Czy Sally pozwoli Vincentowi umrzeć? Do jakiego stopnia wystarczy jej odwagi? Ile będzie gotowa poświęcić?
Sorka za długą przerwę, ale jakoś zabrakło mi czasu...
Zaklęcie trafiło w cel. Vincent powoli osunął się na ziemię, a z wielkiej rany w okolicy serca sączyła się krew. Sally czuła dziwne pieczenie w gardle, które napełniało ją jednocześnie bólem i satysfakcją. Wreszcie zobaczy to, o czym myślała od tak dawna. To, czego tak pragnęła.
Swoją zemstę.
- Sally! Coś ty zrobiła?! - wrzasnęła Samanta i odepchnęła ją, klękając przy mężu. Wyglądała na szczerze przerażoną. Sally pierwszy raz ją taką widziała. Może w innych okolicznościach poczułaby coś do niej, ale nie w tej chwili.
- Dajcie mi moją różdżkę! - krzyczała kobieta. Peter od razu wyciągnął ku niej dłoń z jej różdżką. Sally poczuła kolejną falę złości, która przepełniła ją całą. Chwyciła jego rękę tak, aby nie mógł przekazać Samancie tego, czego żądała.
- Nie! Nie pozwolę ci na to! - krzyknęła, wbijając w chłopaka nienawistne spojrzenie. Jego ręka zadrżała, zobaczyła strach w jego oczach. Zapewne właśnie potwierdzała to, o co przez te wszystkie lata posądzali ją inni. Trudno, wcale ją to nie obchodziło. Miała to wszystko gdzieś. Chciała tylko, aby Vincent i Samanta wreszcie cierpieli, tak jak sobie na to zasłużyli.
- Ale... Sally. On umrze! - powiedział chłopak. Głos lekko mu się łamał.
- Zasłużył sobie na to! Niech poczuje jak to jest! Chcę, żeby poczuł się tak jak Wiktor, kiedy go zabijał z zimną krwią.
- Nie, Sally. Nikt nie zasługuje na taką śmierć. - Peter nagle spoważniał. Spojrzała w jego zielone oczy. Nie zamierzała ustąpić. Nie w takiej chwili. Usłyszała za plecami cichy jęk ojca.
- Wiktor też nie zasługiwał, a jednak właśnie w ten sposób go zamordował. Peter, mój brat przez niego zginął w męczarniach. - Poczuła łzy złości w kącikach oczu. Nie chciała ich czuć. Już nigdy. Peter otarł je delikatnie wolną ręką.
- Rozumiem, że cię to boli, Sally. Ale... Czy on na pewno chciałby zemsty? Czy byłby zadowolony widząc cię w tej chwili, jak skazujesz na śmierć swojego ojca? - spytał. Sally nie wiedziała, co odpowiedzieć. Nawet przez chwilę o tym nie pomyślała. Oczywiście, że Wiktor by tego nie chciał. Był bardzo spokojnym człowiekiem. Uwielbiała go za to, że zawsze odwracał jej uwagę od rodziców i innych ludzi. Pokazywał świat z innej perspektywy.
- Powiedziałaś mi, że jesteś zupełnie inna niż twoi rodzice - usłyszała znów głos Petera. - Udowodnij to. Pozwól mi oddać różdżkę twojej matce. Nie stawaj się morderczynią, Sally. Pokaż, że stać cię na coś więcej. Na przebaczenie im tego błędu, który popełnili.
Patrzyła w jego oczy. Gniew ustał tak nagle jak się pojawił. Nawet nie wiedziała, kiedy puściła rękę Petera. W uszach ciągle brzmiało jej jedno słowo. Morderczyni. Czy naprawdę nią była? Czy była gotowa... zabić? Dokonać tej zemsty? Czy naprawdę stawała się taką, jaką byli jej rodzice? Pokręciła głową. Nie mogła w to uwierzyć. Zacisnęła powieki najmocniej jak tylko mogła.
„Widzisz, Sally? Jesteśmy takie same. Pasujemy do siebie. Wystarczy tylko, że mnie dotkniesz, a razem będziemy potężniejsze niż ktokolwiek inny na tym świecie.”
Wrzasnęła na całe gardło, zasłaniając uszy dłońmi. Nie, nie były takie same. Nie pozwoli się zniewolić. Nie może...
Nagle w jej głowie pojawiły się obrazy. Jej brat, uśmiechający się do niej. Miał blond włosy taty, ale niebieskie oczy, które przypominały jej bezchmurne niebo. Był starszy od niej o dwa lata. Zawsze tak dobrze się rozumieli...
Błysk.
Zobaczyła Hogwart. Ludzi wytykających ją palcami. Wiktora, mówiącego jej, że kiedyś ci ludzie będą żałować tego, co robią. Opowiedział wtedy jakiś kawał, ale już nie pamiętała jaki.
Kolejny błysk.
Znalazła się w Zakazanym Lesie. Wiktor pokazywał jej sklątki tylnowybuchowe, które uciekły Hagridowi.
Kolejny błysk.
Kolejna kłótnia z rodzicami. Czuła narastający gniew na nich. Nagle pojawił się Wiktor i coś powiedział, po czym wyprowadził ją z domu do jakiegoś parku.
Jeszcze jeden błysk i zobaczyła jak jej rodzice torturują Wiktora za to, że ciągle wtrąca się w kłótnie pomiędzy Sally a nimi. Czuje łzy w oczach.
Błysk i trzask. Widzi ojca i Wiktora kłócących się o coś w kuchni. Nie słyszy dokładnie o co. Nagle Vincent wyciąga różdżkę i wypowiada zaklęcie. Wiktor pada na podłogę. Cały się trzęsie. Krew wypływa mu z wielkiej rany w brzuchu. Dziewczyna widzi, jak zaciska zęby. Pewnie po to, aby nie zwracać na siebie jej uwagi. Nagle ich oczy się spotykają. Widzi delikatny ruch jego warg, ale nie wie, co powiedział. Łzy zalewają jej oczy. To nie może być prawda. Jej wspaniały, niepokonany, uśmiechnięty brat umiera...
Widzi delikatny uśmiech na jego twarzy. Robi ledwo zauważalny ruch małym palcem. Sally powtarza go. W trudnych chwilach zawsze tak robili. Zahaczali o siebie małe palce prawych rąk. Jego ręka opada, oczy się zamykają.
Umarł...
***
Powoli wróciło jej czucie w palcach. Otworzyła oczy. Leżała na łóżku w swoim pokoju. Nie miała pojęcia jak się tam znalazła. Pamiętała tylko krew, błyski, pył... i krzyk.
Zobaczyła Petera stającego przy jej łóżku. Chciała go spytać co się stało, ale on pokręcił tylko głową, widząc jej minę.
- Później - powiedział. Posłusznie się nie odezwała.
A wtedy wszystko wróciło. Jej rodzice, Vincent wykrwawiający się na podłodze, walka z matką, zimne ostrze jej noża przy gardle. Zamknęła oczy, próbując złapać oddech. Chciała zabić własnego ojca. Naprawdę tego chciała.
- Sally...
- Odejdź ode mnie! - krzyknęła odpychając Petera. - Nie podchodź! Jestem potworem! Staję się taka jak oni... Nie panuję nad tym...
- Sally, nie jesteś zła. To zło Czarnej Perły. Wzmacnia twoją nienawiść do rodziców, ale to nie znaczy, że jesteś potworem. Sally, podnieś się. Przestań... Wyjdź do świata, bo nigdy się przed tym nie ukryjesz.
- Ukryję. Do tej pory jakoś mi się udawało. Nie chcę nikogo skrzywdzić...
- I nie skrzywdzisz. - Poczuła jego palce zaciskające się na jej nadgarstkach. Pokręciła głową.
- Skąd możesz to wiedzieć?
- Bo w ciebie wierzę, Sally. Wiem, że potrafisz nad tym zapanować. Otwórz oczy. Spójrz na mnie - poprosił. Sally spojrzała w jego zielone oczy. Krył się w nich spokój, a jednocześnie wielki żal. Nie wiedziała czemu. Po prostu tam był.
- Posłuchaj - zaczął. - Wiem, że jest ci ciężko. Ale zrozum, musisz się podnieść i walczyć. Jeśli zniszczymy Czarna Perłę, to wszystko się skończy i będziesz mogła wrócić do swojego życia. Proszę.
Przez dłuższą chwilę patrzyła mu głęboko w oczy. Czuła, że powoli się uspokaja. Westchnęła.
- Dlaczego to robisz, Peter? Dlaczego siedzisz tu ze mną, pomimo tego, że widziałeś, do czego jestem zdolna? - spytała. On również westchnął i na ułamek sekundy uciekł przed nią wzrokiem.
- Bo to przeze mnie to wszystko się dzieje. To ja przyniosłem do ciebie tą perłę. Chcę ci pomóc. Ja... nie chcę, abyś przeze mnie cierpiała. Przepraszam cię za to.
- Nie przepraszaj. Co się stało, to się nie odstanie. Po prostu... Muszę nauczyć się z tym żyć. Spróbuję znaleźć sposób na pokonanie Czarnej Perły.
Uniosła delikatnie kąciki ust, chcąc mu w ten sposób pokazać, że nie jest słaba. Bo nigdy taka nie była. Musiała być silna. Zatrzyma to zło. Zniszczy je raz na zawsze. Wiedziała, że potrzebna jej jest jego pomoc. Zauważyła jakiś dziwny loczek opadający mu na czoło. Nie zastanawiając się nad tym, co robi, wyciągnęła rękę i odsunęła go. Poczuła się tak, jakby przez jej ciało przeszedł prąd. Ich spojrzenia na chwilę się spotkały. Szybko się cofnęła chrząkając nieznacznie.
- No tak... Hmm... Najpierw musimy odzyskać Czarną Perłę z rąk Vincenta i Samanty. I to szybko. On będzie osłabiony po... po tym ataku. - Wciągnęła głęboko powietrze, aby się uspokoić. Nic się nie stało. On żyje. Jeszcze. Zacisnęła ręce w pięści i przycisnęła je do oczu. Nie, nie potrafiła tego zrobić. Nie umiała zapomnieć. Czegokolwiek by nie zrobiła, to i tak będzie wracać. Zawsze jakaś część jej będzie pragnęła jego śmierci. Jego i Samanty.
- Sally?
- Odejdź. Zostaw mnie samą. - Odsunęła się jeszcze bardziej. - Muszę to wszystko przemyśleć. Poukładać sobie w głowie.
On westchnął. Poczuła jego rękę na ramieniu.
- Tylko nie zrób nic głupiego.
Słyszała jak wychodzi. Delikatnie uniosła głowę. Chwilę siedziała w bezruchu. W końcu już całkowicie pewna, że Peter nie wróci, wstała i wyszła do łazienki. Chciała spłukać z siebie to wszystko. Pył, kurz, zło... Ból.
Kiedy wróciła do pokoju, już wiedziała co ma robić. Co musi zrobić. Peter nie może w tym uczestniczyć. I nie będzie. Zeszła na dół. Machnęła różdżką i jeden z foteli w salonie odsunął się na bok. Pod spodem była klapa. Coś, o czym wiedziała tylko ona. Otworzyła ją z trudem i spojrzała w dół, w ciemność. Sama odzyska Czarną Perłę. Ta sprawa dotyczy tylko jej i tej perły. Nie mogła mieszać w to Petera. Owszem, bała się. Nie chciała zostawać sama, ale to właśnie tak miało być. Tak zostało to zapisane w księgach. Zamknęła oczy, czekając aż ustanie jej drżenie w rękach. Musiała się uspokoić. Nie mogła poddać się emocjom. Raz... Dwa.. Trzy... Kolejny raz spojrzała w dziurę.
Teraz, albo nigdy.
Wzięła głęboki oddech i skoczyła.
Może mi się trochę myli twoje opowiadanie, ale za bardzo mi pachnie Piratami z Karaibów, Czarna perła i te sprawy, bo sam tekst napisany w dobrym stylu, fajnie pokazane przejścia akcji, a nie tylko w jednym miejscu, imiona bohaterów też dosyć zróżnicowane. Jak dla mnie bomba