James próbuje zapomnieć o śnie. W Hogwarcie wydarzy się jednak coś, co sprawi, że wspomnienie snu wróci ze zdwojoną siłą.
Przed dogasającym kominkiem siedziało dwóch chłopców. Oprócz nich nikogo nie było w Pokoju Wspólnym Slytherinu. Za oknem dawno zapadł zmrok.
- Musisz zdecydować, Scorpiusie. Jesteś ze mną albo przeciwko mnie - powiedział Albus.
- Al, przecież wiesz, że nigdy nie będę przeciwko tobie - odparł Malfoy. - Ale czy naprawdę musisz to robić? Czym zawinił ci James? Oni wszyscy? - zapytał.
- Jak ty nic nie rozumiesz - żachnął się Potter. - Wszyscy ciągle powtarzają, że to od nas, Ślizgonów, zależy, czy Slytherin pozbędzie się złej sławy. Pokolenia uczniów z naszego Domu starały przywrócić mu dobre imię. I co? I nic. Ludzie wciąż uważają go za najgorszy. W Slytherinie było wielu wybitnych czarodziei i znakomitych czarownic, wcale niepraktykujących czarnej magii. Ale kogo to obchodzi? Wszyscy znają Dom Węża jako ten, do którego należał Voldemort. Gość, którego mój ojciec zabił prawie dwadzieścia cztery lata temu! Dlaczego nikt nie zna Slytherinu jako Domu, w którym był Merlin? Albo Severus Snape, po którym mam drugie imię? Nie wkurza cię to, że wszyscy widzą tylko tych złych Ślizgonów? Od wieków Slytherin jest najgorszy. Nie mówię, że od razu musi być uwielbiany jak Gryffindor, ale mogliby mieć chociaż neutralny stosunek. Jak do Ravenclawu i Hufflepuffu. - Chłopak z trudem panował nad emocjami.
- I uważasz, że zaczną zauważać tych dobrych, gdy zrobisz to, co chcesz zrobić? - spytał Scorpius.
- Nie. Postanowiłem, że skoro Slytherin jest skazany na złą sławę, to niech chociaż się go boją - odpowiedział Al. - Nie zrozum mnie źle. Nie zamierzam być taki jak Voldemort. Chcę tylko ukarać tych, przez których nasz Dom jest uważany za najgorszy. Jesteś ze mną, Scorp? - zapytał.
- Tak, jestem z tobą. W końcu jestem twoim przyjacielem - odpowiedział chłopak. - Jestem od tego, żeby nie pozwolić ci się stoczyć na dno - dodał w myślach.
***
James, Fred i Nathan weszli do Wielkiej Sali z minami niewiniątek. Nikt jednak nie dał się nabrać. Największe rozrabiaki w szkole na pewno mieli na sumieniu jakiś dowcip. Nauczyciele przyglądali im się podejrzliwie. Śniadanie przebiegało wyjątkowo spokojnie aż...
ŁUP!
Profesor Lucas Cranser usiadł na swoim krześle nie wiedząc, że ktoś podłożył mu detonator pozorujący, który pod wpływem nacisku zrobił hałas. Nauczyciel ze strachu podskoczył i wylądował twarzą w puddingu. Wynalazek Weasleyów utkwił mu w tylnej części ciała, wciąż wydając głośne dźwięki. Śmiech potoczył się echem po Wielkiej Sali.
- Potter, Weasley, Honkrey! Natychmiast do mnie! - krzyknął nauczyciel eliksirów, gdy wreszcie udało mu się wyjąć detonator z czterech liter.
- A co my takiego zrobiliśmy, panie profesorze? - zapytał James, jakby nic się nie stało.
- Nie udawaj głupiego! Który z was mi to podłożył? - Canser wymachiwał im przed nosami detonatorem.
- Ach... o to panu chodzi, profesorze. Właśnie zastanawiałem się, gdzie go zostawiłem. - Młodemu Potterowi brakowało tylko aureoli.
- Podłożyłeś mi go specjalnie - warknął nauczyciel.
- Ekhm! Lucasie - odezwał się dyrektor Xawier Jayson. - Oni należą do Gryffindoru, a więc karę wyznaczy im profesor Longbottom.
James, Fred i Nathan z trudem powstrzymali się od szerokich uśmiechów. Wszyscy wiedzieli, że Neville z wzajemnością nie znosi Cansera i jest w stanie przymykać oko na wybryki uczniów tylko po to, żeby zrobić mu na złość.
- Och, oczywiście chłopcy zostaną odpowiednio ukarani, dyrektorze - powiedział nauczyciel zielarstwa. - Chodźcie ze mną - zwrócił się do trójki Gryfonów, na twarzach których pojawiła się udawana skrucha.
- A punkty? - zapytał Canser.
- Ee... odejmuję każdemu z was po jednym punkcie - odparł Longbottom.
- Po JEDNYM punkcie za tak karygodne zachowanie?! - oburzył się nauczyciel eliksirów.
- Bez przesady, Lucasie, tyłek masz cały - zauważył Neville, w jego głosie dało się wyczuć nutkę rozbawienia.
Zaprowadził trójkę Gryfonów do swojego gabinetu.
- Panowie Weasley i Honkrey, wy tu zostańcie i... udajcie, że coś piszecie - powiedział Longbottom. - Panie Potter, proszę za mną - zwrócił się do Jamesa.
Chłopak posłusznie podążył za nim. Odwracając się, zdążył dostrzec jak jego kuzyn i przyjaciel rysują szlaczki na kawałkach pergaminu. Neville nie odzywał się, dopóki nie weszli do jednej z cieplarń.
- To było dobre, James - uśmiechnął się Longbottom. - Już zaczynałem się martwić, bo zwykle robiliście dowcip już pierwszego dnia, a w tym roku nic.
- Nie miałem nastroju, panie profesorze - przyznał chłopak. - No ale bycie wnukiem Huncwota do czegoś zobowiązuje - wyszczerzył się.
- Zwłaszcza mając imiona dwóch z nich - powiedział Neville. - Mogę wiedzieć co ci tak zepsuło nastrój? - spytał.
James spochmurniał. Powiedzieć mu o śnie? Profesor Longbottom był przyjacielem jego rodziców. Jeśli mu powie, to oni zapewne się dowiedzą. Co prawda zastanawiał się nad wysłaniem sowy do ojca, ale nie chciał martwić matki.
- Miałem dziwny sen - powiedział w końcu Potter. Opowiedział wszystko ze szczegółami. - To było realistyczne, jakby wydarzyło się naprawdę.
- Snom nie należy ufać, James. Choćby nie wiem jak wydawały się realne - odparł spokojnie Neville.
- Nawet jeśli kiedyś jakiś sen się spełnił - dodał chłopak. - Tata mówił mi to samo.
- Twoi rodzice wiedzą o tym śnie?
- Nie... i proszę pana, żeby pan im tego nie mówił. Nie chcę niepotrzebnie ich niepokoić. Albus pewnie przechodzi trudny okres w życiu czy coś.
- Dobrze, nie powiem im, jeśli nie chcesz.
- Profesorze, mogę o coś zapytać? - spytał James.
- Właśnie zapytałeś, ale możesz zadać jeszcze jedno pytanie - odpowiedział Longbottom.
- Czy mój tata popełnił kiedyś błąd, dając wiarę temu, co mu się przyśniło? - zapytał chłopak. - Zawsze zastanawiałem się dlaczego poradził mi, żebym nie wierzył we wszystko, co mi się śni. Nie miałem jednak odwagi zapytać.
Neville zamyślił się. Oczywiście znał powód. Mimo że upłynęło wiele lat od bitwy w Departamencie Tajemnic, doskonale pamiętał tamte wydarzenia. Wizja Harry'ego, ekspedycja ratunkowa, walka ze Śmierciożercami, pomoc Zakonu Feniksa. On też tam był, najdłużej walczył u boku Wybrańca. Aż oberwał Tarantallegrą, co uniemożliwiło mu dalszą walkę. Kątem oczu zauważył człowieka wpadającego za Zasłonę pod starożytnym łukiem. Nawet nie wiedział, że Syriusz Black był ojcem chrzestnym Harry'ego. Neville głośno westchnął.
- Tak, James, twój tata bezgranicznie ufał snom - odparł.
Opowiedział mu o wizji Harry'ego, walce w Depertamencie Tajemnic i wreszcie o tragicznej konsekwencji.
- Ale dlaczego on tak łatwo uwierzył w ten sen o torturowaniu Syriusza? - zapytał chłopak.
- Bo jego wcześniejsze sny się sprawdzały, a w każdym razie prawdopodobnie miały miejsce naprawdę. Jeszcze przed tą wizją na SUMie z historii magii przyśniło mu się, że... Nagini, wąż Voldemorta, zaatakowała twojego dziadka. To akurat okazało się prawdą - Longbottom oczywiście nie powiedział mu całej prawdy, a mianowicie tego, że to Harry był tym wężem.
- Więc to przez mojego ojca on zginął?
- Och, nie... znaczy... po części tak. W każdym razie sam czuł się winny. Jednak nie mniej zawinił Zakon Feniksa, w tym sam Dumbledore. Może zabrzmieć to dziwnie z moich ust, bo sam jestem dorosły, ale dorośli mają to do siebie, że chcemy chronić dzieci, nie zdając sobie sprawy, że wyrządzają im tym krzywdę. Nie zauważając lub nie chcąc zauważyć, że to nie są już maluchy, tylko prawie pełnoletni czarodzieje.
- Czyli nie powinienem przejmować się moim snem? - zapytał James.
- Nie, nie powinieneś - odpowiedział Neville. - Chodźmy już, myślę, że twojemu kuzynowi i przyjacielowi znudziło się "pisanie". Jakby ktoś pytał, to powiedz, że pomagałeś mi przesadzać mandragory.
***
Od "szlabanu" u profesora Longbottoma minął miesiąc. James prawie zapomniał o swoim śnie. Wchodząc do Wielkiej Sali, zobaczył Albusa przechodzącego dziwnie blisko stołu Gryfonów. Chłopak przez chwilę odprowadzał brata wzrokiem, chcąc sprawdzić, co ten zrobi. Al jednak jak zawsze zajął miejsce obok Scorpiusa przy stole Ślizgonów. Młody Potter ze zdziwieniem dostrzegł, że do jego pucharu ktoś nalał soku dyniowego.
- Fred, ty nalałeś mi soku? - zapytał zdziwiony James.
- Nie, czy ja wyglądam na twoją służącą? - zapytał rudowłosy, udając oburzenie.
- Ja ci nalałam - odezwał się dziewczęcy głos.
Potter poczuł, jak coś ugrzęzło mu w gardle. Obok niego siedziała Jane Danerwich, dziewczyna z jego klasy, która bardzo mu się podobała. Miała długie, jasnobrązowe włosy splecione w kucyk i piękne, błękitne oczy.
- Ee... dzięki - wydukał. - Ale z jakieś to okazji? - zapytał, czując jak się rumieni.
- Bez okazji, pomyślałam, że będzie ci miło - odpowiedziała Jane.
- W takim razie pozwól mi się zrewanżować i nalać ci soku - powiedział James, uśmiechając się zawadiacko i nie czekając na odpowiedź, chwycił dzbanek.
Przy nalewaniu soku ręce trzęsły mu się tak bardzo, że rozlewał go wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinien. W efekcie przewrócił puchar, który potłukł się z głośnym brzdękiem. James głośno odstawił dzbanek.
- Najmocniej przepraszam, Jane - powiedział speszony.
- Nic nie szkodzi, powie się skrzatom, żeby przyniosły nowy. - Dziewczyna machnęła ręką.
Potter spojrzał na swój puchar.
- Masz, weź mój. Obejdę się bez picia. - Przysunął go w stronę błękitnookiej.
- Dzięki, James - odparła uprzejmie Jane.
Upiła łyk soku i... jej oczy zrobiły się wyłupiaste, jakby miały za chwilę wylecieć z orbit. Dziewczyna zaczęła się dusić.
- Jane! - Potter krzyknął z przerażenia.
Jego krzyk ściągnął uwagę nauczycieli. Pierwsi przybiegli dyrektor i profesor Longbottom.
- Trzeba ją szybko zabrać do Skrzydła Szpitalnego - zdecydował Jayson. - Panie Potter, proszę za mną.
James posłusznie wstał i ruszył za dyrektorem lewitującym nieprzytomną dziewczynę.
- Panie profesorze, to był mój sok, ten który ona wypiła - powiedział tak, żeby tylko Neville mógł to usłyszeć.
Nauczyciel nie odpowiedział, lecz spojrzał na niego ze zrozumieniem.
Ogólnie bardzo ciekawe, miło się czyta i strasznie wciąga cała historia, ale mam kilka zastrzeżeń
Moim zdaniem, zawsze było tak, że nauczyciel mógł dawać odejmować punkty, nawet jeśli "szlaban" dawał inny nauczyciel.
Po drugie profesor Longbottom był za łagodny. Sądzę, że nauczyciele nie powinni pochwalać złego zachowania uczniów, nawet jak nie lubią jakiegoś nauczyciela, czy dany uczeń jest ich pupilkiem.
No i ta scena z sokiem była trochę żenująca. Zupełnie mi się nie podobała. Chodzi o to, że jaki normalny chłopak (nawet w świecie czarodziejów ) wyjeżdża do dziewczyny z tekstem:
Mimo tych niedociągnięć nie mogę doczekać się następnej części .