzebują wypoczynku.
Ben odchrząknął i starając się nie patrzeć na kobietę, zapytał:
- Wiadomo już, co ci jest?
- Trudy nie jest pewna – zaczęła Ivy, przykrywając się szczelniej kocem – ale prawdopodobnie, ktoś poczęstował mnie Imperiusem.
- Od Imperiusa się chyba nie mdleje? – zapytała Grace, robiąc minę do Bena.
- To zależy – odparł, próbując pokonać drżenie głosu. – Jeśli ktoś wyjątkowo mocno walczy z zaklęciem, nawet nieświadomie, organizm bardzo szybko się męczy. I wtedy nieszczęście gotowe. Ale to i tak dziwne…
Ben marzył o tym, żeby opuścić już ten cholerny szpital i zaszyć się w swojej komnacie z butelką szkockiej. Najwidoczniej nie potrafił w pełni poświęcić się roli złego gościa, kiedy chodziło o Ivy.
Sentymenty.
Jeżeli nie weźmie się w garść i dalej będzie zachowywał się jak baba, to Richards…
- Profesor Richards? – zdziwiła się Ivy, a Ben odwrócił się w stronę drzwi wejściowych ze zdezorientowaną miną.
Wysoki mężczyzna, ubrany w ciemną szatę zatrzymał się gwałtownie przy łóżku Ivy i obrzucił krótkim spojrzeniem Bena i Grace.
- Właśnie usłyszałem od Trudy, co zaszło – rzekł spokojnie. – Może być panienka pewna, że dołożę wszelkich starań, żeby znaleźć tego, kto śmiał rzucić Zaklęcie Niewybaczalne na terenie Hogwartu.
- Ee… dziękuję – mruknęła Ivy, wygładzając koc na udach.
- Jeżeli nie chce panienka leżeć w jednej sali z uczniami, mogę załatwić osobny pokój – zaproponował Richards, rozglądając się po pomieszczeniu. – Będzie chyba lepiej, jeśli nikt nie będzie panience przeszkadzał w odpoczynku – dodał, a Grace wykrzywiała usta za każdym razem, kiedy wypowiadał słowo „panienka”.
- Nie trzeba – powiedziała stanowczo blondynka. – Wolałabym teraz nie zostawać sama, mam nadzieję, że pan rozumie.
Richards zmieszał się nieco i kiwnął nieznacznie głową.
- Dobrze… W takim razie, proszę odpoczywać – powiedział, siląc się na uśmiech. – Będzie mi pan potrzebny, panie Finnegan – na odchodnym zwrócił się do Bena, który po raz kolejny tego dnia poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła.
*
Dwa dni później.
Ivy leżała na łóżku w swojej sypialni, w jednej ręce trzymając kubek z gorącą herbatą, a w drugiej plik pergaminów z pamiętnika Stelli Potter. Musiała przyznać, że praca w Departamencie Tajemnic była niezwykle interesująca i nie do końca rozumiała, jak jej matka mogła porzucić tak intrygujące zajęcie na rzecz poszukiwania jakiegoś amuletu.
- Bardzo obchodzi cię bezpieczeństwo ludzkości, naprawdę – powiedziała ze śmiechem Grace, kiedy Ivy podzieliła się z nią swoimi odczuciami. – Może to dobrze, że to nie ty wybrałaś karierę w ministerstwie. A myślałam, że nazwisko Potter zobowiązuje…
- Och, zamknij się – odparła blondynka i upuściła pamiętnik na podłogę.
Schylając się po niego, wylała na siebie pół kubka gorącego płynu i zaklęła głośno. Kiedy drugą ręką sięgała po różdżkę, żeby osuszyć przemoczoną bluzkę, jej wzrok przykuło coś mieniącego się jasnym blaskiem z uchylonej szafki biurka.
- Myślodsiewnia – powiedziała na głos i podniosła się nagle, wylewając resztkę herbaty na dywan.
- Co ty robisz? – zapytała z wyrzutem Grace. – Przecież miałaś leżeć, zaraz cię huknę.
Ale Ivy klęczała już przy biurku, wyciągając ostrożnie głębokie naczynie ze wspomnieniem, do którego najtrudniej było jej się zabrać, a które umieściła w Myślodsiewni zaraz po zakończeniu pisania resztek, które udało jej się sklecić do tej pory.
- Nie obraź się, ale pisanie książki to nie jest chyba najlepszy pomysł w obecnej sytuacji – powiedziała brunetka, podchodząc bliżej biurka.
- Musimy to obejrzeć. TERAZ – powiedziała z naciskiem Ivy i dotknęła twarzą przezroczystej mgiełki wypełniającej naczynie.
Pokój zaczął z sekundy na sekundę wirować coraz szybciej, aż całkowicie zniknął. Ivy zamiast na dywanie w swojej sypialni, stała na miękkiej, porośniętej mchem ziemi, pośród wysokich, połamanych od wiatru sosen.
- Dobra, co jest grane? – zapytała zdezorientowana Grace, lądując koślawo obok blondynki.
- Cicho – uciszyła ją Ivy, wskazując na kobietę, która kilka metrów dalej minęła je, idąc po wydeptanej przez turystów, nieco zabłoconej dróżce.
Kobiety powędrowały za nią, oglądając się dookoła i próbując rozpoznać miejsce, w którym się znajdowały. Kilka minut później, kobieta wyprowadziła je z lasu i zatrzymała się u stóp kamienistej, szczerbatej ścieżki, po boku której stał wbity w ziemię, drewniany drogowskaz.
- Carn Eige 500 m – przeczytała Grace i zmarszczyła czoło. – Dobra, dwa pytania. Gdzie jesteśmy i kim jest ta kobieta, która ma kondycję jakby biegała w maratonach przynajmniej raz w tygodniu?
Ivy odwróciła się powoli w stronę brunetki i powiedziała:
- Idziemy właśnie na najwyższy szczyt Gór Kaledońskich, a ta kobieta, to moja babcia.
Grace zdołała tylko wytrzeszczyć oczy, ale nie powiedziała już ani słowa, tylko westchnęła głośno i ruszyła za Ivy i rudowłosą kobietą po stromej ścieżce.
Kiedy po dwudziestu minutach były już prawie na samym szczycie Carn Eige, Ginny Potter zatrzymała się przy jednym z malutkich wodospadów płynących ze zbocza i wyciągnęła z kieszeni różdżkę, po czym zaczęła mamrotać pod nosem zaklęcie, którego Ivy nie była w stanie dosłyszeć. Po chwili wodospad rozstąpił się, a Ginny wgramoliła się do środka przez niewielki otwór, po czym zniknęła w ciemnościach. Zdezorientowana Ivy szarpnęła Grace za ramię i obydwie poszły w ślady kobiety.
Wewnątrz było ciemno i zimno, a krople wody kapiące na ziemię odbijały się głucho od gołych ścian. Ginny Potter szła pewnym krokiem przed siebie, oświetlając drogę jasnym promieniem z różdżki. Po przejściu kilkudziesięciu metrów zatrzymała się gwałtownie przed glinianą ścianą i wyciągnęła z czarnego plecaka niedużą łopatę i kartkę papieru, którą położyła na stojącym nieopodal głazie. Ivy podeszła do miejsca, w którym leżał pergamin i zaczęła czytać na głos:
- Wyspa An t-Eilean Sgitheanach kryje w sobie wiele tajemnic, ale tylko jedna z nich jest na tyle pilnie strzeżona, że już sam fakt dotarcia do niej jest niewiarygodnym wyczynem. To tutaj rozpoczyna się jedna z najbardziej zagadkowych historii w dziejach świata czarodziejów, o której wielu z nich nawet nie śniło. To tutaj, średniowieczne plemiona Iroszkockie stworzyły najpotężniejszy przedmiot, o właściwościach tak wielu, że trudno właściwie określić, która z nich ma najważniejszą i zarazem najniebezpieczniejszą moc. I tylko tutaj przedmiot ten może zostać wstrzymany, do czasu, aż kolejna osoba postanowi go odszukać.
Ivy próbowała dojrzeć wyraz twarzy Grace, ale światło płynące z różdżki było zbyt słabe. Domyślała się jednak, że brunetka zaczyna rozumieć, gdzie znajduje się amulet, którego od tygodni bezskutecznie szukały. Problem polegał na tym, co tak właściwie powinny z tą wiedzą zrobić.
No teraz to pojechałaś! Ben, profesor Richards? Co się tu dzieje, wtf?! Po Benie już widać, że się łamie, może jednak przejdzie na stronę Ivy ;> A z tą myśloodsiewnią, to się zastanawiam, czy skoro Ginny to odkryła, nie podzieliła się tym z Harrym? Dziadek nie mógłby pomóc Ivy? I w ogóle ciekawe nadal co z tą książką i Malfoy'em. Zaczynasz robić całkiem dużo wątków, mam nadzieję, że uda Ci się je kontynuować ;D
Ogólnie kosmos. Choć nadal amulet, który jeszcze jest wspaniały i najsilniejszy i mega niebezpieczny mnie nie przekonuje, ale poczekam z ostateczną oceną tego wątku, aż się bardziej sprawa wyjaśni.