Dalsze losy Sally Crowboard, która odkryła o sobie pewną tajemnicę...
W jej domu panowała kompletna cisza, która wwiercała jej się w głowę i raniła uszy gorzej niż jakikolwiek krzyk. Nigdy nie sądziła, że coś, do czego jest przyzwyczajona, może aż tak ranić.
Peter wyszedł z jej domu zaraz po tym, jak Sally powiedziała mu, że jest imienniczką potężnej, żądnej krwi czarownicy, pragnącej zniszczyć cały świat. Wcale mu się nie dziwiła. Sama po takiej informacji uciekałaby gdzie pieprz rośnie, a nawet dalej. Zapewne uznałaby swojego rozmówcę za skończonego wariata, majaczącego w gorączce.
Tyle że to było prawdą i nie miała możliwości ucieczki. Teraz, kiedy widziała już perłę, jest całkowicie pewna, że ta cała legenda jest prawdą. Czuła to. Westchnęła i wstała z fotela. Siedzeniem i użalaniem się nad sobą nic nie zdziała. Wzięła kubki nadal lezące na stole i zaniosła je do kuchni. Pochyliła się nad zlewem, czując jak robi jej się niedobrze. Myśl, że mogłaby być zdana na czyjąś łaskę i niełaskę była przerażająca. Dlaczego właśnie ona?! Zamknęła oczy, usiłując zatrzymać napływające łzy. Płacz nic tu nie da.
Wtedy znów zadzwonił dzwonek do drzwi.
No kto tym razem?! pomyślała. Otarła oczy chusteczką i otworzyła drzwi.
Za nimi znów stał Peter.
- A, racja. Zapomniałeś perły - powiedziała i odwróciła się na piecie, chcąc po prostu mieć go już z głowy. I tak przysporzył jej dość zmartwień.
Weszła do salonu i delikatnie, tak aby przypadkiem nie dotknąć perły, zawinęła ją z powrotem w materiał.
- Ale ja nie w sprawie perły, Sally - odezwał się chłopak. Sally odwróciła się twarzą do niego marszcząc brwi.
- A więc po co? - spytała ostro, krzyżując ręce na piersiach.
- Chcę cię przeprosić. Za to, że tak wyszedłem bez słowa.
Sally nie miała pojęcia, co powiedzieć. Po raz pierwszy w życiu ktoś ją przeprosił. To było bardzo dziwne, ale i miłe uczucie. Nie miała pojęcia co odpowiedzieć.
- Nie szkodzi. Na twoim miejscu zrobiłabym to samo - powiedziała w końcu. Przez chwilę panowała ponura cisza. Oboje wiedzieli jakie pytanie teraz padnie. Nie wiedzieli tylko kto ma je zadać.
- No to... Co zrobić z tą perłą? - odezwał się w końcu Peter, spoglądając na zawiniątko nadal leżące na stole. Sally również na nie spojrzała i westchnęła.
- Może można by się jej jeszcze jakoś pozbyć, o ile mnie już nie wyczuła, co jest bardzo prawdopodobne - oceniła.
- I chyba masz rację, bo kiedy za pierwszym razem otworzyłaś mi drzwi ona... Tak jakby... zadrżała...
Sally zacisnęła powieki, żeby po policzkach przypadkiem nie popłynęły jej łzy. Właśnie tego się obawiała.
- Czy... czy mogę ci jakoś pomóc? - usłyszała. Pokręciła przecząco głową. Nikt już jej nie pomoże...
- Ale... Na pewno można coś z tym zrobić. Musi być jakiś sposób... - naciskał Peter.
- Nie ma żadnego sposobu! - krzyknęła. - Jeśli ją wyrzucę, ona tu wróci. Jeśli wrzucę ją do kominka, rozsadzi mi dom. Jeśli ją utopię, wywoła sztorm. Nic nie da się zrobić... - powiedziała drżącym głosem, za wszelką cenę usiłując się przy tym nie rozkleić. Zawsze grała taką twardą. Musiała.
- Ale... Przewertuj stare księgi. Może jednak jest jakiś sposób, aby z tym walczyć - powtórzył chłopak.
- Czy ty naprawdę tego nie pojmujesz?! - wrzasnęła, czując jak po policzku spływa jej pierwsza łza. Z każdą chwilą coraz bardziej się rozklejała. Odwróciła się gwałtownie, chcąc uciec do swojego pokoju, ale Peter stał zbyt blisko. Sally zderzyła się z nim i klapnęła na podłogę. Próbował pomóc jej wstać, ale ona go odepchnęła.
- Zostaw mnie! Mam tego wszystkiego dosyć!! Czy życie zawsze musi być takie popieprzone?! Wszystko jest takie cholernie trudne! - krzyczała, nie panując już nad płynącym potokiem łez. Nie obchodziło ją to, że Peter na nią patrzył. Nic ją już nie obchodziło. Miała tego wszystkiego po dziurki w nosie.
***
Siedziała na fotelu w salonie. Nogi podkuliła do siebie, otoczyła je rękami i tępo wpatrywała się w pustą przestrzeń. Słyszała jak Peter krząta się po jej kuchni, robiąc herbatę, ale w ogóle ją to nie obchodziło. Myślała tylko o jednym.
Właśnie się rozpłakała po raz pierwszy od pięciu lat.
Czuła wielką ulgę. Do tej pory miała w sobie tylko gniew. Teraz był bezkres żalu, którego nie potrafiła zrozumieć. Nie wiedziała nawet na co ma go kierować. Wcześniej całą swoją złość kierowała przeciwko rodzicom. Czy teraz też się tak da?
Przyszedł Peter i podał jej kubek z herbatą. Objęła go dłońmi.
- Dzięki - powiedziała cicho. Chłopak skinął głową i bez słowa usiadł na kanapie. Patrzył na nią, trzymając swój napój w ręku. Sally upiła łyk nieco słodkawego płynu i przymknęła oczy, czując przyjemne ciepło spływające jej do żołądka.
- Nie wiedziałem, że jesteś zdolna do płaczu - przyznał nieco zaskoczony chłopak. Sally spojrzała na niego i westchnęła.
- Nikt nie wie, bo nikt nigdy nie zobaczył jak płaczę - powiedziała. - Wszyscy widzą we mnie tylko córkę śmierciożerców i uważają, że jestem taka sama.
- A nie jesteś?
- Nie! - Oburzyła się. - Jestem całkowicie inna! Żałuję, że nie urodziłam się charłakiem. Może miałabym lepsze życie jako mugolski podrzutek niż czarownica. Moja znajomość czarnej magii, wróżbiarstwa i eliksirów wynika tylko i wyłącznie z szalonej ambicji moich rodziców.
- A więc wcale nie jesteś tak zła, jak mówią inni?
- Ludzie widzą tylko to, co chcą widzieć. - Wbiła wzrok w podłogę. Na chwilę zapadła cisza.
W końcu Sally dopiła swoją herbatę i wstała.
- Czy mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić, Sally? - spytał chłopak. Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
- Nie. Sama muszę się z tym uporać. Dzięki za dobre chęci - powiedziała. Peter wstał, założył płaszcz i sięgnął po perłę.
- Eee... Lepiej to zostaw - zaproponowała, również po nią sięgając. Opuszkami palców musnęła delikatnie jego ciepłą dłoń. Szybko odsunęła rękę zdziwiona tym zajściem, ale Peter zdawał się niczego nie zauważyć. Wyprostował się i ruszył ku drzwiom. Sally poszła za nim. W progu chłopak odwrócił się jeszcze i spojrzał na nią.
- Czy... czy mogę jutro do ciebie wpaść? - spytał. Sally spojrzała na niego zdziwiona. On chciał tu wracać po tym wszystkim co zaszło i czego się dowiedział? To było szalone! Kiwnęła jednak głową, a Peter uśmiechnął się, odwrócił i zniknął. Dziewczyna zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami. Czy tego dnia może zdarzyć się coś jeszcze? W ciągu zaledwie dwóch godzin jej życie zmieniło się nie do poznania. Do tej pory była tylko osiemnastoletnią Sally Crowboard, córką pary śmierciożerców, której najlepszym przyjacielem było lustro w pokoju, a teraz była potomkinią wielkiej, potężnej czarownicy, której cząstka znajdowała się w perle leżącej sobie spokojnie w jej salonie, a już jutro ma ją odwiedzić Peter Simple - chłopak, w którym dawno temu się podkochiwała. To wszystko było takie szalone.
- Zwariowałam - stwierdziła. - Kompletnie zwariowałam.
Pokręciła głową i wzięła ze stołu brudne kubki, i zaniosła je do kuchni. Umyła je i poszła do pokoju. Musiała się z tym przespać.
Troszkę denerwuje mnie Twoja Sally. Nigdy nie lubiłam bohaterów, którzy tak ubolewają nad swoim strasznym losem, a jednocześnie niby udają, że są tacy silni. Szczególnie już nie podobał mi się fragment o tym płakaniu. Rozumiem, że sytuacja bohaterki jest bardzo ciężka, ale Twój opis tego do mnie nie przemawia.
Problemem były też dialogi, a dokładnie ich błędny zapis. Na PW wyślę Ci zaraz podstawowe zasady poprawnego pisania dialogów i już powinno być okej. Dialogi są raczej niewymuszone i poza zapisem nie ma się co ich czepiać ;D
Peter wydaje się być słodki, więc jego akurat zdążyłam już polubić. Jestem ciekawa tej sytuacji z perłą, chociaż na razie Twoje opowiadanie wydaje się być troszeczkę banalne. Mam nadzieję, że zmienisz nieco tor i dodasz jakiejś pikanterii i innych emocji, niż "jak to mam ciężko w życiu - Sally". Trzymam kciuki! ;D