Święto Zbiorów. Mistrz ma zginąć, a na jego zwłokach ma wyrosnąć jedna Brytania. To nie może skończyć się dobrze, prawda?
Lato nadeszło w pełni. Fale gorącego, wilgotnego powietrza uderzały o mury zamku i delikatnie muskały wielkie jezioro, które kołysało się niczym zwiewna suknia. Słońce grzało niemiłosiernie, a natura nie miała litości i nie przynosiła im choćby kilku kropel deszczu czy nawet chmur dla ochrony przed słonecznym skwarem. Slytherin uznał, że to idealna okazja, by nauczyć młodych adeptów sztuki magicznej czarów wywołujących zjawiska atmosferyczne. Nie było to jednak takie proste. Po pierwsze, taka pogoda odbierała wszystkim ochotę na robienie czegokolwiek, energia ze wszystkich ulatywała niczym para z jeziora. Po drugie, takie zaklęcia były niesamowicie trudne. Oczywiście Slytherin, swoim zwyczajem, kazał im robić wszystko w dwójkach, sam jednak nie udzielał zbyt dużej pomocy. Felder i Waldo przeczesywali więc zakamarki biblioteki zamkowej w poszukiwaniu czegoś przydatnego, choć docierający i tutaj skwar nie ułatwiał im pracy. Po kilkudziesięciu minutach poszukiwań Felder leżał już z głową na jakimś wyjątkowo grubym tomiszczu, a Waldo siedział pod jedną z półek i wpatrywał się w tytuły ksiąg, choć te nijak nie docierały do jego głowy.
- Jeszcze nic nie znaleźliście? – po jakiejś godzinie spędzonej przez nich w bibliotece (a może szybciej, trudno powiedzieć, bo czas nie litował się nad nimi i leciał niemiłosiernie wolno) pojawił się tam Slytherin. Popatrzył na nich z góry z rękami założonymi na piersi i pokręcił głową z kwaśną, wyrażającą dezaprobatę dla ich braku działań miną. – Felderze, Waldo, powiedzcie mi – jesteście, do jasnej cholery, czarodziejami, czy nie?
- No… jesteśmy! – odpowiedział Felder podnosząc się znad księgi, której pogiął stronę poprzez leżenie na niej. Mówił to bez przekonania, zrezygnowany, tak, jakby sam do końca nie był pewny swojej odpowiedzi, albo inaczej – jakby nie miała ona dla niego większego znaczenia.
- No, to skoro jesteście naznaczeni Krwią Merlina, to dlaczego zachowujecie się jak mugole? Wiecie przecież, jak sobie radzić z takimi problemami, jak duchota, prawda? Bo jeśli nie, to na poniedziałek napiszecie mi esej na dwie rolki pergaminu o eliksirze wzmagającym koncentrację. A teraz pośpieszcie się, za dwadzieścia minut spotykamy się przy kamiennym kręgu – dokończył nie patrząc się na nich i wyszedł. Chłopcy popatrzyli po sobie.
- No i znowu to samo... - no tak, po Slytherinie istotnie można było się tego spodziewać.
Był piekielnie wymagający, jego uczniowie byli starannie wyselekcjonowani, obdarzeni jakimiś wyjątkowymi cechami, dla niego byli jak diamenty, które trzeba ciągle szlifować i ciągle szukać w nich nowego blasku. Wszyscy musieli być najlepsi we wszystkim, nie mieli prawa do błędu czy słabości. A nieużywanie magii tam, gdzie użyć by jej można dla osiągnięcia swojego celu, było czymś, co szczególnie źle działało na starego druida. Uważał, że bycie czarodziejem to przywilej, z którego trzeba korzystać, bo w innym przypadku zwyczajnie marnuje się swój talent. Szczególnie z Feldera wyciskał siódme poty, powtarzając mu ciągle, jaki wielki potencjał w nim drzemie i że nie pozwoli mu go zmarnować przez lenistwo i brak ambicji.
Zaklęcie mające przywołać deszczowe chmury było niesamowicie złożone i aby cokolwiek im z tego wyszło, musieli działać wszyscy razem, swoimi połączonymi siłami. Niektórzy faktycznie chyba wzięli sobie do serca nauki Slytherina o wykorzystywaniu magii do radzenia sobie z problemami, bo kilku z uczniów faktycznie zdawało się nie zwracać uwagi na pogodowe trudności. Druid nagrodził ich za to w ten sposób, że nie skrytykował ich czarów, czego nie omieszkał zrobić u pozostałych. Zwracał uwagę nawet na takie rzeczy, jak kąt ustawienia kostura w stosunku do ziemi, co miało wpływać na ilość niepotrzebnie zużywanej mocy magicznej.
- Nie przestawajcie pracować nad detalami, w nich tkwi szkopuł, który odróżnia mistrzów od półkrwi przeciętniaków! - zawołał, kiedy po dwóch godzinach zmagań z magią wszyscy zdawali się już opaść z sił. Nic, co prawda, nie uzyskali, ale Slytherin nie zdawał się tym wcale zaskoczony. - Popracujcie jeszcze po kolacji w waszych parach nad tłumaczeniem runów, a potem do łóżek! Pamiętajcie, że jutro skoro świt wyjeżdżamy do Londinium na święta!
Święto Zbiorów, nazywane w języku ojców Lughnasadh, obchodzone było zawsze pierwszego dnia sierpnia i było jednym z najważniejszych świąt dla wszystkich Brytów. Było świętem dziękczynienia bogini Taltu za dary ziemi, dzięki którym wszyscy żyjemy. Tegoroczne święta miały być jednak wyjątkowe, bo to właśnie tam król Bendrik planował przedsięwziąć działania zmierzające do zjednoczenia Brytanii pod jego panowaniem. W tym przypadku oznaczało to publiczne złożenie w ofierze Gorfryddyda, saskiego czarodzieja i pierwszego mistrza Feldera, aby pokazać innym brytyjskim wodzom swoją potęgę. Felder już od dawna planował uwolnienie człowieka, który, choć okrutny, był dla niego jak ojciec. Poza dość mglistym i niemal nierealizowalnym pomysłem z wykorzystaniem zdolności Waldo jednak nic nie przychodziło mu do głowy. Czasem grywał w tę tajemniczą grę, którą dostał od Slytherina, ze swoim przyjacielem, licząc, że w czymś mu to pomoże, nic to jednak nie dawało. Przypominał mu się ów traktat, który stary druid podarował mu wraz z kompletem szachów. Wynikało z niego tyle, że aby wygrywać, trzeba umieć poświęcać swoje figury dla ochrony króla. Czyżby właśnie to chciał mu powiedzieć Slytherin? Że powinien poświęcić Gorfryddyda dla "sprawy"? Ale skąd on niby mógł wiedzieć o łączącej ich więzi? Czyżby Waldo mu coś powiedział?
Istotnie, Kurzałka obudził ich jeszcze przed świtem. Zjedli szybkie śniadanie, dali sobie wcisnąć odświętne szaty, w których przypominali wszyscy Slytherina i zgromadzili się zaspani przy kamiennym kręgu. Druid stworzył świstoklik - magiczny przedmiot służący do teleportacji, aby przenieść ich do Londinium. Kiedy dotknęli zamienionego weń kamienia, niemal natychmiast znaleźli się przy drodze prowadzącej do miasta. Uczucie towarzyszące teleportacji nie było przyjemne, ale Felder był już na to przygotowany, wszak druid zabrał go w taki sposób do swojego zamku.
- Pojedziemy tym powozem - ich mistrz wskazał na zaprzężoną w cztery białe rumaki wielką karetę. Felder i Waldo spojrzeli po sobie. Jeśli cokolwiek mogło skłonić Slytherina do używania niemagicznych środków, to tylko chęć ukazania swojego splendoru, zwłaszcza wobec innych czarodziejów... Zajęli więc miejsca i wjechali do miasta.
Gdyby nie okoliczności, Felder byłby tymi świętami bardzo podekscytowany. Nigdy nie był w Londinium, a słyszał, że to wielkie i wspaniałe miasto. Założyli je dawno temu Rzymianie - lud, o którym chłopak wiedział bardzo niewiele, owiani byli zresztą ogromną tajemnicą. Niektórzy mówili, że byli bogami bądź półbogami, bo żaden człowiek nie potrafiłby wznieść tak wspaniałych budowli, które nigdy nie niszczały. I faktycznie, kiedy tylko Felder ujrzał z okna powozu mury miasta, od razu z jego piersi wyrwał się mimowolnie okrzyk zachwytu. Od razu przyznał rację plotkom - ci Rzymianie musieli być bogami. Do miasta prowadziła wysadzana kamieniami, gładka droga, którą podróż sama w sobie była przyjemnością, bo powóz pokonywał ją równo, bez przeszkód, szybko... Mur był bardzo wysoki, wzniesiony z białego marmuru, wydawało się, że nic nie jest w stanie go uszkodzić. Majestatyczna brama, przez którą przejeżdżali, nadawała całości wielkiego splendoru. Za murami miasto również wyglądało obłędnie w świetle sierpniowego wschodzącego słońca. Jechali cały czas tą samą brukowaną drogą, mijając równie wspaniałe budowle tej części miasta: sklepy, warsztaty, gospody, a wszystko to z kamienia, cegły bądź marmuru. Kiedy dotarli w okolice forum, czyli głównego placu miejskiego, zatrzymali się za kilkoma innymi powozami, najwidoczniej czekając na swoją kolej do wjazdu. Waldo wyglądał na zachwyconego w podobnym stopniu, co Felder, a być może nawet w większym - w końcu on miał wrażliwą, artystyczną duszę i każda z tych wspaniałych budowli, tak różnych od tego, do czego byli przyzwyczajeni, była dla niego jak nowa inspiracja. Zaczął wygłaszać monolog o poruszeniu jego serca i duszy przez wspaniałość jego aktualnego otoczenia, ale Felder i tak go nie słuchał. Do jego uszu docierał już tylko wrzask tłumu, który witał na forum pojawiających się gości i pozdrawiających ich. Jedni wjeżdżali, jak oni, powozami, inni dosiadali koni.
W końcu przyszła kolej i na nich. Ich powóz, zapowiedziany przez herolda, wjechał na forum pośród wiwatów i oklasków mieszkańców miasta i przybyłych na święta gości, zgromadzonych na trybunach dookoła i na balkonach budynków przy placu, które były najprawdopodobniej własnością najbogatszych mieszkańców. Chłopcy byli podekscytowani, Waldo ciągle rozpływał się nad pięknem metropolii, tylko Felder i Slytherin zdawali się mieć w tym momencie inne odczucia. W przypadku pierwszego z nich, zachwyt i podekscytowanie mieszał się z niepokojem o los Gorfryddyda. Slytherin zaś zdawał się być tym wszystkim kompletnie niewzruszony. Wychodził z karety na czele swoich uczniów i kroczył dumnie na trybunę, na której znajdowali się inni, wyglądający na ważnych ludzie. Felder rozpoznał Rowenę Ravenclaw, ową majestatyczną i arogancką czarownicę, którą widział na uczcie u Slytherina i którą kazał mu on przekonać do antysaskiego sojuszu, zupełnie jakby Felder miał na to jakiekolwiek szanse... Mag zgiął przed nią głowę, ale ta zdawała się nie patrzeć w jego stronę.
- Roweno! - powitał ją, stając przed nią.
- Dzień dobry, Salazarze - odpowiedziała, zwracając ku niemu swoje chłodne oblicze. Miała na sobie długą, granatową suknię oraz złote buty, które ukazała zakładając nogę na nogę. Podobnie, jak podczas ich pierwszego spotkania, miała na sobie tak dużo biżuterii, że nawet ktoś o niezbyt wyrafinowanym guście uznałby, że to przesada. Twarz miała bladą i groźną, a czarne jak krucze pióra włosy spięte w kok tak ciasny, jak jej maniery. Nad nimi jednak górował diadem, nadający jej jeszcze bardziej aury wielkiej pani. Slytherin, podpierający się na kosturze dla wywołania lepszego wrażenia, zajął miejsce koło niej, a jedna z służących przy obsłudze świąt przytrzymywała jego szatę, aby nie zawadzała o ziemię.
- Nie zabrałaś ze sobą Heleny? - druid próbował najwidoczniej rozładować napiętą atmosferę, o ile przy takiej kobiecie, jak Ravenclaw, było to w ogóle możliwe.
- A i owszem - odpowiedziała Rowena, nadal nie zwracając na niego uwagi. - Ale gdybyś powiedział mi, gdzie ona się podziewa, byłabym rada.
Do uszu Feldera docierały tylko strzępki tej rozmowy. Chciał zająć miejsce obok Waldo, na niższej trybunie, ale Slytherin zatrzymał go i kazał mu zająć miejsce obok Ravenclaw. Było ono zapewne przeznaczone dla jej córki, ale czarownica nie protestowała. Prawdę mówiąc, zdawała się być kompletnie obojętna na wszystko dookoła, ze słowami Slytherina włącznie. Oklaskiwała jedynie pojawiających się gości, uderzając delikatnie w swoje palce, tak, aby nie uszkodzić znajdujących się na nich pierścieni. Felder starał się robić to samo, ale kiedy herold zapowiedział Bendrika, serce zabiło mu mocniej. Pan na Llewelyn nie wjechał w powozie, ale siedząc na koniu. Przed nim na forum wkroczył cały orszak: chorągiew, muzycy, tancerze, połykacze ognia, wojownicy, aż w końcu... on. Po raz pierwszy od tylu miesięcy Felder ujrzał Gorfryddyda. Zarośnięty tak, że nie było mu widać twarzy zza włosów i brody, ubrany w podarte łachmany, szedł na boso ciągnięty za związane ręce z długimi, powyginanymi paznokciami przez konia, którego dosiadał jakiś mężczyzna tak gruby, że Felder był zdziwiony, że wierzchowiec się pod nim nie ugina. Za następnym koniem, związany w bliźniaczy sposób, szedł jego syn Godryk. Tego konia zaś dosiadała kobieta o pięknych, pofalowanych włosach. Sam Bendrik, w pełnym rynsztunku wojownika-zwycięzcy, wjechał na samym końcu. Pozdrawiał wiwatujący tłum mieczem uniesionym do góry, zupełnie tak, jakby już był uznanym przez wszystkie królestwa władcą całej Brytanii.
Felder przełknął nerwowo ślinę. Jeśli chcą go teraz zabić na oczach wszystkich, on nie będzie w stanie nic na to poradzić. Wychodziło jednak na to, że to raczej plany Bendrika na później, bo Gorfryddyd i Godryk zostali zaprowadzeni tam, gdzie szły konie ciągnące powozy i cały orszak króla Llewelyn. Być może jeszcze nie wszystko stracone, choć Felder czuł się jak dziecko we mgle. Serce biło mu z intensywnością fal uderzających o klify w czasie sztormu, lało się też z niego analogicznie dużo wody. Kompletnie nie wiedział, co może zrobić. Myślał o tym przez cały czas części oficjalnej, która trwała przynajmniej do południa. Potem zaś zaczął się festyn: występy kuglarzy i kiepskiej jakości aktorów, mnóstwo jedzenia i trunków, tańce i zabawy. Felder kompletnie nie miał do tego głowy, był zbyt zdenerwowany i zaniepokojony, w przeciwieństwie do innych przybyłych z nim uczniów Slytherina, którzy jakby poczuli, że wreszcie mogą popuścić zaciśniętego im mocno przez ich mistrza pasa. Zwłaszcza odnalazł się w tym wszystkim Waldo, który swoją muzyką i poezją czarował lokalne dziewczęta. On zaś jedynie siedział gdzieś z boku, próbując nie myśleć o Gorfryddydzie. Całkowicie stracił już nadzieję na to, że można mu jeszcze pomóc. Nie dało się jednak wyrzucić go z głowy. Wewnętrzny ból, jaki odczuwał teraz, był jeszcze większy niż ten, który towarzyszył mu w ową noc, w którą to on miał zostać złożony w ofierze przez ojca i brata. Tamta noc ostatecznie dobrze się skończyła, w tej nadchodzącej - nie należało upatrywać dobrego zakończenia. W nocy, podczas składania ofiar, zginą Godryk i Gorfryddyd. To było nieuniknione. Felder myślał jeszcze o tym, aby przypomnieć Waldo o ich pomyśle, ale ten bawił się tak dobrze, tańcząc, pijąc i ciesząc się, że najprawdopodobniej o tym zapomniał. Pozostał mu tylko wewnętrzny ból, który musiał przeżywać w samotności. Z jego zamkniętych oczu popłynęły łzy, kiedy...
- Felderze... - usłyszał cichy, kobiecy głosik za sobą, a delikatna ręka spoczęła na jego ramieniu. Obejrzał się za siebie i zobaczył...
- Heleno! Ja... - to była córka Ravenclaw, która towarzyszyła matce w czasie uczty u Slytherina. Chłopak był tym nagłym spotkaniem nieco onieśmielony, jeszcze nigdy z nią nie rozmawiał, znali tylko swoje imiona. Helena wyglądała wtedy jeszcze piękniej, niż w czasie ich pierwszego spotkania, zapewne dlatego, że zrezygnowała ze swoich ciężkich sukien, zapewne wciskanych jej przez matkę. Miała na sobie zwiewną, białą suknię i wianek - strój kobiet uczestniczących w Tańcu Miłości podczas świąt. Taniec Miłości był tradycyjnym tańcem grupowym, podczas którego mężczyźni mieli szukać żon, a kobiety mężów, choć teraz owa pierwotna jego rola całkowicie już niemal zanikła.
- Chcesz pomóc temu czarodziejowi, tak? - Helena schyliła się ku niemu tak, żeby tylko on mógł ją usłyszeć. Jej długie, rozpuszczone włosy o kolorze czarnym jak te jej matki, opadły mu na twarz. - Slytherin mówił mojej matce, że możesz chcieć spróbować go uwolnić - usiadła koło niego. - Mogę ci pomóc! - zapiszczała z podziwem, ale też z wyraźnie słyszalną w jej głosie ekscytacją.
- Co? - Felder potrząsnął głową, samemu nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. - Ale jak ty... - próbował ciągnąć, ale Helena położyła mu palec na ustach, uciszając go, po czym otarła z uśmiechem łzy z jego policzków. Chłopakowi zrobiło się strasznie głupio, ale nie mógł powstrzymać wdzięczności, ale też wielkiego zaskoczenia. - Jak? I dlaczego?
- Chodź ze mną! - zawołała Helena, wstając na równe nogi niemal podskokiem, z zadziornym uśmiechem na twarzy, na której malowała się ekscytacja. Chwyciła chłopaka za rękę i zaczęła prowadzić go przez tłum. Dokąd? To tylko ona wiedziała...
Zacznę od tego, że z jakiegoś powodu seria była zaznaczona jako zakończona, co wprowadziło mnie w chwilową konsternację
Nie pamiętam akcji w poprzednich rozdziałach, zerknęłam na poprzedni, ale przerwa była prawie roczna, więc i tak wątpię, by wiele osób było na bieżąco. Dlatego od razu zastrzegam, że zamiast na akcji, postanowiłam bardziej skupić się na opisach - a te nie rozczarowały. Wielkim atutem tego ficka jest plastyczne opisywanie miejsc, postaci, pozornie nudnych ćwiczeń - szczególnie podobała mi się również charakterystyka miasta. Również nietuzinkowy i bardzo obrazowy opis Roweny zrobił na mnie duże wrażenie! Trudno było mi przywiązać się do bohaterów, gdyż, jak wspominałam, nie są mi bliscy, mimo że jestem pewna, że kiedyś czytałam o nich w poprzednich rozdziałach.
Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić - rozważyłabym rozbicie tekstu na więcej akapitów. Miejscami naprawdę ciężko czyta się takie bloki tekstu, szczególnie, gdy oplatają one nawet dialogi.