Co będzie dalej? Jak bardzo życie Sally zmieni się przez Czarną Perłę?
Obudził ją nieco natarczywy dzwonek do drzwi. Niechętnie otworzyła oczy i spojrzała na zegarek.
- O mój Boże! - krzyknęła, kiedy zobaczyła, że jest już dziesiąta rano. Szybko zerwała się z łóżka i pobiegła otworzyć przybyszowi. Jak mogła w ogóle tak długo spać?!
- Cześć Sally. Jestem za wcześnie? - spytał Peter. Wtedy dziewczyna przypomniała sobie, że jeszcze się nie ubrała ani nie uczesała. Nieco się zarumieniła.
- Nie, skąd. To ja strasznie zaspałam. Wejdź - przesunęła się, aby zrobić mu przejście. Chłopak wszedł, a Sally zamknęła za nim drzwi.
- Napijesz się czegoś? - spytała, kiedy wchodził do salonu. Peter pokręcił głową, więc Sally, zapewniając go, że zaraz wróci, poszła do pokoju przywrócić się do jako takiego porządku. Fakt, może ludzie nie mieli o niej zbyt dobrego zdania, ale raczej nie przyjmowała gości w niemal zwisającej na niej piżamie.
Zajęło jej to ledwie kwadrans. Włosy upięła w długi warkocz i ubrała się w ciemną bluzkę i jeansy.
- Przepraszam, że tak długo to trwało. Chyba jeszcze się do końca nie obudziłam - mówiąc to ziewnęła i usiadła na fotelu, wzbijając przy tym mały obłoczek kurzu. Chyba muszę się w końcu wziąć za porządki, pomyślała.
Na chwilę zapadła kompletna cisza. Sally wpatrywała się tępo w przestrzeń przed sobą, nie mając pojęcia, co powiedzieć. Czy mieli w ogóle o czym rozmawiać? Dziewczyna nawet nie miała pojęcia co go interesuje!
- A więc... myślałaś już nad tym, co zrobić z tą perłą? - spytał w końcu Peter. Sally spojrzała na niego. Miała nadzieję, że zostawią dzisiaj ten temat w spokoju.
- Nie mam nad czym myśleć - powiedziała cicho, ale stanowczo, chcąc dać mu do zrozumienia, że nie chce o tym rozmawiać.
- Dlaczego?
Sally westchnęła i przygładziła włosy.
- Już ci mówiłam, że nic nie da się z tym zrobić.
- Ale... zawsze można spróbować, prawda? - drążył temat.
- Nie, nie prawda - warknęła, zrywając się z miejsca i podchodząc do okna. Gdzieś w głębi duszy miała jednak ochotę spróbować. A nuż by się udało? Sally, nie bądź głupia. Nic nie da się zrobić, skarciła się w myślach.
- Sally?
Westchnęła.
- Nic z tego nie będzie, Peter - powiedziała. - Przeczytałam wszystkie księgi o czarnej magii i nic w nich o tym nie było.
- A księgi twojej rodziny? Może tam coś znajdziesz? - nalegał Peter. Dziewczyna pokręciła głową
- Równie dobrze mógłbyś spróbować rozwalić ją jakimś zaklęciem.
Zapadła chwila ciszy.
- Może to wcale nie jest taki głupi pomysł... - usłyszała. Odwróciła się i zmarszczyła brwi.
- Słucham?!
- Perła została stworzona przez magię, więc magia ją zniszczy - odparł chłopak, wyjmując różdżkę. Sally zauważyła, że Czarna Perła wciąż leży na stole tak, jak ją zostawiła poprzedniego wieczoru. Nagle zrozumiała, co on chce zrobić.
- O nie, nie ma mowy!!! - krzyknęła, stając przed Peterem i krzyżując ręce na piersiach. Chłopak wstał wyraźnie zaskoczony jej reakcją.
- Co ty robisz, Sally? - spytał ostro. Dziewczynę przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
- Nie zniszczysz tego zwykłym zaklęciem.
- A więc użyję niewybaczalnego - odrzekł spokojnie, jakby mówił, że tego dnia będzie świecić słońce. Spojrzała w jego zielone oczy jeszcze bardziej marszcząc brwi.
- Oszalałeś?! - wrzasnęła, czując napływający gniew. Czy on naprawdę był tak głupi, aby myśleć, że pozwoli mu rzucić w jej domu zaklęcie niewybaczalne, i to w dodatku na tak potężny przedmiot?!
- Zejdź mi z drogi, Sally - powiedział Peter.
- Nie.
Przez jego twarz przemknął wyraz zdumienia.
- Jeśli nie zniszczymy tej perły, ona zniszczy ciebie, a przy okazji cały świat!
- I co z tego?! Nie pomyślałeś o tym, że ona może odbić zaklęcie i ci coś zrobić?! Jak ja się z tego do cholery wytłumaczę?!
- Jestem gotów podjąć to ryzyko.
- A ja nie! Nie pozwolę ci aż tak ryzykować! - krzyknęła i błyskawicznie wyjęła swoją różdżkę. - Petrificus Totalus!
Peter padł jak długi na ziemię z wyrazem zdziwienia na twarzy. Sally, dysząc ciężko, wzięła do ręki perłę owiniętą w materiał i zaniosła do swojego pokoju. Wrzuciła ją z obrzydzeniem do szuflady, zatrzaskując ją.
- Poleżysz tu sobie kilkadziesiąt długich lat - mruknęła, odwracając się.
"Nie będziesz mnie miała z głowy tak łatwo, Sally" usłyszała jakiś damski głos. Rozejrzała się, ale w pomieszczeniu nikogo nie było. Uniosła nieco wyżej różdżkę.
- Kto tam? - spytała, nadal bacznie obserwując otoczenie.
"Nie wiesz? To ja. Tutaj jestem" rozległ się głos.
- Gdzie?
"Spójrz na szufladę. Pamiętasz czy już zapomniałaś?"
Sally spojrzała na szufladę i zamarła. Czuła jak krople potu wstępują jej na twarz, a serce przyspiesza tempo.
Zaczęło się.
- Odejdź ode mnie! I tak nigdy cię nie dotknę, nie licz na to! - krzyknęła. Starała się być stanowcza, ale głos drżał jej tak samo jak reszta ciała.
"Nie bądź tego taka pewna, Sally. Już niedługo się połączymy"
Sally pokręciła gwałtownie głową, zatykając uszy, jakby mogła tym jednym gestem zagłuszyć ten straszny głos.
- Odejdź!!! - wrzasnęła i wybiegła z pokoju trzaskając drzwiami. Oparła się o nie dysząc ciężko.
"Już niedługo, Sally. Już niedługo..." zaśmiał się głos. Dziewczyna krzyknęła, aby to zagłuszyć. Uciekła.
W salonie na podłodze wciąż leżał Peter. Roztrzęsiona odczarowała go jednym ruchem różdżki. Chłopak usiadł na podłodze, jednak gdy ja zobaczył, zerwał się na równe nogi. W jego oczach czaił się gniew.
- Dlaczego to zrobiłaś?! Przecież chcę ci pomóc! - krzyczał, jednak uspokoił się patrząc na nią. - Co się stało, Sally? - spytał. Dziewczyna jednak nie zdążyła mu odpowiedzieć, bo do jej uszu doszedł dzwonek do drzwi. Zaskoczona zmarszczyła brwi i poszła je otworzyć.
- Gdzie ona jest? - do domu wparowała wysoka, szczupła kobieta o jasnych włosach spiętych w ciasnego koka, a zaraz za nią wszedł jeszcze wyższy mężczyzna z czarnymi jak noc włosami. Sally od razu rozpoznała te tak bardzo znienawidzone przez nią twarze.
- Czego tu chcecie? - spytała ostro.
- Odrobinę szacunku dla rodziców, młoda damo - powiedział zimno Vincent Crowboard, świdrując ją swoimi ciemnymi, niemal stalowymi oczami.
- Nie zasługujecie na mój szacunek - powiedziała twardo. - Zniszczyliście mi życie - dodała, ściskając mocniej różdżkę w dłoni.
- Uważaj na słowa, Sally - głos Samanty Crowboard zdawał się być ostry niczym żyletki. Sally spiorunowała ją wzrokiem.
- Mówcie czego chcecie i wynoście się stąd - wycedziła przez zaciśnięte zęby.
- Gdzie jest Czarna Perła? - spytała kobieta zbijając tym Sally z tropu.
- C...co? Skąd wiecie, że ją mam? - wyjąkała. Para uśmiechnęła się złowieszczo i ruszyła do salonu. Dziewczyna od razu pomyślała o przebywającym w nim Peterze. Jej rodzice nie tolerowali nikogo, kto nie przysłużył się jakoś Czarnemu Panu. Co jeśli mu coś zrobią?! Wbiegła za nimi do pomieszczenia, ale chłopaka w nim nie było. Odetchnęła z ulgą. Zapewne zdążył się teleportować, kiedy usłyszał głosy jej rodziców.
- Gdzie ją masz? - powtórzyła pytanie Samanta.
- W bezpiecznym miejscu - odparła.
- Chcemy ją zobaczyć - naciskała kobieta.
- Po co?
- Jak to po co? - mężczyzna spojrzał na nią ze złością. - Przecież musimy spotkać legendarną Sally Crowboard. Na pewno przyda jej się pomoc w podboju świata. Jako jej potomkowie mamy chyba ten obowiązek, prawda?
Sally poczuła jak wzbiera w niej złość. A więc przyszli do niej tylko po to, aby popatrzeć sobie jak ich córka staje się niewolnicą jakieś czarownicy?! Pokręciła głową czując napływający wraz z gniewem żal. Może i byli źli, ale czegoś takiego nigdy by się po nich nie spodziewała. Jej własni rodzice!
- Sally! - ostry głos Samanty wyrwał ją z chwilowego otępienia. Spojrzała na nich gniewnie.
- Po moim trupie - powiedziała, unosząc różdżkę. Zapadła chwila napiętej ciszy, po czym oni również wyciągnęli różdżki.
- Jak sobie chcesz - rzekł mężczyzna. - Perificus Totalum !
- Protego! - odbiła zaklęcie. Szalał w niej gniew, jakiego jeszcze nigdy nie czuła. Skoro chcieli wojny, to będą ją mieć.
- Expelliarmus! - wrzasnęła, ale kobieta z łatwością odbiła zaklęcie i odwdzięczyła się innym. Uchyliła się w ostatniej chwili.
- Everte Stati!
Kobieta zaśmiała się krótko, kiedy Vincent odbił czar.
- Naprawdę tylko tyle cię nauczyłam? - rzuciła z pogarda. - Lacarnum Inflamare.
Sally zobaczyła lecące na nią ogniste pociski. Upadła na podłogę chcąc ich uniknąć. Zaklęcie trafiło w ścianę, która nieco zadrżała, a podłoga zaczęła się tlić.
- Cento Onis - ugasiła ogniki. Chciała się podnieść, ale nagle poczuła straszny ból w całym ciele. Zupełnie tak, jakby na raz przebijało ją tysiące noży zbyt krótkich aby zabić. Usłyszała przeraźliwy wrzask i dopiero po chwili zorientowała się, że wydobywa się on z jej gardła.
- Zrobisz to po dobroci, czy mam cię zmusić? - rozległ się w pomieszczeniu zimny głos jej ojca, a ból ustał. Sally leżała na boku dysząc ciężko.
- N...nigdy tego nie zrobię. M...możecie o tym zapomnieć - powiedziała cichym, drżącym głosem.
- Sally, powiedz nam tylko gdzie ona jest, a mu zajmiemy się resztą - usłyszała tuż przy swoim uchu głos Samanty.
- Po moim trupie - powtórzyła cicho.
- Jak sobie chcesz - usłyszała i poczuła dziwne ciepło rozchodzące się jej po całym ciele. Zamknęła powieki, które nagle stały się strasznie ciężkie. Powoli zapadała się w ciemność. Czy tak wyglądała śmierć? Podobno miała być szybka i bezbolesna, a ona czuła powolne opadanie, prawie jakby była zgniatana przez coś strasznie ciężkiego i ciemnego, ale nie czuła bólu. Po prostu traciła świadomość i nie mogła otworzyć oczu, choćby nie wiem ja się starała. A może to jednak był straszny kosiarz zwany śmiercią?
Ostatnie, co usłyszała nim całkiem odpłynęła, to szyderczy śmiech Sally Crowboard.
Wciągająca historia... nie mogę się doczekać więcej! Ta część jest lepsza od poprzedniej, a twój styl jest wciąż świetny. Przyjemnie się czyta, ale to:"Czy tak wyglądała śmierć? Podobno miała być szybka i bezbolesna, a ona czuła powolne opadanie, prawie jakby była zgniatana przez coś strasznie ciężkiego i ciemnego, ale nie czuła bólu." jest trochę zbyt podobne do Harry-ego