Była Śmierciożerczyni nie potrafi pogodzić się z faktem, że Lord Voldemort nie żyje, a młodzi Śmierciożercy nie rządzą światem. Postanawia coś z tym zrobić.
Patrzył na nią wielkimi, zaskoczonymi oczami i cały czas nie dowierzał, jego była przyjaciółka leżała na zakurzonej posadzce i ocierała krew z łuku brwiowego. Upadając musiała widocznie uderzyć w wystający kant stołu. Złośliwość rzeczy martwych.
- Tak Christina, gumochłonie. Mogę wiedzieć, dlaczego rzucasz na mnie uroki?
- Może dlatego, że wskakujesz na mnie jak jakaś dzika antylopa w czasie, gdy ucinam sobie popołudniową drzemkę? No nie wiem, taka reakcja obronna? To się chyba nazywa instynkt.
Zmarszczyła brwi i nos. Siostra zawsze wypominała jej, że śmiesznie wygląda, gdy się nad czymś zastanawia. Wszyscy jednak uważali to za urocze. Wyglądała wtedy jak mała dziewczynka, która myśli jak rozdzielić trzy czekoladowe żaby pomiędzy dwie osoby. W końcu, z udawaną powagą, pokiwała głową.
- Tak, masz rację. To może być jakiś tam powód. Kiepski, bo kiepski, ale może być. W ostateczności. - wytknęła mu język - Dobra, nie stercz tak. Pomóż mi, łaskawie, wstać.
Spojrzał po sobie, jakby dopiero teraz zauważył, że już nie leży, a stoi. Wzdrygnął się lekko i podał dziewczynie wyciągniętą dłoń. Ta złapała ją zgrabnie i w mgnieniu oka stała przed nim.
- A tak swoją drogą, Stany Zjednoczone są bardziej rozwinięte niż Anglia. To wy jesteście dzikusami. - uniosła jedną brew czekając na zaskakującą ripostę. Ta jednak nie nadeszła, bo dziewczyna dotknęła świeżej rany i zaczęła z niej lecieć krew. Michael przewrócił oczami.
- Oczywiście, jak zwykle pełen profesjonalizm i dbałość o własne ciało. Daj mi to.
Złapał jej podbródek i pociągnął do góry. Nie zawrzał na jej drobne dłonie uderzające w jego klatkę, ani na protesty, że sama da sobie radę. Od zawsze lubił się nią opiekować. Traktował ją jak młodszą siostrę. Był jednak pewien problem. Nie zawsze ją tak widział. Nawet teraz jego ciało reagowało na jej bliskość. Odchrząknął głośno i odsunął się gwałtownie.
- Dzięki, ale dałbym sobie radę sama. - burknęła zakładając ręce na piersi. Jej oczy świdrowały go, nie był pewien, co to oznacza i chyba wolał żyć w słodkiej nieświadomości.
Usiedli na kanapie. Jęknęła straszliwie, jakby prosząc, żeby jej nie używać. Niestety ,ci młodzi ludzie nie uznawali próśb. Właściwie to nawet ich wysłuchiwali, żeby zrobić na przekór. Ot, taki styl życia.
- Opowiadaj, co tam u ciebie słychać. Musisz prowadzić bujne życie, skoro nie masz czasu tu sprzątać. - omiotła ręką cały pokój. Zresztą w każdej innej części domu wyglądało to podobnie. - Pewnie codziennie spędzasz czas w innym clubie, próbując coraz to nowe drinki, które nazwane są twoim imieniem. Och, i nie mogę zapomnieć o rzeszy napalonych, zwinnych dziewczyn, które zapraszasz do tej, jakże imponującej, rezydencji, która, notabene, nie jest nawet twoja.
- Skąd niby pomysł, że tu mieszkam?
- Wyglądasz jak mugol spod sklepu monopolowego. Jednak jesteś umyty, więc masz dostęp do bieżącej wody. Serio, nie trudno na to wpaść.
Wyglądał na nieco zaskoczonego, że tak łatwo go rozgryzła.
- Nie zgadłaś. Moje życie nie jest pasjonujące. Siedzę całymi dniami i nic nie robię.
- Wiesz, co to sarkazm? - przewróciła oczami
- Dobra, Panno Sarkastyczna, co tam u ciebie? - odbił kafla - Myślałem, że jesteś już dużą dziewczynką i wiesz, że pierścionki zaręczynowe nosi się na lewej ręce, a nie na łańcuszku.
Szybko dotknęła dekoltu.
- Ja... nie... my... - westchnęła głęboko opuszczając dłoń na kolana - Nie jesteśmy razem. Zerwałam zaręczyny.
- Dlaczego? - zapytał, jakby nie znał odpowiedzi.
- Bo był za blisko Pottera. Przyszedłby czas, gdy musiałbym go odesłać w zaświaty.
- Słyszałem, że wyszedł za Johnson, myślałem...
- Za Angelinę. Nie patrz tak na mnie, nie za moją siostrę. Za moją kuzynkę od siedmiu boleści. Jak widać nie robiło jej różnicy, którego z bliźniaków zaciągnie przed ołtarz.
- Byłaś na ślubie?
Odwróciła wzrok i spojrzała w okno, za którym zaczynał padać deszcz.
- Oczywiście, że nie....
Nora tym razem nie przypominała zapuszczonego domu, tylko magiczny domek z bajki. Przyozdobiona była białymi i bladofioletowymi balonami, wstążkami i kwiatami. Na podwórzu stał ogromny namiot z podniesionymi połami, które łopotały na wietrze. W środku było pełno ludzi, którzy siedzieli na ustawionych w rzędzie krzesełkach i na coś ewidentnie czekali. Prawie wszyscy byli w szampańskich nastrojach. Pani Weasley nie potrafiła usiedzieć na swoim honorowym miejscu i co jakiś czas zrywała się i podbiegała do różnych osób. Jednak jej głównym zadaniem było dostanie się do kuchni. Uważała za swój święty obowiązek przypilnować kucharki, ale Hermiona stała w drzwiach i ostentacyjnie odmawiała jej wejścia.
Christina siedziała na końcu, starając się nie wracać na siebie zbytniej uwagi. Jednak niespecjalnie się to udawało. Uwielbiała łamać wszelakie zasady, a więc zasada "nie wyglądaj lepiej od panny młodej" musiała zostać złamana. Zresztą, nawet nie była zaproszona, więc co za różnica. Wtopiła się w tłum i czekała, aż zabrzmi muzyka. I w końcu zabrzmiała. George wyszedł na początek i uśmiechnął się do wszystkich. Tylko ona wiedziała, że nie jest szczęśliwy, tylko ona potrafiła rozpoznać kiedy udaje. Nagle zza pleców wyleciały setki białych gołębi, a spośród trzepotu skrzydeł wyszła ona. Angelina Johnson. Jej kuzynka, imienniczka jej siostry. Czarnoskóry obiekt nienawiści. Miała na sobie skromną sukienkę sięgającą kostek. Nie miała welonu, za to w brązowe włosy wplotła białe kwiaty, pasujące do dekoracji. Była przeszczęśliwa. Zakłamana szmata. Przecież kochała Freda, nie Georga. Ale z dwojga złego lepiej wyjść za tego żywego. Christina cieszyła się, że różdżka leży na samym dnie torebki i nie może zrobić z niej użytku. Ratowało ją to przed wielkim zamieszaniem.
W końcu doszła do swojego przyszłego męża i ceremonia zaczęła się. Cały czas walczyła ze sobą, żeby nie wstać i odejść. Potem jednak przyszedł moment, który wbił ją w siedzenie.
- Angelina Johnson, czy bierzesz sobie tego oto...
I wtedy ją zobaczył. Odwrócił delikatnie głowę i ich oczy spotkały się. W ciągu sekundy przypomniała sobie wszystko. Dotyk jego smukłych palców na jej ciele, delikatne usta, które błądziły po szyi, rude włosy, które tak uwielbiała ciągnąć w chwilach uniesienia. Doskonale pamiętała czułe pieszczoty jej piersi. Uwielbiał sprawiać sobie przyjemność doprowadzając ją do wyżyn przyjemnych pieszczot. Potajemne, zakazane schadzki po nocach. Dreszczyk emocji, kiedy robili to w nie zamkniętych klasach. Przede wszystkim jednak przypomniała sobie uczucie, które do niego czuła. To była ta wielka miłość, którą w życiu przeżywa się tylko raz. Już nie znajdzie nikogo takiego. On też o tym wiedział, dlatego wyłączył się kompletnie z ceremonii i patrzył w jej oczy czekając na coś. Na moment, w którym wstanie i porwie go ze sobą.
- George? - pastor delikatnie przypomniał o zadanym przed chwilą pytaniu.
Ten jednak nadal wpatrywał się w dziewczynę. Ta zagryzła wargę i chociaż serce krzyczało "nie", pokiwała delikatnie głową. Jego oczy przygasły, ale odwrócił się.
- Tak, biorę.
Po policzku spłynęła jedna, pojedyncza łza, w której ukryte było więcej bólu i cierpienia, niż to, które przeżyła przez całe życie.
Starła zagubioną łzę z policzka. Ścieżka, którą podążała paliła żywym ogniem. To wspomnienie bolało i będzie boleć, niezależnie, ile czasu minie. Paskudna blizna nigdy się nie zabliźni, zawsze będzie się brzydko babrać. Chyba, że...
- Zwołajmy Śmierciożerców.
Szklaneczka Michaela pękła mu w ręce, gdy podskoczył lekko. Krew mieszała się w bursztynowym alkoholem. Strzepnął ją pospiesznie, niespecjalnie nawet wiedząc, co robi.
- Że co?
- Zwołajmy Śmierciożerców. Zbierzmy się jeszcze raz, jeden ostatni raz i dokończmy dzieło Voldemorta. Rozwalmy w pył poukładany, wyidealizowany świat Pottera i całej tej jego bandy.
Mówiła nadzwyczaj poważnie. Widział to w jej srebrnych oczach i w ruchach palców, gdy molestowała słomkę. Wyginała ją we wszystkie strony z siłą, która zmiażdżyła by ołówek. On natomiast opanował się i usiadł wygodniej w fotelu. Wytarł dłoń o obicie mebla i od razu zorientował się, że to był błąd. Z obrzydzeniem stwierdził, że pewnie dostanie zakażenia.
- Nie mówisz serio.
- Mówię. - powiedziała dobitnie. - Jeżeli nie chcesz mi pomóc, to trudno. Poradzę sobie sama. Wciąż mam wiernych przyjaciół.
Wyraźnie zaakcentowała słowo "wiernych". W ten sposób chciała zagrać na czułej strunie. Zawsze byli dla siebie wszystkim i ufali sobie bez zastrzeżeń. Jej twarz przypominała straszliwą maskę. Była zastygnięta w idealnym grymasie nie przedstawiającym... zupełnie niczego. Stalowe oczy utkwione były w jednym punkcie, który wydawał się być kilometry stąd. Usta nie wyrażały ani radości, ani złości. Po prostu bezemocjonalne oczekiwanie.
- Spróbuj sobie jednak przypomnieć to uczucie, gdy byliśmy w swoim żywiole. Gdy mordowaliśmy setki ludzi jednego dnia. Pamiętasz krew spływającą z palców i różdżki? Uwielbiałeś to. Nie udawaj, nadal to uwielbiasz. Śnisz po nocach o zielonym promieniu, który zabiera ostatnie tchnienie. Kochałeś niszczyć marzenia innych, przy okazji spełniając swoje. Pamiętasz, ile radości sprawiały ci zakłady z Sebastianem o to, któremu uda się dłużej męczyć Cruciatusem? O ile dobrze pamiętam to Night wygrał ostatnim razem. Pozostawisz to tak?
Wreszcie jej usta poruszyły się i zastygły w uśmiechu pełnym okrucieństwa. Brew powędrowała do góry i oczekiwała na odpowiedź.
Gdy tak to opisywała zapragnął znowu być częścią tej groteskowej imprezy. Z siłą huraganu nadeszły wspomnienia. Jedne z najlepszych w jego życiu. Znowu być razem? Robić to, co się lubiło, z tymi których się... kochało? Spojrzał na nią. Widział jej zdecydowanie. Zrobi to z nim, lub bez niego. A dlaczego on nie miał się trochę przy tym zabawić? Wychylił się przez stół i złapał jej lewy nadgarstek. Mroczny Znak już ledwie rysował się na skórze, ale jednak wciąż można go było zobaczyć. Wyciągnął szybko różdżkę i tylko na chwilę się zawahał. Spojrzał w zimne, szare oczy. Na jedną, krótką chwilę wszystko oświetliło się za sprawą błyskawicy, która zapowiadała nadchodzącą burzę. Grzmot rozległ się w chwili, gdy koniec różdżki dotknął opalonej skóry.
Jeeest, w końcu! I Sebek się nawet znalazł, wiedziałam. Oni z Dzikim zawsze jakoś razem mieli pisane te tortury ;> Ciekawe kogo jeszcze powołasz do życia. Stawiam na Angelę i Lestrange. I o mnie nie zapominaj!
Boże, już zapomniałam jak uwielbiałam czytać ff z osobami, które znam. Napisane bardzo dobrze, ale jednak tak smutno... Mam nadzieję, że nie zabijesz Georga, bo to już byłby dramat. Daję W i weź dodawaj to szybciej!