Felder jest rozdarty pomiędzy dwoma swoimi mistrzami. Wszystko wskazuje na to, że jeden z nich próbuje o niego zawalczyć...
Przez następnych kilka tygodni Felder robił wszystko, żeby nie dać po sobie poznać strachu, jaki Slytherin zaczął w nim wzbudzać po tej dość ostrej kłótni z Heleną, której był świadkiem. Dziewczyna i jej matka nie pojawiły się już ani razu na zamku, a wobec przyrzeczenia Feldera, że spróbuje przekonać czarownicę do antysaskiego sojuszu, Slytherin już nigdy więcej nie wrócił do tego tematu. W tym czasie kontynuował swoją czarodziejską naukę pod okiem druida. Ta edukacja była jednak zupełnie inna niż tamta, którą odbierał od Gorfryddyda. Saski mag koncentrował się raczej na przekazywaniu Felderowi swojej wiedzy magicznej, uczył go rzucania zaklęć, ważenia mikstur, opowiadał o właściwościach tych wszystkich tajemniczo brzmiących ziół i stworzeń, no i zdawał się chcieć wlać w niego całą swoją wiedzę, tak jakby Felder miał być kimś w rodzaju jego następcy. Natomiast dla Slytherina Felder nie był jedynym uczniem – przychodziła do niego cała grupka chłopców. Spotykali się regularnie na zamku, gdzie stary druid starał się nie tyle nauczyć ich magii, co ukształtować w nich poczucie wyższości i wyjątkowości. Większość czasu zanudzał ich opowieściami o swoich wielkich przodkach w tej podziemnej komnacie, do której zaprowadził Feldera pierwszego dnia jego pobytu na zamku. Starał się wszystkim udowodnić, że ponieważ mają, jak to nazywał, Krew Merlina, są wybrańcami bogów i ich przeznaczeniem jest władza nad światem, a zobowiązaniem – kierowanie ludzi na odpowiednią ścieżkę, bo bez pomocy czarodziejów ci niemagiczni są tak głupi, że wleźliby prosto w paszczę smoka, który do zęba ma przywiązany kawał mięsa na przynętę. Oczywiście, uczył ich też tego wszystkiego, co Gorfryddyd, jednak na każdym kroku dawał wyraźnie do zrozumienia, że jakieś tam eliksiry leczące z czyraków czy zaklęcia oświetlające drogę w nocy są o wiele mniej godne kogoś z Krwią Merlina, niż takie dziedziny magii jak kontrolowanie umysłu, nekromancja czy wywoływanie zjawisk atmosferycznych. Jedyną dobrą stroną tego wszystkiego był fakt, że Felder po raz pierwszy w życiu znalazł gromadkę osób, których mógł nazwać swoimi przyjaciółmi, bowiem Slytherin bardzo dbał o to, żeby relacje pomiędzy jego uczniami były jak najściślejsze. Druid uważał, że prawdziwych wybrańców bogów naznaczonych Krwią Merlina jest na świecie tak mało, że wszyscy powinni być dla siebie jak bracia i wspólnie dążyć do postawionego przed nimi celu. Wszyscy przyjeżdżali do Slytherina z różnych stron Brytanii, a kiedy już się tam pojawiali, druid bardzo dbał o to, żeby nie mieli ani jednej niezorganizowanej chwili. Wtedy, kiedy nie mieli zajęć, czarodziej dawał im inne, przeróżne zadania do wykonania, często tak bezsensowne jak na przykład wysyłanie ich dwójkami w jakąś część zamku aby sprawdzili, czy w murach nie ma żadnych usterek, co z jednej strony było dość absurdalne, bo sam tłumaczył im, że zamek jest magicznie chroniony i bez ingerencji magii nic nie może mu się stać, ale z drugiej uzasadniał to tym, że nawet i w ten teoretycznie bezsensowny sposób spędzony czas może być bardzo użyteczny, byleby robić to w towarzystwie swoich druhów, bo to po pierwsze – zacieśnia więzy między nimi, po drugie – uczy ich na jakie przeszkody mogą natrafić na swojej drodze, z którymi będą musieli sobie poradzić. Owe więzy przydawały się zwłaszcza wtedy, kiedy Slytherin ucinał sobie drzemkę, sam znudzony swoimi opowieściami. Raz wykorzystali taką okazję i urządzili sobie magiczne pojedynki, jednak kiedy doszło w wyniku tego do kilku wypadków z którymi nie umieli sobie poradzić i, siłą rzeczy, musieli obudzić starego druida, ten wściekł się tak bardzo, że do końca tego cyklu nauki nie zajmowali się niczym innym jak przepisywane ksiąg o dziejach wielkich czarodziejów przez kilka godzin dziennie, a jak wreszcie uznał, że dana kopia go zadowala, kazał tworzyć następną.
Wszystko to sprawiło, że Felder niemal zapomniał o Gorfryddydzie i ciążącym na nim niebezpieczeństwie. Dopiero wtedy, kiedy Slytherin wspomniał o ich wspólnej wyprawie na święto Lughnasadh wraz z innymi uczniami, doznał czegoś w rodzaju szoku – nagle przypomniało mu się, że jego bądź co bądź oswobodziciel i mistrz ma za moment zginąć z rąk Bendrika i jego ludzi, którzy chcieli poświęcić ich bogom. W dniach poprzedzających ich wyprawę do Londinium tak bardzo nie mógł skupić się na niczym innym, był do tego stopnia rozkojarzony przez swoje zamartwianie się tym, że właściwie nie nauczył się jeszcze nic i nie wie, w jaki sposób mógłby pomóc Gorfryddydowi, że Slytherin zadał mu kilka dodatkowych prac. Jedyną osobą, która zdawała sobie sprawę z tego, co Felder przeżywa w swoim sercu, był jego najbliższy przyjaciel spośród uczniów Slytherina – Waldo, wysoki chłopak o czarnych włosach spiętych z tyłu w kucyk zwisający mu ze środka głowy, tajemniczych, zielonych oczach i oliwkowej cerze, ubierający się zawsze na fioletowo. Pochodził on z południa wyspy, z krainy którą sam nazywał Kemri*, o której ani Felder, ani nikt inny z chłopaków nigdy nie słyszał. Wiedział o niej tylko tyle, ile usłyszał od Waldo – znajduje się ona w niedostępnych górach na południu, a mieszkający tam ludzie zajmują się głównie śpiewem i poezją. Wydawało się to wszystkim dość dziwne, jednak sam chłopiec bez wątpienia miał w sobie talent do muzyki. Kiedy tylko Slytherin dawał im chwilę wolnego, a inni szli grać w karty czy wygłupiać się w pobliskim jeziorze, Waldo najczęściej siadał pod drzewem z piórem i kawałkiem pergaminu, po którym skrobał kolejne wersy swoich utworów, którymi później zabawiał wszystkich w trakcie kolacji, przygrywając przy tym na lutni. Było w tej jego muzyce coś niezwykłego. Zawsze kiedy grał, jakby wprowadzał wszystkich w trans, tak że nie mogli się od niej oderwać. Dzięki niej mógł wpływać na emocje ludzi, którzy go słuchają, wywołując je dokładnie takie, jakie tylko chciał. Słuchała go również przyroda: zwierzęta, rośliny, chmury, wiatr – wszyscy robili dokładnie to, o czym pomyślał Waldo.
- Nie bój się, Felder! Coś wymyślimy… - westchnął Waldo, kiedy pewnego gorącego wieczoru obaj siedzieli nad jeziorem, a chłopak opowiedział mu o swoich obawach związanych z Gorfryddydem. Sam Felder siedział w głową wciśniętą między kolana i wpatrywał się w czarną taflę jeziora, zaś Waldo – tradycyjnie, leżał na boku wspierając głowę ramieniem, w drugim ręku zaś trzymał pióro, którego czubek nadgryzał. W przeciwieństwie do wręcz rozdygotanego z nerwów Feldera, ten był całą sytuacją wręcz podekscytowany. – Musimy wymyślić, nie? Ale kurczę, co to za historia! Pomyśl tylko! Zły król porywający czarodzieja, młody chłopak zamierzający go uwolnić… Jakby to jeszcze trochę podrasować, mogłoby z tego wyjść coś wspaniałego! Trzeba by tylko znaleźć tam jakiś wątek miłosny, ludzie to uwielbiają! Sam pomyśl – czarodziej z piękną córką, rozpaczającą po stracie ojca; rycerz, który ślubuje go uwolnić…
- Waldo, do jasnej cholery! – wrzasnął w końcu Felder przerywając monolog chłopca tak, że z okolicznych drzew odfrunęły ptaki, a jego głos odbił się echem po otaczających zamek górach. Wstał na równe nogi i wykrzyczał w stronę swojego towarzysza: - Czy do ciebie w ogóle dociera co się dzieje? Bendrik zabije Gorfryddyda, a reszta Brytanii pójdzie za nim do walki z Sasami.
- A ty nie chciałbyś, żeby tak było? – spytał spokojnie Waldo, a Felder się nieco zmieszał. Czy on właściwie chciał, żeby Brytowie przepędzili stąd Sasów? Usiadł spokojnie nad brzegiem jeziora i westchnął ciężko, patrząc na swoje odbicie w wodzie. Wypuścił powietrze i opowiedział Waldo całą swoją historię: od próby pozbycia się go przez ojca i brata, poprzez uwolnienie go przez Gorfryddyda, rozmowy z nim, kiedy się dowiedział, że jest czarodziejem, całą naukę, którą od niego odebrał, aż po ów feralny dzień ataku Brytów na ich obóz, położenia trupem dziesiątek saskich wojowników przez węże i porwania jego mistrza. Waldo słuchał tego z przyrodzoną sobie ciekawością, a w jego głowie zapewne już krystalizowały się pomysły na kolejne bohaterskie eposy. Felder jednak nie pozwolił mu na takie rozważania, ewidentnie chcąc nakierować tę rozmowę na takie tory, po których jemu będzie się jeździć najlepiej.
- A może mógłbyś użyć swoich zdolności, żeby jakoś to zakłócić? – zaproponował plan, który dopiero teraz przyszedł mu do głowy i wydawał mu się całkiem obiecujący.
- To nie jest takie łatwe z taką ilością ludzi, którzy się tam zbiorą… - odpowiedział Waldo. – Będzie tam tak wiele magicznych bodźców, że musiałbym chyba użyć całej swojej mocy do ich opanowania, a i pewnie nie wytrzymałbym długo. Ale przecież można spróbować, nie?
Perspektywa współpracy z Waldo znacznie poprawiła Felderowi nastrój i przywróciła wiarę w to, że być może uda im się ocalić Gorfryddyda. Rzecz jasna o całym tym planie wiedzieli tylko oni, Slytherin i reszta byli całkowicie przekonani o słuszności poczynań Bendrika. Obaj zaczęli się spotykać co wieczór nad jeziorem i rozmyślać nad tym, co może im się przydać i jakich zaklęć powinni się nauczyć. Z pomocą Feldera Waldo doskonalił swoje zdolności magiczne w manipulowaniu umysłami muzyką ćwicząc na mieszkających w okolicy zwierzętach, choć, jak sam twierdził, ludzi kontrolować jest o wiele trudniej, tym bardziej czarodziejów.
- Ale to my mamy tę całą Krew Merlina, czy jak to się tam nazywa, co nie? - sam się zachęcał zagadując tak Feldera, parodiując przy tym Slytherina i jego dumę z tego faktu (cokolwiek on właściwie znaczył). Był niesamowicie podekscytowany faktem, że może wziąć udział w czymś takim. Być może kolejnym bohaterem jego eposu stanie się... on sam?
Jednak pewnego wieczoru, kiedy obaj wracali do zamku po kolejnej wędrówce do lasu, Slytherin zawołał w ich kierunku, wychylając się ze swojej komnaty:
- Waldo! Chciałbym, żebyś dziś dołączył do Kattanoksa w gromadzeniu zapasów na wyprawę do Londinium.
- Ale...
- Żadnych ale! - Waldo zrobił tylko kwaśną minę, po czym czując, że nie ma sensu dyskutować, zszedł do piwnicy, zostawiając w ten sposób Feldera i Slytherina sam na sam. - A ty, chłopcze, chodź do mnie.
Felder po raz pierwszy wszedł do prywatnej komnaty druida. Było to okrągłe pomieszczenie wypełnione szmaragdowo-srebrnym światłem, któremu taką barwę nadawało zapewne szkło w tych kolorach, z którego wykonane były umieszczone w oknach witraże. Naprzeciwko wejścia stało majestatyczne łoże z baldachimem, oprócz tego biurko, kocioł, biblioteczka i... wąż wijący się w jakiejś magicznej osłonie. Slytherin usiadł na łóżku, na którym leżało coś dziwnego. Coś, co Felder widział pierwszy raz na oczy. Był to niewielki, kwadratowy kawałek drewna podzielony na kratki pomalowane na czarno i biało. W tych samych kolorach były różne dziwne miniaturowe posągi w przeróżnych kształtach: wieży, konia i wielu innych. Chłopak przyglądał się temu z żywą ciekawością. Slytherin zaś spojrzał na ów przedmiot, westchnął głośno i powiedział:
- Skoczek na G2! - Felder prawie podskoczył z wrażenia, kiedy drewniany, biały koń nagle ożył i przeskoczył na wskazane przez druida pole. To jednak było jeszcze nic w porównaniu z tym, co wydarzyło się chwilę później. Czarna wieża wystrzeliła z okienka pocisk, który roztrzaskał konia na drobne kawałki, po czym sama zajęła jego miejsce. Chłopak spojrzał na starego druida z otwartymi ustami i sercem ewidentnie domagającym się wyskoczenia z jego piersi, a ten tylko się uśmiechnął. Felderowi cisnęło się na usta pytanie, z czego jego mistrz się tak cieszy, skoro z jego pięknej figury zostały już tylko wióry, już chciał je wypowiedzieć na głos, ale...
- Królowa na D2! - największa z figur Slytherina, kobieta z ogromnym mieczem i diademem na głowie, bez żadnych oporów przeskoczyła na wskazane przez druida pole. Poskutkowało to tym, że figurka wojownika w czarnej zbroi z koroną na głowie wyciągnęła swój miecz z pochwy i rzuciła go do stóp królowej, zaś wszystkie czarne figury skłoniły głowę przed Slytherinem. - Szach-mat!
Felder stał w miejscu trochę osłupiały, patrzył się to na Slytherina, to na figury, które za jednym machnięciem ręki druid przywrócił do normalnego stanu. Spojrzał w twarz chłopaka i powiedział spokojnie:
- Dostałem tę grę od pewnego czarodzieja z dalekich stron. Bardzo ją lubię. Ale mimo to chciałbym ci ją podarować.
- Podarować? Mi? - Feldera nieco zatkało. Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewał. Przecież to chyba nie po to Slytherin odesłał Waldo i chciał widzieć tu właśnie jego...
- Tak. Są twoje - odpowiedział druid. Zgarnął figurki, teraz już nieruchome, po czym podał je Felderowi wraz z czarno-białą planszą. - Przydadzą ci się. Wiele się dzięki nim nauczysz. Zobaczysz, na czym polega przywództwo. Dowodzenia lepiej uczyć się na takiej oto sztucznej gromadzie ludzików, niż na prawdziwej. Masz mimo wszystko większe pole do popełnienia błędu.
- Dziękuję... - wymamrotał Felder, nie do końca wiedząc, co to wszystko miało znaczyć.
- A, byłbym zapomniał! - Slytherin podszedł do swojej biblioteczki i wyciągnął z niej zwój pergaminu. - Weź też to. Znajdziesz tam opis tej gry wraz z kilkoma wskazówkami, które lepiej jest sobie przemyśleć... No, to leć już spać!
Pożegnawszy się ze starym druidem, Felder ruszył do swojej komnaty i przyjrzał się swojej nowej kolekcji figur. Odłożył je na półkę, po czym przy świetle świecy zaczął czytać zwój. Napisany był bardzo ozdobnym pismem, dookoła zaś był ozdobiony różnymi miniaturkami - zapewne został sporządzony przez kogoś bardzo bogatego. Tytuł zaś brzmiał co najmniej intrygująco:
Szachy - sztuka poświęcania
*Walia
Tak jak obiecałam, przeczytałam wszystkie części
To o czym już chyba wspomniałam - masz świetne opisy! Bardzo pobudzają wyobraźnię i czytelnik widzi każdy szczegół. Bardzo dobrze łączysz opisy miejsc z opisami przeżyć wewnętrznych - to jest naprawdę sztuka, zwykle w opisach przeważa tylko jeden rodzaj ( jak u mnie, opisy miejsc zawsze mi umkną
Kolejny plus za ogrom wiedzy który dzięki temu przekazujesz - od fragmentów o ziołach ( to prawda, krwawnik jest bardzo pożyteczny!) przez wiedzę historyczną, informacje o zwyczajach które panowały w danych czasach, to naprawdę rzadko zdarza się w opowiadaniach!
Już rozumiem motyw Merlina, zrobiłeś to duużo lepiej niż Rowling
A opisy bohaterów zaskakują, tym bardziej ich wzajemne relacje. Póki co nie mam pojęcia jak mogą się wszyscy dogadać przy, jeśli dobrze zrozumiałam, sprzecznych interesach. Pisz więc dalej, bo chcę ogarnąć!