W świecie mugoli doszło do kolejnego morderstwa. Tymczasem Albus mówi Jamesowi coś, co rzuca nowe światło na sprawę zatrucia Jane.
Harry i Ron deportowali się na Privet Drive. Ulica była dokładnie taka, jaką zapamiętał ją Potter. Szereg takich samych domów i zadbanych trawników. Nawet pelargonie rosnące przy Privet Drive 4 wydawały się tymi samymi, co lata temu. Nic, absolutnie nic nie wskazywało na to, że w jednym z domostw doszło do tragedii. Aurorzy wkroczyli do domu z numerem 1 nastawiając się na drastyczny widok. Pracownicy Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów krzątali się przy ciele pozbawionym skóry, która oczywiście wisiała na wieszaku jak płaszcz. Po jej wyglądzie można było poznać, że zamordowany był mężczyzną.
- Jak zginął? - zapytał Harry, ale po chwili sam odnalazł odpowiedź, ujrzawszy na piersi ofiary kawałki czegoś, co kiedyś musiało być mózgiem.
- Resztki są jeszcze w nosie. Sprawca zapewne rzucił zaklęcie rozdymające, a potem Confringo. Tylko pozostaje pytanie jak to zrobił, że poza brakiem skóry i mózgu denat jest cały - odpowiedział jeden z jego podwładnych.
- Czas zgonu?
- Około godziny temu.
- Mamy jego dane?
- Tak, to Mark Evans.
Potter poczuł ucisk w żołądku. To był przecież ten mały chłopiec, którego pobiła banda Dudleya. Tylko, że to nie był już mały chłopiec, lecz dorosły mężczyzna.
- No dobra, panowie, trzeba przepytać sąsiadów - oznajmił szef aurorów i zaczął wyznaczać kto do którego domu ma się udać. -... Ron do numeru trzeciego, ja do czwartego...
- Harry, jesteś pewien, że chcesz tam iść? - zapytał Weasley. - W końcu to dom Dursleyów.
- No i? Idę tam służbowo, nie na herbatkę - odparł Potter, choć tak naprawdę sam obawiał się spotkania z kuzynem i wujostwem, których od lat nie widział, i gdyby nie zabójstwo Marka Evansa zapewne nigdy więcej by ich nie zobaczył. - Dam sobie radę, Ron - Uspokoił przyjaciela, który nadal miał niepewną minę.
Harry wyszedł z domu ofiary i czując, że serce wali mu jak oszalałe, przeszedł kawałek, by stanąć przed domostwem, w którym się wychował.
Bynajmniej nie miał dobrych wspomnień z tego miejsca, no może z wyjątkiem zajadania się potajemnie tortami od przyjaciół, gdy Dudley miał dietę. Mimo to nadal miał pewien sentyment do domu z numerem cztery. Nacisnął dzwonek do drzwi, zastanawiając się jak ciotka i wuj zareagują na jego widok. Czy jeszcze go pamiętają? Otworzyła mu drobna blondynka, niewiele młodsza od niego.
- Słucham? - zapytała.
- W państwa sąsiedztwie dokonano morderstwa. Chciałbym zadać parę pytań - odpowiedział auror.
- Nie wygląda mi pan na policjanta - kobieta zmrużyła oczy.
- Bo on nie jest policjantem. - Z przedpokoju dobiegł ich głos Dudleya.
Harry zauważył, że jego kuzyn prawie wcale się nie zmienił, poza tym, że się postarzał, a jego włosy nieco przerzedziły.
- Wejdź, Harry - powiedział Dudley.
Potter zaskoczony jego uprzejmością wkroczył do środka i zobaczył, że tu też nic się nie zmieniło. Tak samo schludny, wręcz przesadnie czysty dom.
- Dudley, powiesz mi kto to jest? - zapytała zirytowana kobieta.
- Och, tak, Caroline, to jest Harry Potter, mój kuzyn. Harry, to Caroline, moja żona - przedstawił ich mężczyzna.
Weszli do salonu, w którym siedzieli Petunia i Vernon. Na twarzy ciotki widać było zmarszczki, a jej włosy gdzieniegdzie zrobiły się siwe. Jedyne co nie zmieniło się w jej wyglądzie, to długa szyja i kościstość. Na wuja czas zdecydowanie wpłynął gorzej. Na głowie została mu już tylko kępa siwych włosów, nawet niegdyś bujne wąsy osiwiały i były rzadsze. Prawdę mówiąc, można by go wziąć za osiemdziesięcioletniego staruszka, choć nie miał jeszcze siedemdziesięciu lat.
- H-Hary, co cię do nas sprowadza? - zapytała Petunia, zaskoczona widokiem siostrzeńca.
- Sprawy służbowe, ale chyba najp... - zaczął auror, ale nie dane mu było skończyć, ponieważ odezwał się Vernon:
- Petunio, skarbie, nie ładnie tak traktować gości! Napije się pan czegoś? - zapytał. - Ja osobiście lubię przeprowadzać interesy przy szklaneczce czegoś mocniejszego. A muszę uprzedzić, że ze mną nie tak łatwo dobić targu! Pół życia poświęciłem na rozwój mojej firmy, żeby była potentatem na rynku świdrów!
Potter wytrzeszczył oczy. Dlaczego wuj go nie poznawał?
- Powinienem cię uprzedzić. - Dudley pośpieszył z pomocą, widząc minę kuzyna. - Tata choruje na Alzheimera. Lekarze mówią, że to początkowe stadium, ale jemu już zdarza się zapomnieć imiona moich dzieci. No i ciągle wydaje mu się, że jest dyrektorem Grunnings, którym teraz jestem ja - wyjaśnił.
Harry poczuł ukłucie współczucia. To musiało być okropne uczucie, gdy własna rodzina, mieszkająca pod tym samym dachem, to obcy ludzie.
- To ja zabiorę Vernona do pokoju, w jego stanie i tak nic nie pomoże. Przy okazji zawołam dzieci - zadeklarowała Caroline.
Kobieta pomogła teściowi wstać z fotela. Potter dostrzegł, że mężczyzna miał problem z poruszaniem się. Wychowując się wśród mugoli dobrze wiedział, że niemagiczni ludzie starzeją się szybciej niż czarodzieje, ale mimo to widok chorego, starego wuja nim wstrząsnął. Zwłaszcza, że nie był jakoś bardzo stary, a Harry wciąż pamiętał Albusa Dumbledore'a, który mając ponad sto lat był niemal w pełni sił, dopóki nie ściągnął na siebie klątwy z Pierścienia Gaunta. Nawet nie zauważył, kiedy żona Dudleya wróciła z dwójką nastolatków, która musiała być mniej więcej w tym samym wieku, co jego synowie.
- Poznaj naszego syna Derecka i córkę Jasmine - powiedział Dudley.
Chłopak wyglądał jak mniejsza i szczuplejsza wersja swojego ojca. Nawet styl ubierania miał taki sam jak nastoletni Dudley - brakowało tylko skórzanej kurtki. Jedyną różnicą było to, że Dereck w przeciwieństwie do Dudleya, swoją masę spożytkował na siłowni. Córka była z kolei wierną kopią swojej matki, tak samo drobna i jasnowłosa. Harry'emu przeszło przez myśl, że rodzeństwo było dobrane zupełnie jak ich rodzice i dziadkowie.
- Zanim Harry zacznie, muszę wam o czymś powiedzieć - powiedziała ciotka Petunia, zwracając się do synowej i wnuków. - Moja siostra... i jej mąż... byli czarodziejami. I Harry też. On jest... ee... czarodziejskim odpowiednikiem policjanta. Coś podobnie brzmiącego do "aktor"... jak to się nazywało? - zapytała.
- Auror, ciociu - odpowiedział Potter. - Ale zaraz, skąd wiedziałaś jaki zawód wykonuję? - spytał. Odkąd opuścił Privet Drive na zawsze, nie kontaktował się z Dursleyami. Jedynie po zakończeniu wojny dostał krótką informację od Hestii Jones i Dedalusa Diggle'a, że jego wujostwo bezpiecznie wróciło do swojego domu.
- To było oczywiste - odparła Petunia. - Twój ojciec i ojciec chrzestny mieli być aurorami. Po tym, czego dokonałeś, wiedziałam, że wybierzesz tą samą drogę - wyjaśniła.
Harry zaniemówił. Nigdy nie zastanawiał się czym jego rodzice zajmowali się zanim musieli się ukryć. Zresztą po fortunie, jaka wciąż skryta była w banku Gringotta, można by sądzić, że nie musieli pracować. Wiedział też, że byt Syriuszowi zapewnił jego wuj, Alphard.
- Lily i James zginęli, gdy Harry miał roczek i on trafił do nas - powiedziała pani Dursley.
Dereck i Jasmine wymienili się spojrzeniami. Chłopak zrobił głupią minę przywodzącą na myśl małpę. Caroline delikatnie uniosła brew.
- Babciu, dlaczego nigdy wcześniej nie mówiliście, że w naszym domu mieszkał iluzjonista? - zapytał nastolatek.
- Nie, nie iluzjonista. Harry jest prawdziwym czarodziejem. Takim, co robi prawdziwe czary, nie jakieś tam sztuczki - odpowiedziała Petunia. - Nie mówiliśmy wam o tym, bo nie sądziliśmy, ze kiedyś jeszcze zobaczymy Harry'ego. Wasz dziadek zabronił wspominania w tym domu o nim i ogólnie o magii... zaraz po tym jak tu wróciliśmy z waszym ojcem. Vernon zawsze nie znosił wszystkiego, co magiczne... no ja też za tym nie przepadałam - wyjaśniła.
- Tylko czasem nie mówcie dziadkowi, że Harry tu był. On już przez swoją chorobę zdążył o nim zapomnieć i lepiej będzie jeśli nie będziemy mu przypominać. Lepiej go nie denerwować - dodał Dudley.
- Myślicie, że w to uwierzę? - prychnęła nagle Caroline. - Czarodziej. Akurat.
- Harry, pokaż jej - powiedziała Petunia.
- Ee... - Auror wyraźnie się tego nie spodziewał.
- Przecież jesteś dorosły. Możesz czarować gdzie chcesz - zauważyła ciotka.
- Ekhm, no dobra - zgodził się Harry, wyjmując różdżkę. - Accio kubek - zawołał kierując ją w stronę kuchni.
Usłyszeli grzechot i już po chwili w jego rękę wleciał turkusowy kubek. Caroline, Dereck i Jasmine gapili się na to z rozwartymi ustami.
- Teraz wierzysz? - zapytał Dudley.
- T-tak - wyjąkała jego żona.
- No dobrze, mogę już zacząć? - zapytał Potter, chowając różdżkę i odkładając kubek na stół.
- Tak, oczywiście - odparła ciotka.
- Co robiliście około godziny temu? - zapytał Harry. Oczywiście nie sądził, by któreś z Dursleyów dokonało morderstwa. Było to zwykłe, rutynowe pytanie przy przesłuchaniach.
- Ja z bratem byłam w szkole - odpowiedziała Jasmine.
- W Smeltingu - dodał Dereck.
- Ja byłem w pracy - odparł Dudley.
- Ja i Petunia cały czas byłyśmy w domu - powiedziała Caroline.
- Vernona nie można na chwilę samego zostawić w domu, bo zaraz się wymknie - dodała pani Dursley.
- Czy któreś z was widziało ostatnio coś podejrzanego? - zapytał Harry. - Może ktoś kręcił się przed domem państwa Evansów?
- Nie, chyba nie... - Jego kuzyn zrobił minę, jakby nad czymś intensywnie myślał. - Evansów? Kto właściwie został zamordowany? - spytał po dłuższej chwili.
- Mark Evans - odpowiedział Potter.
- Ja go nie zabiłem! - powiedział szybko Dudley, jakby Harry właśnie postawił mu zarzut.
Auror powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. Wyglądało na to, że IQ jego kuzyna niewiele wzrosło od czasu, gdy był nastolatkiem.
- Nie powiedziałem, że ty go zabiłeś - zauważył. - Nie mogłeś tego zrobić, bo to ewidentnie robota czarodzieja - dodał.
- To dlaczego pytałeś, gdzie byliśmy około godziny temu? - zapytał Dudley.
- Rutynowe pytanie - odpowiedział Harry. - No to widzieliście coś podejrzanego, czy nie? - spytał lekko zniecierpliwiony.
- Ostatnio ktoś ciągle deptał trawniki w okolicy - odpowiedziała Petunia.
- Nasz sąsiad, pan Fordis, próbował zaczaić się na tego, kto dewastował trawniki. Ale te ślady pojawiały się zawsze po tym, jak on na chwilę odwracał wzrok - dodała Caroline.
A więc morderca używa Zaklęcie Zwodzącego lub Zaklęcia Kameleona. Albo ma pelerynę-niewidkę - pomyślał Harry. Nagle przypomniał sobie o ostatnim wydarzeniu w Hogwarcie... Nie, Albus nie wiedział, że posiadał Pelerynę-Niewidkę. James i Lily zresztą też nie. Nigdy nie mówił dzieciom, że Insygnia Śmierci istniały naprawdę. Peleryna była bezpieczna w jego domu. Tylko Ginny, Ron i Hermiona wiedzieli, gdzie jej szukać.
***
James siedział w skrzydle szpitalnym przy łóżku Jane. Wiadomo już było, że sok zatruty był Wywarem Żywej Śmierci. Profesor Canser powiedział, że była to za mała ilość, żeby mogła zabić, ale wystarczająca, żeby mogła zostawić trwałe uszkodzenia. Mistrz eliksirów nie potrafił powiedzieć kiedy się wybudzi. Młody Potter bardzo przejął się stanem koleżanki, tym bardziej, że to on miał wypić zatruty sok. Zwykle czuwał sam przy jej łóżku, tylko czasem wpadali Lily, Rose, Hugo i Nathan. Dlatego, gdy usłyszał skrzypnięcie otwieranych drzwi, nawet nie patrząc w stronę przybysza, powiedział:
- Nie jestem głodny, Lily.
- Jej tu nie ma - odparł głos, na dźwięk którego James aż podskoczył na krześle.
- Albus - powiedział. - Co ty tu robisz? Nie dość już namieszałeś? - zapytał, całą siłą woli powstrzymując wściekłość.
Przecież Al mógł zrobić to nieświadomie - przypomniał mu cichy głosik w głowie.
- Ja nie wiedziałem, co robię. Ostatnio często mi się to zdarza - odpowiedział Albus.
- To znaczy? Możesz powiedzieć coś więcej? - zapytał James.
- Czuję się tak jakby ktoś kierował moim umysłem. Za każdym razem, gdy tracę świadomość tego, co robię, widzę parę wielkich, pustych oczu ze szkarłatnymi obwódkami. Ostatnio, przed tym jak wlałem ci trucizny do soku, zobaczyłem ludzką skórę zawieszoną na wieszaku jak jakiś płaszcz - wyjaśnił mu brat.
Chłopak przełknął ślinę. Ludzką skórę?
- Ty na serio wierzyłeś, że ja naprawdę byłbym zdolny ciebie zabić? - zapytał Al.
- Ja... to nie tak, że chciałem w to wierzyć, ale... ten sen... - odpowiedział James.
- Jaki sen? - zainteresował się młodszy Potter.
- Śniło mi się, że jestem zamknięty w jakimś pomieszczeniu, a wokół ciała całej naszej rodziny. Oprócz ciebie. - Starszy brat stwierdził, że na wszelki wypadek nie będzie mówił mu o tajemniczym mężczyźnie.
- Powiedziałeś o nim komuś?
- Tak, profesorowi Longbottomowi, dyrektorowi, no i dzisiaj tata przysłał mi list z prośbą, żebym opisał mu ten sen. Czekam na odpowiedź.
- I ciągle ci się to śni?
- No właśnie nie, tylko raz, pierwszej nocy. Ale nadal pamiętam go bardzo dobrze.
- Jesteś pewien, że mnie tam nie było? - upewnił się Albus.
Oczywiście, że James nie był pewien. Nie widział twarzy tajemniczego mężczyzny.
- Tak, jestem pewien - skłamał. - Powinieneś komuś powiedzieć o tych oczach i tej skórze.
- Nie wiem czy to dobry pomysł.
- Dlaczego?
- A co jeśli uznają mnie za czubka i zamkną w Świętym Mungu? Nie mam przecież żadnych dowodów, że widziałem te oczy i tą skórę.
- Racja.
Przez dłuższą chwilę panowało milczenie. James wpatrywał się w wolno unoszącą się klatkę piersiową Jane. Wiedział, że powinien pomóc bratu, ale nie wiedział jak.
- Wyjdzie z tego? - zapytał Albus.
- Mam nadzieję. Nie wiadomo kiedy się obudzi i czy nie będzie miała trwałych uszkodzeń - odpowiedział chłopak.
- Ty... ona ci się podoba, prawda?
- No... trochę. - James poczuł, że się rumieni. - Dlaczego wcześniej nie powiedziałeś nikomu o tych oczach?
- Chciałem powiedzieć Scorpiusowi, ale to coś miało chyba nade mną kontrolę. Scorp powiedział mi co mu mówiłem. Nie chcesz wiedzieć, aż ciarki przechodzą.
- Chcę. Powiedz.
- Podobno mówiłem coś, że muszę zemścić się za to, że Slytherin ciągle traktowany jest jako najgorszy Dom i... w związku z tym zabić was wszystkich... Chciałem w to wciągnąć Scorpiusa, ale on chyba wyczuł, że coś było ze mną nie tak.
- A ta lista?
- Nawet nie wiem kiedy ją napisałem, ale ją zgubi... Zaraz, James, skąd ty wiesz o liście?
- Ja ją znalazłem, Al. Scorpius ostrzegł mnie, żebym na siebie uważał, choć nie powiedział wprost o co chodzi.
- Trzeba coś z tym robić. Jeśli to znowu mną zapanuje, mogę kogoś zabić i nawet o tym nie wiedzieć.
- Mam dziwne wrażenie, że skądś znam te oczy, które widziałeś, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć skąd. Pójdę do biblioteki, może tam znajdę coś, co ci pomoże.
- Pójdę z tobą.
- Nie, Albus, nie powinieneś teraz się wychylać.
- Ale to... nie powinieneś robić tego sam.
- I nie zamierzam. Poproszę Rose o pomoc.
***
James wszedł do dormitorium, żeby zabrać ze sobą Mapę Huncwotów. Usłyszał stukanie w okno. Nareszcie! - pomyślał i wpuścił sowę ojca. Z drżącymi rękoma odwiązał list od jej nóżki i rozerwał kopertę.
Drogi Jamesie,
Nie rób nic pochopnego. Zapomnij o tym śnie. Ja postaram się wyjaśnić sprawę zatrucia twojej koleżanki. Miej oko na Ala. Informuj mnie jeśli dowiesz się czegoś niepokojącego, ale NIE PROWADŹ ŚLEDZTWA NA WŁASNĄ RĘKĘ. I opiekuj sę Lily.
Tata
James był zawiedziony. Spodziewał się dłuższego listu. A on kazał mu zapomnieć o śnie. Łatwo powiedzieć. I kazał też informować o niepokojących rzeczach... Chłopak pomyślał o oczach i skórze, które widział Albus. Nie - powiedział cichy głosik w jego głowie. Jeśli Al będzie chciał, żeby ojciec o tym widział, to sam mu o tym napisze. James wsunął list razem z Mapą Huncwotów do kieszeni i wyszedł z dormitorium.
Powiem Ci, że jestem z Ciebie dumna. W końcu wszystko na ręce i nogi, akcja nie rozwleka się, ale nie idzie też za szybko. Znalazłaś złoty środek i mam nadzieję, że będziesz się go trzymać. Błędów wielu nie było. W ogóle z Tobą mam taki problem, że powinnam Cię ganić za fragmenty praktycznie samych dialogów, ale jednak wychodzą Ci one tak naturalnie, że nawet nie brzmi to źle. Chociaż i tak prosiłabym o więcej opisów
Co do samej akcji, to na Twoim miejscu trochę jednak dłużej potrzymałabym czytelników w niepewności, o co chodzi z Albusem. Początkowe zainteresowanie jakby Alem-czarnym charakterem w tej części całkowicie się ulotniło, a szkoda. Mogłaś z tym poczekać. Ale ogólnie jestem bardzo zadowolona, tak trzymaj!