Hana siedziała w pociągu, rozmyślając co czeka ją w tym roku. Stare, czerwone fotele wokół niej były puste, jak zawsze. Słychać było tylko cichy stukot jadącego pociągu i śmiechy uczniów z sąsiednich przedziałów. Drobna blondynka okryła się dokładniej swoim malinowym sweterkiem i westchnęła głęboko – nareszcie powróci do Hvezdon...
Pomimo że nie miała tam wielu przyjaciół - była raczej typem introwertyka - wszystko było lepsze niż to, co miała w domu. Tak, pochodziła z typowej patologicznej rodziny - rodzice byli już kilka lat po rozwodzie, więc mama musiała pracować na dwie zmiany. To Hana zajmowała się resztą młodszego rodzeństwa. Od kiedy była mała, jedyne czego tak naprawdę pragnęła, to wyrwać się z rodzinnego miasta i zacząć prowadzić normalne życie.
Można więc sobie wyobrazić jej szczęście, gdy dowiedziała się, że zostanie wysłana do szkoły z internatem. To nie była jednak zwykła szkoła – w Hvezdon nauczano
magii młodych czarodziejów i czarownice.
Doskonale pamiętała ten dzień, kiedy do jej domu przyszedł mężczyzna, oznajmiając, że jest czarownicą...
Usypiała właśnie trzyletnią siostrzyczkę, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Gdy Hana je otworzyła, zauważyła niewysokiego, sympatycznie wyglądającego młodego mężczyznę w długim, czarnym płaszczu. Ogromne było jej zdziwienie, gdy ów gość poprosił o chwilę rozmowy. Dwunastoletnia wówczas dziewczynka zupełnie się nie spodziewała, że przybył on z czeskiej szkoły magii, by zabrać ją z tego domu i dać jej szansę na nowe życie.
- Przykro mi, nie ma nikogo dorosłego – powiedziała od razu. – Mama powinna niedługo być z powrotem.
- Dobrze, więc przekaż jej to, gdy wróci. – I podał Hanie brązową kopertę z tajemniczym znaczkiem na grzbiecie – czarnego słowika mającego w dziobie małą gwiazdkę, na złotym tle. Przyjrzała się jej dokładniej i zobaczyła adres, również wypisany złotym atramentem:
Szanowna Pani Irina Sudek
Ulica Jungmannova 6, Hranice
- Chciałbym również z tobą zamienić słówko. – Uśmiechnął się do niej wesoło, wyczekując.
Hana nie spodziewała się takiego obrotu spraw, jednak pomimo wahań, wpuściła go do środka.
- Cóż... może lepiej usiądź, Hana. – Mężczyzna ponownie się uśmiechnął, gdy przeszli do małego saloniku. Był raczej skromnie urządzony – na niewielkim stoliczku stał kwadratowy, 12-stocalowy telewizorek, a naprzeciw wysłużona kanapa z zielonym obiciem. W kącie znajdowała się paprotka, która ustawiona była na kartonie z drobiazgami i zdjęciami rodzinnymi (tych nie było raczej dużo), a nieco wyżej półka z książkami.
W pierwszej sekundzie dziewczyna nie wiedziała, jak zareagować. Nie wiedziała czy ma zacząć się bać, czy też nie. Skoro jednak pomyślała o strachu, już pewnie trochę się bała.
- Skąd pan zna moje imię? – zapytała.
Nie odpowiedział, tylko skinął jeszcze raz na kanapę. Wystraszona, nie mówiła już nic, tylko usiadła posłusznie.
- Posłuchaj mnie uważnie. I nie myśl, tylko słuchaj. – Nagle zrobił poważną minę i stanął naprzeciw niej, po czym bardzo powoli i dokładnie powiedział: – Jestem czarodziejem.
Wariat. Wprasza się ludziom tak po prostu do domu z jakąś tanią sztuczką i myśli, że ona w to uwierzy? Pewnie chce jej wcisnąć coś na sprzedaż albo ukraść, gdy akurat nie będzie patrzeć... O, nie – musi się mu przyglądać. Nie odpowiedziała nic, tylko siedziała dalej, w milczeniu czekając na dalszy ciąg zdarzeń.
- To nie wszystko – kontynuował. - Ty też nim jesteś. A właściwie to czarownicą.
Nastała chwila milczenia. Prawdopodobnie Hana powinna teraz coś powiedzieć, ale nie miała pojęcia, co. Nie miała do tego człowieka za grosz zaufania, czemu trudno się dziwić – nie znała go w ogóle, a on przychodzi do jej domu i mówi, że jest jakimś magicznym świrem!
Mężczyzna nie uzyskał żadnej odpowiedzi, mówił więc dalej:
- Zastanów się chwilę, zanim cokolwiek zrobisz, czy nic dziwnego nigdy się nie działo?
Dziewczyna pomyślała więc, z coraz większym zdziwieniem, skąd ten facet wie o niej tyle rzeczy?
I faktycznie – zdarzyło się kilka takich sytuacji, których Hana w żaden racjonalny sposób nie potrafiła wytłumaczyć.
Pewnego razu na przykład, gdy wdrapała się na murek, zachwiała się i spadła. Jednak zamiast upaść, zdawać by się mogło, że
popłynęła ku ziemi.
Innym znów razem, gdy zapomniała zabrać czapki w wyjątkowo mroźny dzień, ta nagle znalazła się w jej kieszeni.
Takich drobnych sytuacji było jeszcze wiele, jednak Hanę to nie do końca przekonywało. Jej wątpliwości zostały rozwiane, gdy mężczyzna ponownie przemówił.
- Jeśli dalej mi nie wierzysz, może to cię przekona... – Po czym, tak jak stał, tak nagle zniknął. Na jego miejscu pojawił się za to... lis. Nie był to lis zwyczajny – miał nietypowy kolor oczu. Szafirowy – zupełnie tak samo, jak tamten nieznajomy. Wpatrywał się uważnie w dziewczynę, która była teraz w głębokim szoku. Sekundę później znów stał przed nią człowiek. Tym razem uśmiechał się do niej, najwyraźniej wielce usatysfakcjonowany swoim wyczynem.
- A.. ale jak pan.. – Hana straciła chwilowo zdolność mowy i nie udało się jej już nic więcej wykrztusić. Jej szare oczy były teraz wielkości piłek golfowych.
- To może ja się teraz przedstawię. Jestem Martin Benes, nauczyciel
Eliksirów w szkole magii Hvezdon, czarodziej. Mam za zadanie poinformować Hanę Sudek, czyli ciebie, że została ona przyjęta do naszej szkoły i rozpocznie naukę od września. To chyba wszystko. Szczegóły są tam. – Wskazał na brązową kopertę, którą dziewczyna cały czas trzymała w dłoniach. – Jutro musimy ci kupić niezbędny sprzęt. Odtąd możesz mnie traktować jako swojego opiekuna – powiedział i uśmiechnął się czarująco.
Hana pamiętała to aż za dobrze... Szczególnie moment, w którym matka wróciła z pracy, niszcząc jej cudowne marzenie o wolności.
Był już późny wieczór, kiedy w końcu udało jej się z nią porozmawiać. Po dwukrotnym przeczytaniu listu i dokładnych relacjach dziewczynki z ostatnich zdarzeń, pani Sudek stwierdziła, że musiała najwyraźniej zwariować. Co więcej – twierdziła, że Hana wymyśliła sobie to wszystko, żeby uciec z domu.
- Wiesz, że cały dzień pracuję – nie możesz sobie teraz wyjechać... Kto się zajmie twoim rodzeństwem?
Dziewczyna, zrezygnowana, już miała się poddać, kiedy to następnego dnia po południu przybył pan Martin. A jako, że była niedziela, mama Hany została w domu. Po dokładnym przedstawieniu wszystkich szczegółów, w końcu udało się ją zagiąć. Szczęście dziewczynki było niewypowiedziane.
Jeszcze bardziej się ucieszyła, kiedy dotarła do wioski Dvorcak, poświęconej tylko czarodziejom, położonej 10 kilometrów na południe od Hranic. Wioska oczywiście była chroniona przez potężne zaklęcia przeciw mugolom (ludziom nie posiadającym magicznych mocy, jak wytłumaczył Hanie Martin), toteż nauczyciel musiał rzucić specjalne zaklęcie ujawniające, by mogli cokolwiek zobaczyć.
- Masz szczęście, bo wszystkie niezbędne rzeczy są tuż obok – mówił, podczas gdy szli drogą do wioski. – Nie ma dużo takich miejsc w Czechach, więc niektórzy muszą się wybierać na zakupy z drugiego końcu kraju.
- Jak to jest z tymi czarodziejami? Oni sobie żyją i nikt ich nie zauważa?
- Tak. Musimy być bardzo ostrożni – Ministerstwo Magii dba o to, by żaden mugol nas nie odkrył.
Hana przez całą drogę nie zadawała już więcej pytań.
W wiosce kupiła niezbędne podręczniki, to jest
”Podstawowe Zaklęcia”,
”Historia Magii – klasa I”,
”Moje pierwsze eliksiry”,
”Wśród planet i gwiazd”, a także
”Magiczne rośliny i ich właściwości”. Wszystkie były używane, tak samo jak kociołek i czarne szaty z herbem szkoły – niestety, ale jej dostępny budżet nie pozwalał na więcej. Kupiła również różdżkę – chciała ją od razu wypróbować, lecz Martin powiedział, że poza szkołą nie wolno jej używać czarów.
Po zrobieniu zakupów pan Benes odprowadził ją z powrotem do domu, a gdy już mieli się żegnać, dodał:
- Ponieważ ja mam jeszcze dużo pracy, musisz sobie odtąd radzić sama. Gdyby jednak były jakieś problemy, skorzystaj z tego. – Podał jej mały kartonik z jego własną podobizną, która uśmiechała się i machała do niej. – On odpowie ci na wszystkie pytania. – I uśmiechnął się identycznie, jak Martin na zdjęciu.
Tak więc, zgodnie z instrukcją, dnia pierwszego września Hana wsiadła do pociągu do Pragi. Na miejscu miała znaleźć stację kolejową
Praha-Ruzyne, gdzie był ukryty peron dla czarodziejów.
Według tego, co powiedział jej profesor, dziewczyna przeszła na tył stacji i, sprawdziwszy czy nie ma nikogo w pobliżu, weszła do małego pomieszczenia z boku budynku. Wyglądało to jak zwykła rupieciarnia – w kącie stała stara kosiarka, a na licznych półkach zardzewiałe narzędzia i śrubki. Wyciągnęła różdżkę i weszła pod mały, drewniany stolik, ciągnąc za sobą walizkę, a następnie uderzyła nią w ścianę znajdującą się na wprost. Ku wielkiemu zdumieniu Hany, już po chwili ściana cofnęła się, ukazując wąski korytarz. Dziewczyna przesunęła się w jego stronę, a gdy już była w środku, wstała z powrotem na nogi i spostrzegła, że tuż przed nią znajdują się schody prowadzące w dół. Miejsce nie wyglądało raczej zachęcająco – poniszczone, szare ściany, wyposażone jedynie w ledwo tlące się pochodnie i równie zniszczone, strome schody, których końca nie było widać. Powietrze tutaj było zimne i wilgotne, czuć było zapach stęchlizny. Wizja targania walizki po tych wszystkich stopniach nie była zbyt zachęcająca, jednak chyba nie miała wyjścia. Usłyszała, jak ściana za nią właśnie cofa się i zamyka, a pomieszczenie pogrążyło się w niemal zupełnej ciemności.
Hana westchnęła głęboko i zaczęła schodzić bokiem w dół, a stopnie były niewiele większe ponad szerokość jej stopy.
”Co oni sobie wyobrażają, takie dojście do szkoły robić!” - pomyślała, cały czas schodząc na drżących nogach, targając za sobą ciężką walizkę.
Po dziesięciu minutach tułaczki, w końcu stanęła na prostej drodze. Przeszła jeszcze ze sto metrów i napotkała gołą, zimną ścianę. Natychmiast wyciągnęła różdżkę i stuknęła w nią, ale nic się nie wydarzyło. Stuknęła ponownie – nic.
- No nie! – westchnęła załamana Hana, stukając natarczywie w ścianę i nie wiedząc, co teraz robić. Wyciągnęła kartonik z profesorem Benes i spytała go o radę.
- Przejście jest tam! – I wskazał palcem w prawą stronę, gdzie znajdowały się małe, drewniane drzwiczki.
- Oh.. – wymamrotała tylko i ruszyła w tamtą stronę. Otworzyła drzwi i od razu oślepiło ją światło – w podziemnym przejściu cały czas panował półmrok, tutaj natomiast światło dawało po oczach. Pomimo że cały czas znajdowała się pod ziemią, było tutaj jasno jak na jej powierzchni. W dodatku wnętrze bardzo różniło się od samego korytarza – były tutaj gładkie, białe ściany, a na jednej z nich wisiał duży zegar. Marmurowa posadzka wyglądała, jakby dopiero co została wypolerowana. Długa, czarna lokomotywa stała już na stacji. Z boku widniał piękny, złoty napis -
Hvezdon. Do odjazdu pociągu została jeszcze godzina, więc na peronie wiało pustkami. Hana, nie chcąc dłużej czekać nie wiadomo na co, ruszyła w stronę pociągu i wsiadła do środka. Zajęła pierwszy przedział, bagaż umieszczając na półce u góry. Wyciągnęła podręcznik od zaklęć i zaczęła studiować go po raz kolejny. Przez całe wakacje zdążyła przejrzeć już zakupione książki, nie miała jednak czasu na dokładniejszą lekturę. Teraz w spokoju mogła trochę poczytać.
Zanim się obejrzała, kolejni uczniowie zaczęli już gromadzić się w pociągu. Jako że był duży, a uczniów stosunkowo niewiele, Hana mogła mieć przedział tylko dla siebie. Odpowiadało jej to – nie musiała z nikim rozmawiać, nikt na nią nie patrzył i nie oceniał.
Teraz drugi już raz miała udać się do szkoły magii, by kontynuować naukę po wakacjach. Pierwszy rok był dla niej jednym z lepszych okresów w życiu. Nie musiała o nic się martwić, poza długimi wypracowaniami na
Historię Magii. Jej ulubionym przedmiotem były
Eliksiry, a także
Astronomia. Zaprzyjaźniła się również z panem Martinem, który, okazało się, skończył dopiero 20 lat. Sama szkoła nie była duża – liczyła ledwie 7 klas, po jednej na każdy rok – i wyglądała jak piękna, biała rezydencja ze złotym dachem. Na górnych piętrach znajdowały się sypialnie uczniów, a na parterze nauczycieli, a także klasy, w których odbywały się lekcje, wielka, wspólna jadalnia dla wszystkich oraz biblioteka. W szkole znajdowała się również piwnica, ale uczniowie nie mieli do niej wstępu. Z tego co wiadomo było Hanie, to umiejscowiona tutaj była kuchnia, a także gabinet dyrektora. I właśnie dyrektor był jak dla niej największą zagadką – nikt go jeszcze nigdy nie widział.
I nie jest tutaj mowa tylko o uczniach – profesor Benes również zdradził Hanie, że podczas rozmów kwalifikacyjnych mówił tak naprawdę z jego asystentką, panią Nowak. Pilnowała ona, by dyrektorowi nikt zbytnio nie przeszkadzał, a także była jego zwierzchnikiem do spraw zewnętrznych, jak i również jedyną osobą w szkole, która mogła się z nim widzieć.
Hana wyciągnęła kartonik z podobizną Martina, który został jej z poprzedniego roku i uśmiechnęła się do niego. Był to jedyny nauczyciel, ba, chyba jedyna osoba w szkole, która traktowała ją normalnie. Znaczy to, że nie wyzywał jej od kujonek, jak to wiele osób robiło, nie omijał jej szerokim łukiem, nie pouczał. Był dla niej nauczycielem - tak, ale także i przyjacielem.
Podróż raczej szybko minęła – zanim Hana się obejrzała, okazało się, że już są na stacji docelowej. Przepełniona szczęściem, ściągnęła kufer i wyszła na zatłoczony korytarz i już po chwili powoli przesuwając się ku wyjściu, znalazła się na świeżym powietrzu, a dokoła szumiał las. Na drodze, jak zwykle, na uczniów czekały piękne, czarne dorożki zaprzężone w śnieżnobiałe konie. Jakiś mężczyzna w średnim wieku, z groźnym wyrazem twarzy i szramą na policzku, stał nieopodal. Był to Pan Knotek, nauczyciel Historii Magii, który był wyjątkowo surowy i instruował właśnie uczniów, by poukładali bagaże w wyznaczonych do tego powozach. Hana chyba pierwszy raz naprawdę ucieszyła się na jego widok. Po ułożeniu swojej walizki zajęła miejsce w jednej z dorożek i już za chwilę jechali prosto przez las, w stronę szkoły. Niebo powoli robiło się granatowe. Po piętnastu minutach las zaczął się rozrzedzać, a w oddali widać było białe mury Hvezdon. Zatrzymali się u podnóży niewielkiego pagórka. Gdy wszyscy już stanęli na nogach, profesor Knotek wykrzyczał, by zabrali swoje bagaże i zaczęli wspinać się na górę.
- Tylko żadnych czarów! – dodał głośno, kiedy zobaczył, że niektórzy wyciągają różdżki.
Zmęczeni uczniowie jęknęli głośno, ale nie śmiali nawet protestować. Rok temu to profesor Cejkova, nauczycielka zaklęć, zajmowała się ich dojazdem i nie było problemu, by kufry zostały wniesione za pomocą czarów.
Hana, gdy wyjęła swój kufer i zmierzała już w stronę szkoły, zerknęła przelotnie na skraj lasu i uśmiechnęła się szeroko, widząc szafirowookiego lisa, który przyglądał się jej uważnie. Upewniła się, że Knotek akurat jest zajęty i podbiegła do niego.
- Cześć, Martin – powiedziała, głaszcząc go lekko. Lis zrobił tylko rozkoszną minę i usiadł, ocierając puszystym ogonem o jej nogi. – Chodź.
Ruszyła w stronę zamku, ciągnąc za sobą bagaż, a Benes podążył za nią.
Gdy, z niemałym wysiłkiem, udało jej się już dotrzeć na szczyt, profesor Knotek odezwał się do niej ostrym głosem:
- Hej! Zwierząt nie wolno wprowadzać do szkoły!
Dziewczyna już miała się tłumaczyć, kiedy usłyszała głos profesora Martina.
- Dzień dobry, panie Knotek. Byłem tylko się przewietrzyć. – Uśmiechnął się do niego sztucznie i przeszedł dalej, po schodach w górę. Hana mruknęła coś w rodzaju
”Dzień dobry” i również poszła dalej. Stopni było niewiele, więc tym razem nie namęczyła się z wnoszeniem walizki. Przeszła przez rozwarte na oścież, dębowe drzwi i znalazła się w holu głównym. Pomieszczenie było naprawdę ogromne. Marmurowa posadzka zrobiona była na wzór szachownicy. Niemal na całej długości przeciwległej ściany znajdowały się duże okna. Gdzieniegdzie zwisały sztandary z herbem Hvezdonu. Z prawej strony znajdowały się piękne, białe, szerokie schody ze złotą balustradą, z lewej zaś ciągnął się długi korytarz z niezliczoną ilością drzwi, który następnie skręcał w prawo. Z sufitu zwisał pokaźny, kryształowy żyrandol. Wysoka kobieta o szczupłej sylwetce i długich, kruczoczarnych włosach, Pani Lipenska, nauczycielka Astronomii, właśnie tłumaczyła pierwszoroczniakom, jak będzie wyglądał rok szkolny.
Czyjaś dłoń chwyciła Hanę za ramię i pociągnęła w stronę schodów na pierwsze piętro. Szła więc w milczeniu, przemierzając korytarz, który wyłożony był czerwonym dywanikiem, aż do momentu, gdy zatrzymali się przed drzwiami z numerem
15.
- Otwieraj – zażądał Martin.
- Czekaj... – Dziewczyna sięgnęła do kieszonki w walizce i wyciągnęła klucz od swojego pokoju.
W chwilę później znaleźli się w środku. W prawym kącie stało jednoosobowe, drewniane łóżko z czarną pościelą i z naszytym herbem Hvezdonu, a u jego stóp duża szafa na ubrania. Pod oknem w lewym kącie stał okrągły stół, na nim lampka nocna, a przy stole były dwa czarne krzesła. Poza tym znajdowała się tutaj tylko mała półeczka na książki, zawieszona nad stolikiem. Z lewej strony od wejścia były jeszcze jedne drzwi, za którymi Hana miała łazienkę.
Wtargała bagaż do środka, postawiła go pod szafą i rozejrzała się po pokoju. Tak tęskniła za tym miejscem... Zupełnie już zapomniawszy, że nauczyciel wszedł za nią, zajęła się rozpakowywaniem swoich rzeczy. Przypomniała sobie o tym dopiero, kiedy zniecierpliwiony odezwał się do niej.
- Hana...
- Oh, tak. Jak ci minęły wakacje? – zwróciła się do nauczyciela, uśmiechając szeroko i nie przerywając wykonywanej czynności.
- Dobrze. Wybacz, nie ma teraz czasu. Możesz mnie chwilę posłuchać? – Ostry ton profesora zaniepokoił dziewczynę, odłożyła więc rzeczy na bok i spojrzała na niego. – Nie chciałem ci przerywać odpoczynku, jednak jeśli już tu jesteś, to musisz mi pomóc. – Martin odczekał chwilę, po czym kontynuował: – to sprawa życia i śmierci. Dosłownie.
- Co masz przez to na myśli? – Hana zaczynała się poważnie niepokoić. Bez żadnego powitania, bez niczego... to musiało być coś naprawdę pilnego, skoro nauczyciel był w takim stanie.
- Chodzi o mojego tatę. Zapadł na ciężką chorobę... Od miesiąca podaję mu Eliksir Wigoru, ale niewiele to pomaga. Mam już odpowiednią recepturę, ale brakuje mi najważniejszego składnika. – Przeszedł na drugi koniec pokoju i usiadł na krześle, chowając głowę w dłoniach w geście rozpaczy. – Nie wiem do kogo mógłbym się jeszcze zwrócić o pomoc...
- No dobrze... ale w czym ja ci mogę pomóc, cały czas będąc tutaj? – Dziewczyna usiadła obok niego i spojrzała w jego niebieskie, smutne oczy.
- Nie wiem... szukaj jakichś informacji, wskazówek... – Sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął pomiętą kartkę, najwyraźniej wyrwaną z jakiejś książki. – Spójrz.
- Czy to nie ze szkolnej biblioteki? – Hana przyjrzała się znakowi z brzegu kartki, który przedstawiał małego, czarnego słowika – wszystkie hvezdońskie książki oznaczone były takim symbolem.
- Hana, błagam cię...
Dziewczyna westchnęła tylko i zaczęła czytać treść świstka.
Według pradawnych legend Fontanna Życia mogła uzdrowić każdego, kto wypił choćby kroplę wody z jej odmętów. Nie wiadomo oczywiście, gdzie ów cud się aktualnie znajduje – wielu już próbowało go odnaleźć, jednak bezskutecznie. Wiadomo natomiast, że pewien czeski mędrzec spisał dawno temu przepis, który pozwalał w pełni skorzystać z daru Fontanny. Oto i on:
1. Do szklanej misy wlej trzy krople krwi salamandry.
2. Sproszkuj kamień księżycowy i dodaj go do naczynia.
3. Zalej to połową filiżanki wody.
4. Podgrzej do temparatury 180°C i dokładnie zamieszaj.
5. Dodaj jedną kroplę wody z Fontanny Życia.
6. Podaj choremu doustnie (najlepszy efekt można uzyskać podczas nowiu).
Zmarszczyła brwi i spojrzała ponownie na Martina. Skoro nikt nie wie nawet, gdzie ona jest, to skąd pewność, że w ogóle istnieje... Wiedziała jednak, że nie należy odmówić przyjacielowi pomocy, nawet jeśli wydaje się to niedorzeczne.
- Znajdziemy ją – powiedziała w końcu.
Nauczyciel uśmiechnął się, a w jego oczach zatliła iskierka nadziei.
Hanie tymczasem żołądek wykręcał się z głodu.
”Czas na kolację...” - pomyślała i wraz z Benesem udali się na dół do jadalni.
Okej, przeczytałam
To co podobało mi się najbardziej, to to, że akcja dzieje się w innej szkole