Tajemniczy tunel ciągnie się dla niej w nieskończoność. Ma czas na przemyślenia. Za co tak naprawdę nienawidzi swoich rodziców? Dlaczego oni tak się zachowują w stosunku do niej?
Lot był krótki, a ona zgrabnie wylądowała na nogach ignorując ich delikatne drżenie. Spojrzała czujnie wgłąb tunelu. Nie widziała nic dalej niż na wyciągnięcie ręki. Przemierzała tą drogę tylko raz odkąd opuściła rodzinny dom. Nikt oprócz niej o nim nie wiedział. Wiedziała, że nikt nie spodziewał się tego, co chciała zrobić. Ścisnęła swoją różdżkę, biorąc głęboki oddech. Nie mogła zrezygnować. Od jej decyzji może zależeć los całej reszty świata. Jednak... Czy była gotowa na takie ryzyko i poświęcenie? Czy będzie w stanie powstrzymać się od chęci zamordowania swoich rodziców? Skąd u niej w ogóle takie myśli?! Zacisnęła zęby, czując drżenie na całym ciele.
Spokój. Nie zrobisz tego. Oddychaj... mówiła do siebie w myślach. Gdyby to w ogóle miało coś dać. Zmierzała na wojnę z własną rodziną! Fakt, nienawidziła ich, ale każdy na jej miejscu odczuwałby to samo. Pokręciła w zażenowaniu głową. Robiła się tak samo sprzeczna jak jej matka. Zaczęła przeczyć sama sobie.
- Lumos - szepnęła i na końcu jej różdżki pojawiło się światło. Kolejny raz wzięła głęboki oddech i ruszyła powoli przed siebie, wsłuchując się w echo swoich kroków. Machinalnie zaczęła je liczyć, mając nadzieję, że w ten sposób nie zacznie myśleć i się zamartwiać na zapas. To nie miało sensu. Musiała iść przed siebie i stawić czoło niebezpieczeństwom.
Zaraz jednak przyłapała się na wspominaniu uśmiechu Wiktora. Błysku w jego niebieskich oczach, gdy i ona się uśmiechała. Sposobu, w jaki usiłował odciągnąć jej uwagę od coraz częstszych wypadów rodziców. Później dowiedziała się, że wyruszali wtedy na małe misje wspomagające śmierciożerców. Wyrządzali trochę szkód. Mordowali kilkoro ludzi... Właściwie to właśnie dlatego zaczęły się te ich wszystkie konflikty. Wcześniej stanowili względnie poukładaną rodzinę. Jednak kiedy w wieku mniej więcej dziewięciu lat odkryła, czym zajmowali się Vincent i Samanta, zaczęła im się przeciwstawiać. Brała przykład z brata. Kilkakrotnie słyszała, jak mówił im, że to, co robili, było złe.
W miarę jak rosła pogłębiała się jej nienawiść do rodziców. Od chwili gdy Samanta po raz pierwszy ją uderzyła. Wtedy nagle wszystko się zmieniło. Ona zaczęła uczyć się w Hogwarcie. Wykazała się niemałym talentem do czarnej magii, eliksirów itp. Oni jednak widząc to zaczęli jeszcze bardziej ją krytykować. Wymagali od niej jak najwięcej. Wpajali jej, że władza jest najważniejsza. Nienawidziła tego. Pojawiła się miedzy nimi jawna wrogość.
A kiedy zobaczyła, jak Vincent zabijał Wiktora i jak potem Samanta ze stoickim spokojem wyczyściła kafelki i wyniosła jego ciało na zewnątrz, zupełnie jakby był zdechłym kotem, a nie jej synem, postanowiła jedno.
Że wyniesie się, gdy tylko zacznie siedemnaście lat. Od tamtej pory oni byli dla niej martwi. Ot tak, obcy ludzie z którymi tylko mieszkała. Uznała, że nic już ją z nimi nie łączyło. Oni i tak zawsze byli dla niej tacy... oziębli. Jakby wcale nie była ich córką, tylko jakimś narzędziem.
Bo dla nich zawsze nim była. Miała być tylko ciałem dla Sally Crowboard, najpotężniejszej czarownicy świata. Cóż, w głębi duszy, pomimo iż nie dopuszczała do siebie takiej myśli, bardzo ją to bolało. Tak naprawdę nikt nigdy jej nie kochał. Nikt oprócz Wiktora, którego przecież już od tak dawna nie było. I to przez nich.
Ze złością kopnęła jakiś kamień, a odgłos ten odbił się ponownie głośnym echem. Przystanęła na chwilę, myśląc o tym, czy warto. Ta perła była zabójcza. A nuż sama ich wykończy...
Zaraz jednak zganiła się za tę myśl. Miałaby zniszczyć swoich własnych sprzymierzeńców? Co za głupota! Ruszyła przed siebie szybszym krokiem niż poprzednio. Niedługo powinna znaleźć się na miejscu. Zaskoczy ich pojawiając się znienacka i atakując. Nie chciała ich zabić, tylko zrobić to, co konieczne aby odzyskać perłę i znaleźć sposób na jej zniszczenie. Bo jakiś musiał istnieć.
Droga zaczęła prowadzić pod górę, więc odruchowo się napięła. Nie wiedziała, co zastanie tam, na zewnątrz. Może jednak oczekiwali jej powrotu? Nie, Vincent nie wylizałby się tak szybko z tych ran. Zaczęło się robić coraz bardziej stromo. Jeszcze tylko kawałek. Parę metrów. Czuła szybkie bicie swego serca i ciekawiło ją, czy ten odgłos mógłby dotrzeć jakoś do ich uszu i ostrzec przed jej przyjściem. Nie, na pewno nie. Jak mogła o czymś takim w ogóle myśleć? Westchnęła cicho i przez chwilę pomyślała o Peterze. Ciekawe, co by powiedział, gdyby był przy niej? Na pewno starałby się dodać jej otuchy. Pocieszyć. Dodać sił. Pod tym względem był bardzo podobny do Wiktora. Pomimo lęku i zdenerwowania uśmiechnęła się delikatnie, wspominając to dziwne uczucie, które towarzyszyło jej, kiedy byli blisko. Zdecydowanie był inny niż reszta. Nikt inny nie zostałby przy niej w takiej sytuacji. Uciekłby gdyby zobaczył, jak usiłowała zamordować własnego ojca. Pokręciła gwałtownie głową. Nie mogła się rozpraszać. Nie w takiej chwili. Stanęła właśnie przed wielką, drewnianą klapą. Wzięła głęboki wdech. Nie miała już odwrotu. Uniosła ją do góry. Zaskrzypiała przy tym niemiłosiernie, a Sally zacisnęła zęby, mając nadzieję, że nikt tego nie usłyszał.
I nie usłyszał, bo do jej uszu doszły jakieś dziwne odgłosy.
Odgłosy walki.
Zdezorientowana wyczołgała się na drewnianą podłogę swojego starego pokoju, w którym wszędzie walały się gruzy po niedawnej walce. Zamknęła klapę, która idealnie wtopiła się w resztę podłogi. Gdyby nie wiedziała, gdzie była, nigdy by jej nie znalazła. Nie przejęła się tym jednak i wyszła z pomieszczenia.
W tamtej chwili świat przysłonił jej ciemny pył, który co jakiś czas rozjaśniał się zielonymi i czerwonymi błyskami. Zakrztusiła się lekko, czując drobinki kurzu wdzierające się do jej płuc. Przesłoniła sobie nos i usta kawałkiem bluzy, kompletnie nie rozumiejąc, co się działo. Coś uderzyło ją w plecy i upadła na ziemię. Usiłowała coś dostrzec w mieszaninie pyłu i błysków, ale udało jej się tylko zauważyć jakąś wysoką, smukłą postać. Samanta. A gdzie był Vincent? I, co najważniejsze, z kim walczyli?
Zanim zdołała zrozumieć, co się działo, zauważyła, że zaczyna coś dostrzegać. Hałas i ciągłe zaklęcia ustały. Szybko podniosła się z ziemi i schowała za leżącą na ziemi komodą. Wychyliła się nieznacznie, aby zobaczyć, co się stanie. W opadającym kurzu zobaczyła dumnie wyprostowaną Samantę, której blond włosy delikatnie odstawały na kilka stron. Nie zdołała dostrzec wyrazu jej twarzy, ale zgadywała, że widniał na niej tryumf. Vincenta nigdzie nie było, za to zauważyła jakąś postać leżącą na podłodze. Wysoki chłopak z ciemną czupryną. Wstrzymała oddech, kiedy uświadomiła sobie, na kogo patrzy.
Peter.
I to mi się podoba. Większość tekstów to historia, przemyślenia. Przedstawiasz nam w skrócie dlaczego dzieje się tak, jak się dzieje, co kieruje bohaterką, jak ona się czuje. Dzięki temu przybliżasz nam ją, pozwalasz nam zrozumieć i polubić tę postać. A pod koniec wprowadzasz już akcję, lekko nas dezorientując, ponieważ wcześniej ona tylko idzie i wspomina, a nagle znajduje się w środku pojedynku, gdzie nie wiadomo co się dzieje ani dlaczego. Świetnie to wymyśliłaś i naprawdę dobry rozdział ;D
Ja pewnie, będąc autorką tego fan ficku, zabiłabym Petera i zrobiła z Sally maszynę do zabijania, ale nie rób tak lepiej^ ^