Była Śmierciożerczyni nie potrafi pogodzić się z faktem, że Lord Voldemort nie żyje, a młodzi Śmierciożercy nie rządzą światem. Postanawia coś z tym zrobić.
Nawet nie spojrzała na rozsypane galeony. On zresztą też nie. Mogłyby całkowicie zniknąć, nie istnieć. Liczyło się tylko to spotkanie. To którego tak bardzo oczekiwała i którego tak bardzo się bała.
- Cześć.
Pierwszy otrząsnął się George. Jego głos był zachrypnięty, jakby dźwięki wcale nie chciały wyjść z krtani.
- Cześć - odparła tak cicho, że nie usłyszała nawet sama siebie. Nie potrafiła dojść do normalnego stanu. Przywykła do niespodziewanych wydarzeń, ale to wykraczało poza wszystkie jej wyobrażenia. Nie miała pojęcia co robić, jak się zachować. Targały nią sprzeczności. Chciała pokonać te dwa dzielące ich metry i pocałować go z dawną namiętnością, a potem porwać i zaszyć się w miejscu, w którym nikt ich nie znajdzie. Chciała też deportować się z trzaskiem i ukryć w zaciszu własnego mieszkania. Chciała zrobić cokolwiek. Na razie jednak stała, jakby ktoś rzucił na nią zaklęcie.
- Narobiłaś bałaganu tym złotem jak leprokonusy na Mistrzostwach Świata. Trzeba to sprzątnąć, bo zaraz zjawi się największa pazera, Ron. Wiesz jaki jest.
Pokiwała głową i odprowadziła wzrokiem jego różdżkę, gdy pakował złote monety do pozostawionego na schodach kuferka. Katem oka dostrzegała złocistą łunę, ale nie zwracała na nią uwagi. Bała się odwrócić wzrok. Jakby zaraz miał zniknąć, jakby to wszystko miało się okazać szaloną fantazją jej równie szalonego umysłu. Usłyszała, że zatrzasnął wieko i poczuła napór drewna, gdy wręczył jej skrzyneczkę. Przyjęła ją machinalnie. Bordowe paznokcie wbiły się w perłowe wstawki. Trzymała się jej jak boi ratunkowej. Niezaprzeczalnie tonęła.
- Nie żeby coś, ale ludzie zaczynają się na ciebie gapić.
Drgnęła i rozejrzała się dokoła. Przechodnie rzeczywiście obrzucali ją ciekawskimi spojrzeniami. Zmierzyła ich swoim lodowatym wzrokiem. Uciekli, a ona poczuła, że wróciła do świata żywych.
- Wiesz, nie co dzień ktoś rozsypuje od niechcenia fortunę. Też bym się patrzyła, gdybym to nie była ja. Dzięki za pomoc - dodała, unosząc lekko kuferek. Teraz już miękko leżał w jej dłoniach.
Uśmiechnął się szeroko i jakby odetchnął z ulgą. W sumie mu się nie dziwiła. Rozmawiał przez chwilę z kompletną wariatką.
- Hmm... co u ciebie słychać? Jak tam dzieciaczki?
- Prawdę powiedziawszy właśnie wracam z Hogwartu, bo Fred z jakimś kolegą wysadził kilka sedesów w łazience na trzecim piętrze.
Roześmiała się. Szczerze.
- Musisz być bardzo dumnym tatusiem. Zawsze mieliście to w planach.
- Taak, tak ładnie to musiało wyglądać - rozmarzył się nieco. Trwał tak z nieobecnym spojrzeniem stanowczo zbyt długo, żeby rzeczywiście myślał tylko i wyłącznie o roztrzaskanej muszli klozetowej. Nie miała mu tego za złe. Też wolała milczeć. Chciała jak najszybciej zakończyć to niefortunne spotkanie. Już otwierała usta, ale on odezwał się pierwszy.
- Idziemy na lody?
Z początku wydawało jej się, że nie zrozumiała. Tak zwykłe, pospolite zajęcie nie jest dla nich. Przecież wszyscy ich zobaczą, będą gadać. Co gorsza może powiążą ją z nim już po całej akcji w Norze. Nie mogła sobie na to pozwolić. Jak by to wyglądało. Musi odmówić.
Skinęła ochoczo głową.
Usiedli pod ogromnymi parasolami Lodziarni Floriana Fortescue. Uroczy starszy pan od razu przydreptał do ich stolika i wielce się uradował, widząc ich razem.
- Państwo tutaj? - Klasnął w dłonie. - Myślałam, że pan ożenił się z inną panienką Johnson, a tu taka niespodzianka. Od zawsze uważałem, że pasujecie do siebie. Pamiętam jak przychodziliście do mnie w każde wakac...
- Zielony Potok z podwójną porcją kiwi, poproszę - przerwała natłok słów. Nie potrafiła znieść tego, co mówił. Zresztą palce George'a tak kurczowo zaciskały się na cukierniczce, że bała się iż delikatna porcelana pęknie.
- A dla mnie Brzoskwiniową Fontannę - podłapał rudy mężczyzna.
Staruszek zamrugał nerwowo. Nie za bardzo wiedział, co się właściwie stało. Przed chwilą tych dwoje uśmiechało się do niego wesoło, a teraz byli bardzo spięci i nieco oschli. Zanotował zamówienia w podręcznym notesiku, skłonił nisko i odszedł, cały czas próbując zrozumieć nową sytuację.
George rozluźnił uścisk i nawet przesunął palcem po cukiernicy.
- Taak więc... gdzie teraz mieszkasz? - zapytał po chwili milczenia, która zdawała się rozciągać w godziny.
- W Nowym Jorku. Aktualnie jestem w pracy - dodała, widząc jego pytające oczy.
Był zdziwiony. Prawdę mówiąc, był zaszokowany. Wprawdzie przeczuwał, że nie mieszka w Londynie, bo nigdy nie udało mu się na nią trafić, ale nie sądził, że życie rzuciło ją na inny kontynent. Przechadzał się często po Pokątnej w nadziei, że kiedyś gdzieś ją spotka, ale szczęście mu nie sprzyjało. Zaczął nawet zapuszczać się w mugolskie dzielnice Londynu, ale tam, wśród wielobarwnego tłumu, mógł zapomnieć o jakichkolwiek poszukiwaniach. Serce stawało mu za każdym razem, gdy widział jakąś podobną do niej dziewczynę. Wszystkie blondynki mogły być nią. Żadna nie była.
- A gdzie pracujesz? Domyślam się, że to jakaś wielka korporacja, a ty stoisz na samym czele.
Zaśmiała się głośno.
- Dokładnie tak.
Kelner podszedł niespodziewanie i wręczył im lodowe desery. Zielony Potok Christiny aż ociekał gęstym sosem z kiwi. Kawałki tego owocu były zatopione w aksamitnych lodach o smaku zielonego jabłuszka.
Zjedli je, gawędząc wesoło o starych czasach, aczkolwiek oboje unikali jak śliskiego gumochłona, tematu ich związku. Żadne nie chciało narażać się drugiemu. Nikt też nie chciał kończyć tego spotkania i to jeszcze w złych nastrojach. Obgadywanie wspólnych znajomych było bezpieczniejsze.
Gdy wreszcie srebrne łyżeczki zabrzęczały o puste pucharki zaczęli się zbierać. W końcu kobieta miała jeszcze coś do załatwienia. Zresztą powoli zaczynała czuć się coraz gorzej w jego towarzystwie. Musiała uciekać od powracających uczuć.
- Idziemy się przejść? - zaproponował.
Po raz drugi tego dnia kiwnęła głową, chociaż całe ciało próbowało zaprzeczyć.
Dlaczego ona właściwie to robi? Salazar jeden raczył wiedzieć... Po jaką cholerę ona idzie do Magicznych Dowcipów i bierze na siebie tyle niepotrzebnego cierpienia? Przecież łatwiej byłoby deportować się z trzaskiem i uciec jak najdalej. Zamknąć się w sobie i nigdy nie otwierać. Już nic i nikt by jej nie skrzywdził. Ale nieee... Ona wolała iść w zaparte i udawać, że nie jest przerażona na widok znajomej postaci nad sklepem. Królik znikający w cylindrze jeszcze nigdy nie był tak przerażający jak teraz.
Otworzył przed nią szarmancko drzwi i zaprosił do środka. Wszystko wyglądało tak, jak to zapamiętała. Kolorowo, buzująco, skacząco i głośno. W każdym kącie coś się działo. Wszędzie coś błyszczało i wydawało dźwięki. Było tu tak cholernie wesoło, że można było dostać depresji.
- Panie George! Panie George! Przyjechała kolejna dostawa pufków pigmejskich, ale John ma dzisiaj wolne i nie jestem w stanie ich rozpakować, nie mówiąc już o nakarmieniu i napojeniu. Jeżeli mógłby pan tam zajrzeć i jakoś się z tym uporać, to byłabym wdzięczna.
Dziewczynę ledwo było widać zza niesionych przez nią kartonowych pudeł. Musiała mocno wychylić się w bok, żeby mogli ujrzeć kawałek jej twarzy, otoczony burzą orzechowych loków.
- Dobrze Emmo, zaraz się tym zajmę.
Wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku różnokolorowych pudeł. Wyrwały się ochoczo z rąk dziewczyny i wdzięcznie wylądowały na wysokim stosie, tuż obok lady. Zaskoczona uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Dlaczego sama tego nie zrobiłaś? - zapytała Christina, zanim zdążyła ugryźć się w język. Miała jak najszybciej się ewakuować, a nie zaznajamiać się z obsługą.
Dziewczyna machnęła ręką, na znak, że nie ma się czym chwalić, ale widząc wesoły uśmiech mężczyzny i świdrujące oczy kobiety odpowiedziała.
- Moja różdżka... ona... ona wpadła mi w pudło Lipnych Różdżek. Taki tu tłok, że nie mam czasu na sprawdzanie każdej.
Johnson z początku przewróciła oczami, ale potem przypomniała sobie jak bardzo te fałszywki są podobne do oryginałów. Sama niejednokrotnie łapała za nie, będąc przekonaną, że zaraz rzuci jakieś wyjątkowo złośliwe zaklęcie, a zostawała z gumowym kurczakiem w ręku. Mimowolnie uśmiechnęła się na wspomnienia, które gwałtownie wpadły jej do głowy.
George w tym czasie pokrzepił dziewczynę i zdążył jeszcze wcisnąć małemu chłopcu Magiczne Sztuczki Mugoli, których wcale nie chciał. Po prawdzie może i na początku nie chciał, bo gdy wychodził ze sklepu, był święcie przekonany, że tylko po to przyszedł i że jego życie będzie od teraz pełne szczęścia i radości.
Christina założyła ręce i uniosła brwi. Uśmiechnięty od ucha do ucha mężczyzna odwrócił się w jej kierunku.
- No co?
- Od kiedy to jesteś panem Georgiem?
O ile to możliwe uradował się jeszcze bardziej.
- Od kiedy mam swój sklep i wzbudzam szacunek i sympatię.
- Sympatię wzbudzałeś od zawsze.
Rzuciła mu pociągłe spojrzenie, które zaraz przerwała, bo wydawało jej się niestosowne.
Odwróciła się speszona.
- To nazwisko pisze się przez dwa l - stwierdziła dziewczyna przyglądając się wypracowaniu rudzielca. Co prawda trudno było jej czytać, siedząc na biurku, a pergamin mając do góry nogami, ale po latach rozczytywania bazgrołów Flinta, nie było to dla niej wyzwaniem.
- Wiem - burknął, stawiając cieniutką literkę w odpowiednie miejsce. Podniósł głowę i czekał na pełne złośliwości oczy. Ale spotkała go niespodzianka. Zielona toń, która powoli zmieniała się w płynne srebro, była zabarwiona wesołością. Ten widok był przeznaczony dla nielicznych. A potem zmieniła mimikę i była tą zalotną kocicą, do której tak długo wzdychał. Jej wzrok był powłóczysty, seksowny i zapraszający.
Nie mógł się opanować, więc wstał, złapał jej twarz w dłonie i po prostu pocałował. Z początku delikatnie, jakby bał się, że może oberwać zaklęciem. Była do tego zdolna, doskonale o tym wiedział. Nie raz widział jak ktoś leżał w parterze, tylko dlatego, że śmiał na nią spojrzeć. Rozluźnił się dopiero wtedy, gdy delikatne ramiona zaplotły się wokół jego karku. Bał się, ale powoli zagarniał dla siebie jej usta. Milimetr po milimetrze. Aż w końcu wsunął język pomiędzy jej jędrne wargi i zabrał sobie to, co chciał. Ją.
Jedną dłonią opierał się o blat biurka, drugą natomiast przyciągał ją stopniowo do siebie. W chwili gdy jej biust dotknął jego ciała, pozbył się wszystkich hamulców. Puścił się stołu i wplótł palce w jej włosy, druga ręką wodził po jej gołym udzie. Pragnął ją mieć. Tu i zaraz.
Nie była zaskoczona. Ani trochę, wiedziała, że kiedyś będzie to miało miejsce. Nie spodziewała się jednak, że Weasley potrafił tak dobrze całować. Bądź co bądź mieli pewnie jakiś swój fanclub w Hogwarcie. Bliźniacy byli całkiem przystojni, powszechnie lubiani. Trenowali też Quidditcha, przez co ich ciała miały wyrobione mięśnie. Było jej dobrze. A jednak odsunęła się od niego i uciekła. Uciekła, by potem wrócić i stworzyć z nim pełen emocji związek.
- Ja wiem, że teraz jesteś ważną personą, ale ja nie będę do ciebie mówić panie George'u, żeby zwrócić twoją uwagę.
Uśmiechnęła się lekko, gdy trącała go, żeby wybudzić z jakiegoś transu, czy zamyślenia. Ostatnio też się jej to zdarzyło.
- Nie przeszkadzałoby mi, gdybyś tak mówiła.
- Och ja się domyślam, że nie. Pewnie jeszcze mój pan i władca wydawałby mi jakieś polecenia, co?
- A żebyś wiedziała - uśmiechnął się zawadiacko. - A w sumie dlaczego by nie zacząć teraz. Masz pomóc mi ogarnąć te pufki pigmejskie.
- Pff, sama chciałam to zaproponować.
Wyminęła go i sprężystym krokiem ruszyła na zaplecze. Stanęła dopiero w drzwiach, gdzie zatrzymał ją jazgot trzymanych w różowych klatkach zwierzątek. George zajrzał jej przez ramię i uśmiechnął się.
- Nadal chcesz to robić?
Złapał ją za talię i delikatnie przesunął. Udawał, że wcale nie zauważył gęsiej skórki na jej ramionach. Ona natomiast udawała, że wcale jej nie dostała.
***
Wyciągnęli je wszystkie z przyciasnych klatek i wsadzili ostrożnie do jednego, gigantycznego akwarium wyłożonego trocinami. Pufki miały do dyspozycji liczne atrakcje i domki, w których mogły się schować w razie potrzeby. Teraz penetrowały nowe terytorium i przez jakiś czas były dość ciche.
Christina wyciągała ostatniego, zagubionego pufka z klatki. Z racji tego, że wcześniej pracowała, postanowiła trochę się z nim pobawić. Przybliżyła go sobie do twarzy i zanurzyła nos w jego mięciutkim, różowym futerku. Przyjemnie łaskotał i równie przyjemnie pachniał. Niczym lody truskawkowe z bitą śmietaną. Nie była pewna, czy to zasługa odpowiedniej pielęgnacji, czy po prostu hodowca je wyperfumował, ale nie obchodziło jej to. Pachniał pięknie i to jej wystarczało.
Wyglądała tak pięknie i niewinne, gdy trzymała puchatą kuleczkę w dłoniach i szczebiotała do niej jak mała dziewczynka. Rzadko ją taką widywał. A tak bardzo pragnął widywać ją codziennie. Nawet po tym, jak zerwała zaręczyny. Nawet po tym, jak odeszła zostawiając go samego. Nawet po tym, jak zobaczył ją po drugiej stronie. Pamiętał to jak dziś.
Celował w niego i mówił coś, czego i tak nie rozumiał, zajęty szukaniem jakiegoś wyjścia z sytuacji. Był w fatalnym położeniu. Właściwie już był trupem. Zaczął szukać wzrokiem Freda, ale ten zajęty był walką z kimś innym. Miał swoje własne problemy. Skoro ma zginąć, to sam, nie będzie ciągnął za sobą brata. To teraz. Widzi jak koniec różdżki śmierciożercy zaczyna tlić się zielonym blaskiem. To teraz. To ta chwila. Zamknął oczy.
- Avada Kedavra!
Nie sądził, że była kobietą, ale co to za różnica. I tak zginie. Teraz trzeba czekać... czekać... i czekać.
Otworzył najpierw jedno oko, potem drugie. Agresor leżał na ziemi z rozrzuconymi rękoma. Maska potoczyła się po podłodze i opadła z głuchym tąpnięciem. Puste oczy wpatrywały się w sufit, chociaż nie mogły już dostrzec zachmurzonego nieba, które prześwitywało przez dziurę.
Inny śmierciożerca natomiast podbiegł do niego i ukląkł obok. Zerwał maskę.
- Christina?
Przywarła do niego wargami, jakby próbowała oddać mu swoje życie, swój oddech. Gdy w końcu odsunęła się, w oczach miała łzy. Po policzku spływała krew z rozcięcia, które przepaliło maskę na wylot. Spróbował ją wytrzeć, ale złapała go za nadgarstek.
- Uciekaj stąd. Proszę cię. Weź Freda i uciekajcie.
- Chodź ze mną. Obronimy cię przed nim. Obiecuję, będziesz bezpieczna.
Potrząsnęła głową. Spod powiek wypłynęły kolejne słone krople.
- Błagam cię, uciekaj.
Szeptała z taką pasją, że przez chwilę chciał ją złapać i deportować się w bezpieczne miejsce. Ale nie mógł zostawić rodziny.
- Nie mogę. Nie sam. Oni tu walczą.
Uśmiechnęła się smutno. Nachyliła się i delikatnie musnęła jego okrwawione wargi.
- W takim razie przeżyj.
Wstała i w biegu nakładała maskę. Więcej jej nie zobaczył.
Teraz Voldemorta już nie było. Nie musiał jej bronić i mógł z nią żyć. Przecież nikt jej nie aresztował, nikt nie wie kim kiedyś była. On nikomu nie powiedział. Teraz, tyle lat bo bitwie pojawiło się światło. Pojawiła się nadzieja, że mogą być razem. Przecież i tak nie kochał Angeliny. Wyszedł za nią dla przyzwoitości. Wiedział, że Fred by tego pragnął. Ale jeszcze bardziej by chciał, żeby był szczęśliwy. Na pewno. Przecież wiedział co do niej czuł... i czuje nadal.
- Hej - zawołała, gdy pufek przylgnął językiem do wnętrza jej nosa i zaczął wyjadać wszystkie smarki. Odsunęła go od siebie. - No tak, zapomniałam co jest ich przysmakiem.
Odłożyła go ze śmiechem do akwarium i spojrzała na mężczyznę, który znowu był myślami gdzie indziej. Westchnęła i podeszła do niego. Skierował wzrok na jej oczy, a potem na usta. Następnie przywarł do niej całym ciałem i objął ją mocno. Język wsunął pomiędzy wargi, szukając tej magii, która łączyła ich przed laty. I znalazł. Taką samą jak wtedy. Tak przepełnioną namiętnością i pożądaniem. Tak świeżą i mocną. Tak bardzo ich.
Wplótł palce w jej długie, jasne włosy. Cieszył się nimi, jak każdym innym drobiazgiem jej ciała. Znów była jego, tylko jego.
Ściągnął z niej lekki, rozpinany sweterek i rzucił w stronę Zębatych Fryzbi. Całe szczęście były szczelnie zapakowane, chociaż i tak wydały charakterystyczny warkot.
Wtedy poczuł, że jej zgrabne palce wpełzają pod jego koszulkę i przyjemnie chłodzą skórę. Co jakiś czas zginała je i pozwalała paznokciom nieco go zranić, ale w ten przyjemny, zadziorny sposób.
Zrzucił z niej kolejną warstwę ubrania i popchnął na regał z Powtarzalnymi Wisielcami. Uderzyła kręgosłupem o drewnianą półeczkę, ale tylko zasyczała cicho i wpiła się w jego usta, jednocześnie mocując się z jego górną częścią ubioru. Zobaczył łańcuszek, a na nim jego własny pierścionek zaręczynowy. Zmieszał się lekko. Nie sądził, że jeszcze go ma. Był pewien, że wyrzuciła go już dawno temu. Jego serce zalała nowa fala gorąca. Wciąż darzyła go głębokim uczuciem.
Gdy poczuła, jak jego długi, smukłe palce odnajdują wreszcie zapięcie stanika, potrafiła wyszeptać tylko drżące:
- George.
***
Leżeli nadzy, zdyszani na prowizorycznym posłaniu z Obronnych Peleryn. Zdecydowanie nie nadawały się już do sprzedaży. Trudno, w tych czasach i tak już nikt nie potrzebował obrony. Nie było się przed kim chować.
Opierała głowę o jego falujący tors, a on obejmował ją jedną ręką i głaskał delikatnie plecy. Wdychała jego zapach, próbowała go zapamiętać.
- Chriss?
- Hmm?
Wciągnął głęboko powietrze.
- Czy jeżeli wezmę rozwód z Angeliną, wyjdziesz za mnie?
Przestała oddychać. Na krótką chwilę przestała po prostu żyć. Cały świat stanął w miejscu i skurczył się do rozmiarów magazynu Magicznych Dowcipów. Liczyła się tylko ona, on i wiszące w powietrzu pytanie. I te oczy... pełne nadziei.
- Tak.
Najpierw odniosę się do języka i formy, a później do fabuły.
1. Moje ogólne spostrzeżenie jest takie, że w tej części było chyba trochę więcej błędów niż w poprzednich. Na pewno zbyt często używałaś zaimków osobowych, co trochę wytrącało z czytania. W wielu przypadkach można było obejść się bez nich albo po prostu zaimek "ona" zastąpić imieniem bohaterki.
2. W pierwszej części trochę mnie wybiło z rytmu, że nagle zaczęłaś pisać z perspektywy George'a. Lepiej, jak narracja z perspektywy różnych bohaterów jest oddzielona, tak jak zrobiłaś to później.
3. Reszta chyba jest w porządku. Głównie mam zastrzeżenia do tych zaimków osobowych, bo po prostu było ich za dużo, w niepotrzebnych miejsach.
Fabuła...
4. Podobało mi się, jak ukazałaś uczucia Christiny. W tej części nie przeszkadzało mi, że w jednej chwili jest bezwzględna, a w drugiej zagubiona, bo tutaj była zagubiona przez cały czas. Natomiast na pewno uwierzyłam w emocje, jakie nią targają po spotkaniu z George'em.
5. Duży plus to retrospekcje, które też wypadły przekonująco. Na pewno wplatałaś je w idealnych momentach i pozostawiłaś płynność w tekście.
6. Wzmianka George'a na temat małżeństwa z Angeliną - zawsze mnie ciekawiło, czy ktoś też ma takie spojrzenie na ten związek. Bo mnie się zawsze właśnie wydawało, że te postacie pobrały się głównie ze względu na Freda, a nie z jakiegoś prawdziwego i głębokiego uczucia. Także ten fragment opowiadania znowu mnie przekonał i zapadł mi w pamięć.
7. Na koniec jedna rzecz, która mi zgrzyta - trochę za szybko. To znaczy, nie wiem właściwie do końca jak to ująć... W moim odczuciu nie przedstawiłaś w stu procentach rozterek George'a na temat małżeństwa i miłości do Christiny tak, żeby od razu szli ze sobą do łóżka i chcieli planować wspólną przyszłość. Ze strony głównej bohaterki wszystkie te emocje i uczucia mnie przekonały i dotarły do mnie, więc w jej zachowaniu mnie nic nie dziwi. Przy George'u czegoś mi jednak zabrakło.
Ogólnie rzecz ujmując, rozdział mi się podobał, bardzo łatwo można było wczuć się w skórę Christiny i jej uczucia. Fajnie, że napisałaś jedną część, która skupiła się tylko i wyłącznie na emocjach bohaterki i nie wplotłaś tutaj żadnych makabrycznych planów morderstwa, bo po prostu by tutaj nie pasowały. Wybitny oczywiście daję!