Pradawna czarownica opanowała Sally... i co teraz? Czy uda się ją pokonać? Czy istnieje coś silniejszego od zwykłej magii? Jakiś sposób na uratowanie dziewczyny z rąk wiedźmy?
Peter rzucał się po domu Sally niczym wściekły tygrys w klatce. Musiał istnieć jakiś sposób, żeby jej pomóc. Po prostu musiał.
Po raz kolejny zajrzał do kilku ksiąg, które leżały na półkach w salonie i jej pokoju, ale na próżno. Skończyły mu się pomysły. Usiadł zrezygnowany i wściekły na jej łóżku. Na poduszce nadal było widać ślad po jej głowie. Jeszcze kilka godzin temu leżała w tym miejscu, przerażona i smutna. Dotknął go delikatnie. Była gotowa na takie poświęcenie. I to dla kogo? Dla niego! Tego idioty, który przywlókł do niej zagładę świata!
Tak, interesował go ten przedmiot, ale przede wszystkim wykorzystał go jako pretekst, by zobaczyć, co u niej. Już w szkole wydała mu się nieco interesująca. Nie chciał jednak do niej zagadać, bo nie zamierzał narażać się na wytykanie palcami przez innych. W tym momencie to wydawało mu się po prostu głupie. Widział to. Widział to w jej czarnych oczach. Ten nieudolnie zamaskowany ból i strach.
- Uwolnię cię od działania tej perły. Obiecuję ci - powiedział cicho.
***
Nie rozumiała, co się dzieje. Miała przebłyski wspomnień, ale nie swoich. To były myśli i przeżycia kogoś zupełnie innego. Wszystko było takie obce. Chciała się tego pozbyć, ale wszechogarniająca ją ciemność paraliżowała jej ciało. Czy ona w ogóle je miała? Nic nie czuła. Przechodziła wojnę. Niemą wojnę z samą sobą. To odrętwienie, przez które nie mogła jasno myśleć. Ona to już nie ona. To Sally Crowboard. Zła czarownica. Chciała krzyczeć, ale nie potrafiła. Pragnęła tylko, żeby to się już skończyło.
- Sally Crowboard. Oczekiwaliśmy cię z niecierpliwością - usłyszała głos swojej matki. Spojrzała na nią, ale jakby nie swoimi oczami. Klęczała na ziemi. Sally poczuła, jak jej twarz wykrzywia się w pogardliwym uśmiechu, ale sama nie poruszyła żadnym mięśniem. Ta czarownica całkowicie ją kontrolowała.
- Oczekiwaliście? Pewnie liczycie na to, że okażę wam litość, co? - przemówiła, ale jej głos był głębszy, mroczniejszy, niż normalnie. Czaiła się w nim groźba, roiło się od chłodu, a słowa zdawały się rozdzierać wszystko dookoła ostrymi szpilami. Nie chciała tego, ale nie potrafiła nad sobą zapanować. Nie była sobą. Wiedziała o tym.
- Pani... jak tylko zechcesz, nasze życie jest w twoich rękach - odparła Samanta, ale jej głos drżał. Sally prychnęła z pogardą.
- Wiem o tym - powiedziała i odwróciła się. Widziała wszystko, ale jak przez mgłę. Nie była dopuszczona do własnego umysłu. Coś ciągle ją odpychało. Chciała walczyć, ale nie potrafiła. Nie mogła.
Po chwili uniosła różdżkę i jednym jej machnięciem zmieniła wszystko, co ją otaczało. Zamiast całkiem przyjemnego wnętrza pojawiła się czerń. Wszystko aż biło chłodem i surowością nowej właścicielki. Dziewczyna odwróciła się i spojrzała w lustro. Nie zobaczyła siebie. Nie takiej, jak zwykle. Jej czarne oczy nabrały przerażającej głębi, włosy spływały kaskadą loków na ramiona, ale zgrabnym upięciem z przodu odsłaniały twarz o zimnym, surowym wyrazie. Zamiast swoich normalnych ubrań miała na sobie długą, czarną suknię rodem z mugolskich horrorów. Uśmiechnęła się do odbicia. Widocznie nowa Sally była zadowolona z tej przemiany. Ta prawdziwa nawet nie wiedziała, że takie czary w ogóle istnieją.
- Wy dwoje! - wskazała na jej rodziców. Ci natychmiast opuścili głowy, jakby bali się, że od samego patrzenia na to straszne zjawisko umrą.
- Słuchamy cię, pani - powiedziała Samanta, niemal drżąc na całym ciele. Z pewnością nie tego się spodziewała. Nie sądziła, że ktoś, kogo z całych sił chciała uwolnić, obróci się przeciwko niej samej. Po raz pierwszy można było wyczytać z jej postawy strach. Czarownicę wyraźnie to cieszyło, bo znów wykrzywiła twarz w pogardliwym, ale zadowolonym uśmieszku.
- Głupcy, którzy sądzili, że oszczędzę ich, jeśli mnie uwolnią. Ja nikomu nie okazuję litości - powiedziała i wycelowała różdżkę w Vincenta. Niewerbalny Cruciatus wywołał u niego taki ból, że jego krzyk na pewno było słychać jeszcze kilkanaście kilometrów dalej. Prawdziwą Sally ścisnęło przerażenie. Owszem, sama chciała zemsty na nim za to, co zrobił, ale nigdy nie potrafiłaby z własnej woli zadać aż tyle bólu. Ten moment, kiedy się zapomniała... to był tylko jednorazowy błąd. Nie potrafiłaby zrobić czegoś takiego.
Wszystko trwało przez kilka straszliwych minut. W końcu Vincent, rzucając się po podłodze, uderzył w nią głową z taką siłą, że zaczęła z niej lecieć krew. Sally cofnęła zaklęcie i patrzyła na dyszącego mężczyznę, któremu po policzkach spływały łzy bólu.
- Żałosne. Wiesz co robię z żałosnymi ludźmi? - spytała czarownica, ale nie czekała na odpowiedź. Prawdziwa Sally zobaczyła tylko przerażenie na twarzy ojca.
A potem pomieszczenie przeciął błysk zielonego światła.
Donośny krzyk Samanty niemal rozerwał uszy obu dziewczyn uwięzionych w jednym ciele. Kochała męża. Kochała go ponad wszystko, a teraz go straciła. I sama do tego dopuściła. Coś we wnętrzu córki kobiety pękło i spróbowała wydobyć z siebie krzyk. Na jeden, krótki moment udało jej się wpłynąć do umysłu i cofnąć ciało o kilka kroków, ale Sally Crowboard nie dała za wygraną. Szybko odzyskała kontrolę.
"Nie ma tak łatwo!", krzyknęła kobieta w myślach. Jednak ta krótka chwila dała Sally nadzieję. Gdyby utrzymała się przy władzy o chwilę dłużej...
Ja się nie poddam, pomyślała. Gdyby tylko mogła znów odzyskać kontrolę... Tylko jak to zrobić? Poczekać, aż czarownica zacznie mordować? Pozwolić na śmierć innych w imię jej wolności?
***
Nic z tego. Przeszukał już cały dom i nic nie znalazł. A przecież musiał istnieć jakiś sposób na powstrzymanie tej wariatki!
Opadł na fotel w salonie i ukrył twarz w dłoniach. Zawiódł. Zawiódł ją. Zawiódł wszystkich. Nie miał pojęcia, jak uwolnić Sally. A musiał to zrobić, żeby powstrzymać tę złą czarownicę. Jeżeli po prostu w jakiś sposób ją zabije... zabije też Sally. A tego nie chciał. Nie byłby w stanie tego zrobić. Ta dziewczyna i tak właśnie umierała gdzieś tam we wnętrzu pradawnej wiedźmy i nic nie mógł na to poradzić.
- Przepraszam cię, Sally. Przepraszam - powiedział. Jakby ona mogła go usłyszeć...
Zaraz, moment! Przecież Sally też była zdolną i bardzo dobrą czarownicą! Mogła dać jej radę! Trzeba by ją tylko do tego zmotywować... tylko jak?
Przypomniała mu się ich ostatnia rozmowa w domu jej rodziców. Może jeżeli do niej przemówi... może wtedy ona będzie w stanie zebrać siły i pokonać Crowboard od środka? To było straszne ryzyko, ale... był na to gotów. Musiał powstrzymać złą Sally. I uratować tą dobrą. Za wszelką cenę.
***
Patrzyła beznamiętnie na kobietę pochyloną nad ciałem swojego męża. Ten lament, ten szloch... to napawało ją pewnym poczuciem wyższości. Wreszcie mogła zadać komuś ból, tak mocny, jak niegdyś inni zadali jej. Nareszcie mogła dokonać swojej zemsty. Nikt już nie będzie jej poniżać, a zaczną szanować. Nie będą mieli innego wyjścia. Inaczej zginą. Tak długo na to czekała! Teraz wreszcie mogła to zrobić.
- Teraz już nikt i nic mnie nie zatrzyma! - powiedziała, zanosząc się złowieszczym śmiechem. Koniec ziemi, którą znają wszyscy dookoła. Koniec z mugolami, charłakami i szlamami! To ona przejmie władzę i zniszczy to wszystko! Począwszy od tych, którzy żebrzą o jej litość. Wycelowała różdżkę w Samantę. W Sally aż coś podskoczyło. Jej matka... czy mogła pozwolić na jej śmierć? Owszem, nienawidziła jej, ale... nie, nie było żadnego ale. Ona niszczyła jej życie przez tyle lat, zasługiwała na to. Tego jednego była pewna. Pozwoliła więc, aby ta nowa Sally tak po prostu wypowiedziała to zaklęcie. Te dwa słowa.
To było takie proste. Kilka machnięć różdżki i już pozbyła się największych zmor swojego życia. Mogła nawet się temu poddać. Pozwolić się prowadzić. Zniszczyć to wszystko razem z tą drugą połówką siebie. Nie było sensu się stawiać. Mogła już na zawsze odzyskać spokój. To już nie będzie jej zmartwienie.
- Sally! - usłyszała czyiś głos. Znajomy. Odwróciła się i zobaczyła Petera. Stał w otwartych drzwiach. Na jego twarzy malował się strach pomieszany z determinacją. Co on chciał zrobić?
- Nic już tu nie zdziałasz - odparła zła czarownica jej ustami. Znowu tak dziwnie się poczuła. Nie wiedziała, co się działo.
- Sally, Sally, wiem, że tam jesteś. Gdzieś tam głęboko. Walcz! Walcz, rozumiesz?! Dla mnie! - krzyczał. Patrzył jej przy tym w oczy, ale tak, jakby mógł zobaczyć tę prawdziwą dziewczynę, która siedziała w środku. Poczuła przypływ pewnej siły. On na nią liczył. Nie mogła się poddać. Skupiła się i całą siłą woli naparła na własny umysł. Miała przebłyski... widziała siebie i nie siebie. Miała dostęp do pewnych wspomnień, czuła ból, psychiczny i fizyczny. To odzyskiwała, to traciła kontrolę. Nadal jednak nie mogła się całkowicie wydostać. Ta czarownica była dla niej zbyt silna.
- Peter, srebrny nóż! - krzyknęła, kiedy na moment odzyskała kontrolę. To było jedyne wyjście. Srebrny nóż leżał w dolnej szufladzie w kuchni. Legenda głosi, że jeżeli trafi się nim czarownicę w serce, ta zginie. Miała nadzieję, że chłopak zrozumie, o co jej chodziło.
- Nie! Nie zrobię ci tego! - usłyszała jego głos. Traciła moc i siły. Nie mogła dłużej zwlekać. W swojej sekundzie przywołała narzędzie. Walczyła. Walczyła z całych sił. Musiała to zrobić. Bała się, ale musiała. Nie było innego wyjścia.
Czarownica w akcie desperacji rzuciła się w stronę Petera. Sally nie mogła na to pozwolić. W ostatniej chwili udało jej się zatrzymać, ale nóż upadł na podłogę.
- Zabiję go i ciebie też! Nie macie ze mną szans! - krzyknęła zła Sally i rzuciła się na chłopaka, który stał jak skamieniały. Już prawie... Dziewczyna nie była już w stanie odzyskać kontroli, nie miała sił.
Peter odruchowo chwycił nóż i bez chwili zastanowienia, w akcie samoobrony, wbił go w serce Sally Crowboard. W je obie. Rozległ się krzyk tak głośny, że chłopakowi prawie pękły bębenki w uszach. Jasny błysk rozświetlił pomieszczenie, aż musiał zasłonić oczy, żeby nie oślepnąć. Wszystko trwało kilka niesamowicie długich sekund. Kiedy się uspokoiło jego oczom ukazała się Sally. Ta normalna. Wszystkie efekty czarów złej czarownicy zniknęły. Była tylko ona. I kałuża krwi dookoła jej ciała. Podszedł do niej niepewnie, ze łzami w oczach. Wiedział już, że nie da rady jej uratować, że jest za późno, ale nie mógł tego zaakceptować. To wszystko jego wina. Jego głupota. Dotknął jej zimnego już policzka. Nie żyła. Wiedział o tym.
- Przepraszam - szepnął. Przyłożył swoje czoło do jej. Zupełnie, jakby w ten sposób mógł ją ożywić. Jakby to mogło coś dać. Tego dnia, w jednej chwili stracił wszystko. Jeżeli ktoś teraz ich znajdzie uzna, że to jego sprawka. A on nie mógł po tym wszystkim trafić do Azkabanu. To i tak go zabije. Drżącą ręką wyjął różdżkę. Zaraz będą razem. Już za chwilę. Pochylił się, przyłożył sobie różdżkę do skroni i dotknął swoimi ustami jej martwych już warg. Pocałował ją po raz ostatni, rzucając w siebie niewerbalnym morderczym zaklęciem.
Opadł na ziemię obok niej, a jego ostatnia łza, której nie zdążył uronić, powoli spłynęła po jego policzku. Ten koszmar trwał krótko. I już się zakończył.
Koniec
Notka od autorki:
Bardzo Wam dziękuję. Za to, że czytaliście tego ff, komentowaliście, czekaliście wytrwale na kolejne części. To dzięki Wam ta historia mogła się rozwinąć i zakończyć w taki, a nie inny sposób. Powiem Wam szczerze, że tak bardzo pozwoliłam moim postaciom popłynąć własnym trybem, że aż sama byłam zaskoczona zakończeniem, przez które cały czas mam łzy w oczach. Stwierdzam jednak, że było warto. Do zobaczenia gdzieś w innym moim ficku :)
Nie czytałam poprzednich części, może z jedną czy dwie. Zakończenie jest życiowe, nie czuć się w nim żadnego kiczu. Czasami jest lepiej pozwolić umrzeć postaciom niż na siłę trzymać je przy życiu.
Chyba nawet się skuszę na przeczytanie poprzednich.