Sally to młoda, całkiem ładna dziewczyna. Niedawno skończyła naukę w Hogwarcie, ale jej życie nie przedstawia się zbyt kolorowo...
Sally Crowboard usiadła na fotelu z ponurą miną. Kolejny dzień do bani, delikatnie mówiąc. Po co w ogóle istniało coś takiego jak magia?! Spiorunowała wzrokiem zasłonięte przez zasłonę okno, jakby to wszystko było jego winą.
Wstała i ruszyła w stronę kuchni. Jej wzrok padł po drodze na fotografię jej rodziców wiszącą na ścianie. Jasnowłosa, dumnie wyprostowana kobieta i wysoki, czarnowłosy mężczyzna. Oboje ubrani w zielone szaty patrzyli na nią z wyższością. Zawsze tak robili. Poczuła, jak nabiera w niej złość. To wszystko ich wina! Gdyby nie byli tym, kim byli, może jej życie przedstawiałoby się inaczej. Być może siedziałaby teraz gdzieś z przyjaciółmi, a nie wściekała się na przypadkowe przedmioty w domu.
- To zaszczyt mieć takich rodziców jak my. Powinnaś się wstydzić, że tego nie zauważasz - powtarzali w kółko przy każdej możliwej okazji. Dlatego jej nigdy nie było w domu. Na święta zostawała w Hogwarcie, a w wakacje całe dnie spędzała w parku lub w mieście. Zaś po ukończeniu szkoły za oszczędzane przez lata pieniądze kupiła sobie ten dom na obrzeżach Londynu. Nie odzywała się do rodziców, ale zdjęcie musiała powiesić tam ze względu na tradycję rodzinną, którą bądź co bądź szanowała.
Weszła do kuchni i rozejrzała się. Dębowy stół, takie same krzesła, ciemne meble i lodówka, do której się skierowała. Chwyciła kawałek kiełbasy i żując go, skierowała się do swojego pokoju. Nie lubiła takich sytuacji jak ta. W całym domu panowała ponura cisza i nic nie wskazywało na to, że kiedyś będzie inaczej. Spojrzała ponuro na ciemne ściany. Były puste. Żadnych obrazów, portretów, zdjęć... Całkowicie wystarczyło jej to jedno przedstawiające dwoje tak znienawidzonych przez nią ludzi.
W końcu otworzyła drzwi swojego pokoju. Był urządzony w ciemnych barwach, tak jak reszta domu. Pod ścianą stały ciemnobrązowe meble z mahoniu, naprzeciwko nich znajdowało się całkiem spore łóżko z granatową pościelą. Obok niego była elegancka, czarna szafka nocna, a na niej stał szary wazon ze sztucznymi kwiatami. W pobliżu zasłoniętego firanami okna było biało-czarne biurko z ciemnobrązowym krzesłem. Nad blatem wisiało spore lustro, przy którym Sally często wyrzucała swoje żale. Uśmiechnęła się ironicznie.
Jej przyjacielem było lustro. Chyba właśnie zwariowała do reszty. Usiadła na krześle i spojrzała na swoje odbicie. Idealnie biała twarz, na której w żaden sposób nie dało się namalować rumieńców, kontrastowała z czarniejszymi od nocy włosami do łokci, które akurat opadały idealnie prostą linię wzdłuż jej rąk. Tego samego koloru miała także idealnie wykrojone brwi, długie rzęsy i oczy. O tak, oczy miała zdecydowanie wyjątkowe. Dalej widniał mały nosek i usta, które zawsze były czerwone niczym krew. W ogóle cała jej twarz była mała i delikatnie zaokrąglona.
Sally była niską dziewczyną. Miała zaledwie 161 cm wzrostu i była dość chuda. Nie licząc oczywiście okrągłych bioder i tego, na co zwykli patrzeć chłopcy.
Westchnęła. W gruncie rzeczy była bardzo ładną dziewczyną, ale nikt tego nie zauważał. Wszyscy widzieli tylko rodziców Śmierciożerców cudem wymijających się od Azkabanu i to, że Sally jest Ślizgonką. Ale nie byle jaką. Przez swoich szalonych opiekunów czarną magię miała w małym paluszku. Potrafiła perfekcyjnie uwarzyć każdy, nawet najtrudniejszy i najbardziej skomplikowany eliksir. A na dodatek bardzo dobrze radziła sobie z wróżbiarstwem. Inni uczniowie zawsze ją odpychali. Nie lubili jej, bo jej rodzice byli... no, bez owijania w bawełnę, byli zwykłymi mordercami. A ludzie uważali, że ona jest taka sama. A to nieprawda! Sally była w Slytherinie tylko dlatego, że prawie cała jej rodzina to Śmierciożercy, a ona ma duży potencjał magiczny. Poza tym nie miała żadnych cech Ślizgonki. To Tiara Przydziału się pomyliła, a ona na tym cierpiała! Przykryła twarz dłońmi.
Wtedy zadzwonił dzwonek do drzwi.
Sally uniosła głowę, sprawdzając czy się przypadkiem nie przesłyszała, ale gdy wysoki dźwięk się powtórzył, wstała i skierowała się ku wyjściu. Ciekawiło ją, kto jednak zdecydował się tu przyjść.
W końcu chwyciła klamkę i otworzyła drzwi. Ze zdziwieniem odkryła, że stał za nimi Peter - wysoki, ciemnowłosy chłopak, którego znała ze szkoły. Należał do Slytherinu i wraz z nią niedawno ukończył szkołę. W piątej klasie się w nim podkochiwała, ale to oczywiście było uczucie bez przyszłości. Nie sądziła, że on kiedyś zapuka do drzwi jej domu.
- Cześć Sally - powiedział. Nieco zdziwiło ją to, ze on zna jej imię, ale nie dała tego po sobie poznać. Już przyzwyczaiła się do odgrywania uczuć, które tak naprawdę w niej nie gościły.
- Cześć Peter. Co cię tu sprowadza? - spytała rzeczowo. Na pewno nie wpadł do niej w odwiedziny. Nie wierzyła w cuda. Chłopak chrząknął cicho.
- Coś ważnego. I nie chciałbym o tym tutaj rozmawiać.
- Więc wejdź do środka. - Dziewczyna odsunęła się, aby zrobić mu przejście. Wszedł, ale przedtem rozejrzał się, jakby bał się, że ktoś go na tym nakryje. No tak. W końcu wchodzi do JEJ domu. Nieco się skrzywiła, ale zamknęła drzwi i poprowadziła go do salonu.
Po chwili oboje mieli w rękach po kubku z herbatą. On siedział na ciemnej kanapie, ona na fotelu. Przez chwilę panowała dziwna dziwna, którą ona w końcu zdecydowała się przerwać.
- No więc co cię do mnie sprowadza? - spytała. Peter zawahał się chwilę, po czym zapytał:
- Sally, ty znasz się na czarnomagicznych przedmiotach, prawda?
- Owszem. - Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem. Zawsze tak reagowała, gdy ktoś pytał ją o czarną magię. Peter sięgnął do kieszeni płaszcza leżącego obok niego i wyjął stamtąd jakieś dziwne, małe zawiniątko.
- Mogłabyś rzucić na to okiem? - Podał jej przedmiot, a ona wzięła go i delikatnie rozwinęła materiały, aby zobaczyć co jest w środku.
W końcu jej oczom ukazała się czarna perła. Czarna zupełnie jak jej włosy i oczy. Wstrzymała oddech ze zdziwienia.
- Skąd to masz? - spytała nieco ostrzej niż zamierzała.
- Kupiłem i Borgina i Bourgse'a - wyjaśnił nieco drżącym głosem. - Sprzedawca mówił mi, że jest bardzo niebezpieczna, ale go zignorowałem. No bo co może być złego w zwykłej perle?
- I co dalej? - spytała. Jakoś wyczuła, że ta opowieść musi mieć jakiś ciąg dalszy. Inaczej by tu nie przychodził.
- Kiedy trzymałem, a przynajmniej usiłowałem trzymać ją gołą ręką, ona zrobiła się gorąca. Zerwał się wiatr, miotały błyskawice i czułem, jak coś rozsadza mi czaszkę od środka. Tylko moja siła umysłu sprawiła, że nie oszalałem - powiedział. Sally przez chwilę milczała, wpatrując się w czarną perłę. Wiedziała, że Peter oczekuje na jakąś odpowiedź, ale nie wiedziała, jak powiedzieć to, co kłębiło się w jej głowie.
- Nie powinieneś był w ogóle jej kupować, Peter - powiedziała w końcu.
- Jak to? - Zdziwił się chłopak. Sally spojrzała na niego, marszcząc brwi. Naprawdę był taki głupi, czy tylko udawał?! Postanowiła mu powiedzieć to, co wiedziała. Wszystko.
- Widzisz, czytałam kiedyś w rodzinnych kronikach pewną legendę. Podobno tysiąc lat temu żyła pewna kobieta, która miała ogromną moc. Potrafiła zapanować nad żywiołami i władała taką magią, jakiej nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić. Jej rodzice byli czarodziejami czystej krwi i byli dumni z tego, jak silną mają córkę. Dziewczyna jednak czuła, że chcą zakończyć to, co robiła ze światem. Więc stworzyła tą czarną perłę. W niej zamknęła całą swoją moc i cząstkę swojej duszy. Powiedziała, że za tysiąc lat będzie dziewczyna, jej imienniczka, z jej rodu, o podobnej mocy, i że to właśnie ona i tylko ona będzie w stanie dotknąć perły. A gdy to zrobi, cząstka duszy czarownicy złączy się w jedno z duszą dziewczyny. Wyostrzy wszystkie jej złe cechy. Będzie sterować jej ciałem i w ten sposób zniszczy świat, aby móc go potem zbudować na nowo i zawładnąć. Jeśli dziewczyna nie będzie chciała dotknąć perły, ona ją do tego zmusi. Będzie kusić i kłamać... - powiedziała.
- No i co? Przecież to tylko legenda - powiedział Peter.
- Też tak sądziłam - potwierdziła dziewczyna. - Ale widzisz, ta potężna czarownica... Ona... Ona nazywała się Sally Crowboard.
To dziwne, ale nie wiem, co napisać. Nie jestem w stanie powiedzieć, czy mi się to podoba, czy też nie. Nie mogę się do niczego doczepić, ale mimo wszystko czuję pewien niedosyt.
Jak zazwyczaj jest za mało opisów, tak teraz odniosłam wrażenie, że u Ciebie jest ich za dużo. Szczególnie jeśli chodzi o zwracanie uwagi na kolorystykę danych przedmiotów.
Po drugie - również źle konstruujesz dialogi.
- Harry, podejdź do mnie - powiedział Ron.
Po mnie nie ma kropki, a powiedział jest z małej litery. Kilka poprawiłam, ale reszta jest tak, jak zrobiłaś to Ty. Następnym razem zwróć na to uwagę.
Przed i generalnie nie stawiamy przecinków, chyba że jest to wyliczenie enumeracyjne. I Harry, i Ron, i Hermiona.
Treść mnie jakoś bardzo nie wciągnęła, ale czyta się to w miarę dobrze, więc z chęcią zerknę do następnej części. Powodzenia.