Była Śmierciożerczyni nie potrafi pogodzić się z faktem, że Lord Voldemort nie żyje, a młodzi Śmierciożercy nie rządzą światem. Postanawia coś z tym zrobić.
- Zimno, zimno, zimnoooo - Christina narzekała, jak to miała w zwyczaju. Odkąd przeprowadziła się do Nowego Jorku, mróz dokuczał jej zaledwie kilka dni w roku i nie był aż tak przejmujący. Tu, w Anglii, sprawy wyglądały inaczej. Mimo, że miała na sobie gruby szalik (notabene odnaleziony w zakurzonej szafie) i tak czuła drobne płatki śniegu roztapiające się na jej gołym karku.
- I myślisz, że jak będziesz narzekać na głos, to coś ci to da? - Angelina jak zawsze potrafiła usadzić siostrę.
- A żebyś wiedziała.
- Nie marudź. Już niedaleko.
Szły ulicą i rozglądały się. Wcale nie próbowały wtapiać się w otoczenie. Nie było potrzeby. Minęło dwadzieścia lat, mała szansa, że ktoś je tu rozpozna. Oczywiście chodziło im o zwykłych ludzi, nie o Potterów. Oni rozpoznali by ich w trzy sekundy. W końcu nie zapomina się ludzi, którzy celują w ciebie różdżką.
- Okey, to tutaj. - wskazała na uroczy domek. - Łap ją.
Christina podeszła do wskazanej kobiety. Na oko miała pięćdziesiątkę, ale trzymała się nieźle. Była jedną z tych bogaczek, które mieszkają w okolicy. Ubrana w niedorzecznie drogie stroje, ale z klasą. Obok jej nogi siedział pekińczyk, który zupełnie nic sobie nie robił z podchodzącej do niego dziewczyny. Ot, wystudiowana ignorancja.
- Eee, dzień dobry. Przepraszam, że niepokoję, ale nie jestem stąd i szukam pomocy. - uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem głupiej, nieporadnej blondynki, na który wszyscy się nabierali.
Zmierzyła blondynkę od stóp do głów. Johnson przybyła do kwatery głównej w spodniach od dresu i bokserce. Nie wyglądała w nich zbyt szykownie, więc z nadzieją zajrzała do swojej starej szafy, która stała chyba tylko dzięki pajęczynom. O dziwo, ubraniom w środku nic się nie stało, oprócz oczywiście zasłonięcia kurzem. Znalazła nawet płaszcz zimowy i parę kozaków na szpilce. Zadowolona doprowadziła wszystko do stanu używalności i była gotowa na misję.
- Ależ oczywiście, pomogę.
- Wiem, że pomożesz. Pytam tylko z grzeczności - odparła i zanim starsza pani zdążyła zareagować na tą bezczelność, została ugodzona czerwonym promieniem prosto w pierś.
- Patrz jaki okaz dorwałam. Bogata mieszkanka. Z gratisem - dodała spoglądając z niesmakiem na psiaka, który dopiero teraz zaczął okazywać zainteresowanie.
- Weź go wypuść, tylko nam coś popsuje. - stwierdziła Angelina i zabrała się do omawiania zaczarowanej kobiecie co ma robić.
Młodsza siostra natomiast przykucnęła i pogłaskała psiaka po czubku głowy.
- A nie możemy go zatrzymać? - spojrzała błagalnymi oczami stojącą dziewczynę. Ta przestała tłumaczyć i zerknęła w dół.
- Nie. Masz już jednego. Jak tam Michael?
Christina gwałtownie się wyprostowała i odeszła kawałek. Wyciągnęła komórkę i wybrała numer sąsiadki z dołu.
- Cześć, słuchaj... Co? No wiem. Przerywa bo jestem w Anglii. ANGLII. Co ja tu robię? Odwiedzam przyjaciół. PRZYJACIÓŁ. ODWIEDZAM. Jeeezzzuuu... Nieważne. Nakarmisz mi psa? PSA CZY MI NAKARMISZ, SIĘ PYTAM. A ile ja mam niby psów? Ja pierdole... NAKARM MI PSA! Nie wściekam się. Dobra, dzięki. Pa. PAA!
Wyłączyła telefon i trochę rozgrzana pokrzykiwaniem wróciła do kobiet.
- Ja jestem gotowa, a twojego psa nadal widzę na smyczy.
Obie spojrzały na pekińczyka, który właśnie załatwiał się przy pobliskiej latarni.
- Niech go weźmie i powie, że chce pić.
- Nie będę zmieniać całej historii, bo tobie nie chce się wypuścić psa. - Angelina zaczynała być zła. Nic dziwnego, sterczała na mrozie, podczas gdy mogła być już w środku domu Potterów.
- No bo się zgubi.
Widząc lodowate spojrzenie siostry przykucnęła i odpięła smycz.
- Biegnij, jesteś wolny. Zgiń pod kołami. Niech cię potrąci samochód, ciesz się życiem. A co!
Angelina przewróciła oczami i popchnęła kobietę przed siebie. W międzyczasie Christina rzuciła na nią i na siebie zaklęcie Kameleona. Zadzwoniła do drzwi i ustawiła się obok wejścia, aby wślizgnąć się jak najszybciej. Drzwi otworzyła Ginny.
- Słucham?
Wypiękniała przez te lata. Teraz dopiero widać było, co ci faceci w niej widzieli. Z brzydkiego kaczątka, do łabędzia. Dziwne, co może zrobić prawdziwa miłość z człowiekiem.
- Przepraszam, że niepokoję ale mój samochód złapał gumę i nie potrafię sobie sama poradzić. Jest może pani mąż.
- Tak, tak. Harry! Harry, zejdź na chwilę. - czekając uśmiechnęły się do siebie.
Christina zastanawiała się o jaki chodzi samochód, ale ufała siostrze i wiedziała, że jakieś auto z przebitą oponą i kluczykami w stacyjce czekało za rogiem.
- Co jest?
Potter stanął w drzwiach. Czarne włosy jak zawsze były w nieładzie. Zielone oczy skryte za okularami. Blizna. Czas go jednak nie oszczędzał. Miał już pierwsze zmarszczki i dość mocno zarysowany brzuszek. W porównaniu z żoną, on zdecydowanie zbrzydł.
- Pani ma problem z samochodem. Pomożesz jej?
- Ależ oczywiście. Ma pani odpowiednie narzędzia?
Pokręciła głową.
- W porządku, zaraz zajrzę do garażu i zabiorę wszystko.
Ruszył, ale powstrzymał go rozbawiony głos Ginny.
- Opona. Przebita opona. Tak w razie gdybyś zapomniał zapytać co się stało.
Pocałował ją w policzek. Christina włożyła palec do ust i udawała, że wymiotuje, ale zaraz przypomniała sobie, że Angelina i tak jej nie widzi.
- Gin, pomóż mi z tym, nie mogę ściągnąć, bo wszystko mi poleci.
Rudowłosa kobieta wyszła z przejścia i dała całkowity dostęp do domu. Na to właśnie czekały. Wślizgnęły się niewidoczne i nie czekając zaczęły myszkować. Christina pognała na górę, a Angelina zajrzała do przeraźliwie czystej kuchni. W myślach przywołała obraz swojej kuchni. Dość zabałaganionej, trzeba dodać. Przynajmniej moja jest przytulna, pomyślała. Z babskiej ciekawości otworzyła lodówkę i przeszukała ją wzrokiem. Nic jednak nie znalazła wartego uwagi. Rozejrzała się i zobaczyła kalendarz. W krateczce na najbliższą sobotę zobaczyła wielki napis. "Urodziny Rose". Bingo. Trzeba się tylko dowiedzieć gdzie.
Christina tymczasem zakradła się do sypialni państwa Potterów. Wysunęła szufladę szafki nocnej i dostała ataku chichotu. Szybko ją zamknęła. Wstała i wciąż z uśmiechem na ustach zajrzała do szafy. Prócz pojedynczych bluzek, żakietów i spódnic wisiał skompletowany strój wyjściowy. Nic zobowiązującego, żadna gala, ale całkiem elegancko. Rocznica, urodziny, imieniny? Warto zanotować to w pamięci. Wyszła na korytarz, ale stwierdziła, że ani w łazience, ani w sypialni dzieciaków niczego nie znajdzie. Zeszła na dół w odpowiednim momencie, żeby zobaczyć latającą w powietrzu ramkę na zdjęcia.
- Angelina, odłóż to na miejsce.
Ramka zadrżała gwałtownie, ale nie spadła. Wręcz przeciwnie została delikatnie odłożona na miejsce.
- Masz coś? - rozległo się w przestrzeni.
Pokiwała głową.
- Kretynko, nie merdaj łepetynką, nie widzę. - w głosie starszej siostry słychać było rozbawienie.
- Oj, no tak. Tak, mam coś.
- Wychodzimy - zakomenderowała.
Po kilku minutach, gdy były pewne, że nikt ich nie widzi, odczarowały się.
- Dobra, opowiadaj co masz ciekawego.
- Ginny używa pigułek. - zaśpiewała zadowolona Christina.
Nastała chwila ciszy.
- No i?
- Przecież my potrafimy same... No, nieważne - była zła, że siostra nie podłapała. - W najbliższym czasie gdzieś wychodzą. Miała naszykowany strój.
- Na urodziny Rose. - odbiła piłeczkę Ang.
- Skąd wiesz?
- Z kalendarza w kuchni. Problem jest taki, że nie wiem gdzie. - dodała zmartwiona.
- W Norze. Wszystko dzieje się w Norze.
- Jesteś pewna?
- Tak. - odpowiedziała dobitnie
- George, ale ja naprawdę nie chce jechać do ciebie do domu. Nie polubią mnie.
- Oj nie chrzań. Ciebie lubią wszyscy.
Chłopak złapał jej dłonie i co jakiś czas całował w oczekiwaniu na zgodę.
- Nie byłabym tego taka pewna. Ron za mną nie przepada.
- Tym skrzatem się nie przejmuj. Ginny jest w ciebie wpatrzona jak w obrazek. W sumie to nie wiem, czy jest się z czego cieszyć. - zamyślił się.
- No nie wiem... Przecież to jest środek semestru, nie możemy tak wyjść.
- Jakby ci to przeszkadzało - zaśmiał się. - Daj spokój. Mama co roku dostaje zwolnienia od Dubla. Co za różnica, czy będzie musiał wypisać jedno dodatkowe. No proszę, to moje urodziny.
- Dlaczego Nora? Dlaczego Nora, a nie Hogwart, przecież mogą przyjechać.
- Bo wszystko co ważne, dzieje się w Norze.
- Chris? Chriss?!!
- Sorry, już jestem. Zamyśliłam się.
Uwielbiam Twoje opisy wspomnień Chris o Georgu