Severitus | AU 5 tom
Rozdzia³ 12. Bo ka¿dy pope³nia b³êdy
Prawdziwym b³êdem jest b³±d pope³niæ i nie naprawiæ go.
— Konfucjusz
Harry nie wiedzia³, jak d³ugo le¿a³ na twardej pod³odze. Czu³ siê wypompowany, jakby przebieg³ milê bez zatrzymania i jednocze¶nie próbowa³ zrozumieæ, co w³a¶nie siê wydarzy³o. Pod skór± wci±¿ tli³a siê w¶ciek³o¶æ, jednak powoli gas³a, zostawiaj±c przera¿aj±c± ¶wiadomo¶æ, ¿e czeka go tutaj piek³o. Jakim¶ cudem Snape go nie uderzy³, ale na pewno nie pu¶ci mu dzisiejszego wybuchu p³azem. Bo¿e, co go podkusi³o? Przecie¿ wiedzia³, ¿e jest teraz na jego ³asce, a na ¶niadaniu Snape jasno da³ mu do zrozumienia, ¿e ukarze go, je¶li bêdzie niepos³uszny. Harry próbowa³ wyobraziæ sobie te wszystkie straszne rzeczy, które mê¿czyzna mo¿e zrobiæ. Niewiedza nakrêca³a go jeszcze bardziej, bo Snape nigdy nie wspomnia³, jakie bêd± czekaæ go kary.
W koñcu ostro¿nie podniós³ siê. Prawe ramiê bola³o niemi³osiernie i Harry podci±gn±³ rêkaw koszuli, by je obejrzeæ — na g³adkiej skórze wyra¼nie odznacza³ siê czerwony ¶lad palców.
Nie mo¿e tu zostaæ.
Nie mia³ pojêcia, co robiæ. Nie mia³ celu ani planu. Wiedzia³ jedynie, ¿e nie mo¿e tu zostaæ.
Zrobi³ krok w kierunku tarasu i ¶wiat zawirowa³ mu przed oczami. Zachwia³ siê i musia³ przytrzymaæ siê krawêdzi sto³u, ¿eby nie upa¶æ. Kiedy obraz ponownie nabra³ sta³ych kszta³tów, podszed³ do szklanych drzwi i wyszed³ na zewn±trz. Na bezchmurnym niebie s³oñce powoli chyli³o siê ku linii horyzontu, ale wci±¿ nie straci³o ostro¶ci. Harry zamruga³ i wzi±³ g³êboki oddech w próbie uspokojenia skot³owanych my¶li.
Szed³ przed siebie jak w amoku. Tylko raz obejrza³ siê wstecz, bardziej ze strachu, ¿e Snape zobaczy go z okna i przyprowadzi z powrotem. Min±³ pierwsze drzewa i kamienne ³awki, drogê us³an± kocimi ³bami, a potem jezioro mieni±ce siê w ¶wietle zachodu oraz le¶n± ¶cie¿kê. W koñcu dotar³ do ³±ki, na której le¿a³y sporej wielko¶ci bia³e kamienie. Zatrzyma³ siê na krawêdzi. To tutaj koñczy³a siê ochrona domu. To tutaj dyrektor na³o¿y³ swoje w³asne bariery, ¿eby by³ bezpieczny. Jedna czê¶æ Harry'ego wiedzia³a, ¿e postêpuje strasznie g³upio i lekkomy¶lnie, ale druga czê¶æ, ta bardziej gwa³towna, mówi³a mu, ¿e ka¿de wyj¶cie jest lepsze ni¿ to, co czeka³o go tutaj.
Nie zmusz± go do mieszkania ze Snape'em. Mog± go nawet zwi±zaæ i si³± zaci±gn±æ z powrotem. Wtedy po prostu ucieknie jeszcze raz.
Zrobi³ krok i przest±pi³ kamienie.
Przez d³ugi czas wêdrowa³ ró¿nymi dró¿kami, mija³ jary i wzniesienia. Czasami jaki¶ ptak wzbija³ siê gwa³townie w powietrze, a niekiedy co¶ porusza³o siê w zbo¿u, i Harry nas³uchiwa³, po czasie u¶wiadamiaj±c sobie, ¿e by³ to tylko wiatr ko³ysz±cy k³osami. Wokó³ niego rozpo¶ciera³y siê nieprzerwane po³acie ³±k, dzikich pól i lasów, sprawiaj±c, ¿e ca³e to miejsce wygl±da³o na bezludne. Wierzy³ jednak, ¿e w koñcu trafi na jakich¶ czarodziejów. Gdyby tylko znalaz³ magiczne domostwo, móg³by powiedzieæ, ¿e siê zgubi³, i poprosiæ o u¿yczenie kominka. Po dzisiejszej reakcji krawca w±tpi³, ¿eby ktokolwiek odmówi³ mu pomocy. A co do jego rzekomego magicznego wyczerpania, to pieprzyæ plan Snape'a, zawsze mo¿e twierdziæ, ¿e cudownie ozdrowia³. Magia, prawda? Dlatego nie przestawa³ i¶æ naprzód i nie zwraca³ uwagi na pulsuj±cy ból g³owy ani protesty cia³a pragn±cego odpoczynku.
Dopiero gdy s³oñce zaczê³o znikaæ, ujrza³ w oddali chatê. Podszed³ bli¿ej, ale rozczarowa³ siê. Nikt domu nie zamieszkiwa³. Budynek przekrzywi³ siê, jakby jaki¶ olbrzym przysiad³ na jego prawej po³owie. Fundamenty zmursza³y, nadgryzione zêbem czasu. Zielone plamy ple¶ni oblepia³y pokruszony tynk, gin±c w bluszczu i pokrzywach. W okiennicach brakowa³o wielu szczebelków, ale okropnie brudne szyby, przytrzymywane przez ramy ³uszcz±ce siê od bia³ej farby, wci±¿ pozostawa³y ca³e.
Harry spojrza³ na niebo, które ciemnia³o z ka¿d± chwil± i nerwowo przygryz³ wargê. Powinien przeczekaæ tu do ¶witu.
Kilka razy poci±gn±³ mocno za zardzewia³e drzwi, a¿ ust±pi³y. Wszed³ do ¶rodka, wzbijaj±c pod stopami ob³oczki kurzu. Wnêtrze okaza³o siê byæ ca³kiem zno¶ne — ciep³e i suche, prawdopodobnie od nagrzanych s³oñcem ¶cian. W g³ównym pokoju znalaz³ kilka pó³ek z¿artych przez korniki oraz obdrapany szezlong w kolorze bordo. Przysiad³ na jego skraju, kul±c nogi i oplataj±c kolana ramionami. Zapatrzy³ siê w przestrzeñ, wracaj±c my¶lami do wydarzeñ ostatnich dni. Sprawia³y wra¿enie tak nieprawdopodobnych i odrealnionych, jakby by³y z³ym snem albo dotyczy³y kogo¶ obcego. Czasami nie móg³ uwierzyæ, ¿e to wszystko nie by³o jedynie wytworem jego umys³u, ale wydarzy³o siê naprawdê.
Niebo za szybkami zmieni³o barwê na granat, wpuszczaj±c do ¶rodka blade ¶wiat³o ksiê¿yca i Harry straci³ rachubê, ile minê³o czasu. Czuj±c potworne zmêczenie, zacie¶ni³ u¶cisk na kolanach i wtuli³ w nie policzek.
Co ma zrobiæ rano? Wróciæ? Nie mo¿e wróciæ, ale te¿ nie mo¿e tu zostaæ. A co je¶li go znajd±? Szarpn±³ mocno za w³osy. Zupe³nie zapomnia³ o Knocie, który tak bardzo chcia³ go adoptowaæ. Je¶li poka¿e siê w Londynie, wszystko wyjdzie na jaw i wtedy dzisiejsze problemy wypadn± blado w porównaniu z tymi, które mog³yby go czekaæ. O ile oczywi¶cie nie natknie siê wcze¶niej na jakiego¶ ¶miercio¿ercê.
Mia³ przesrane. Na ca³ej linii.
Gdyby tylko mniej przypomina³ siebie, by³by zwyk³ym dzieciakiem i nikt nie zwróci³by na niego uwagi. Roze¶mia³ siê ponuro. Jeszcze wczoraj by³ t± perspektyw± przera¿ony, a teraz — kiedy by³o mu to tak bardzo na rêkê — skaka³by z rado¶ci.
A gdyby tak uda³o mu siê dostaæ prosto do Nory? Przecie¿ od samego pocz±tku nie chcia³ ukrywaæ prawdy przed lud¼mi, których traktowa³ jak rodzinê. Ufa³ Ronowi i Hermionie. Wiedzia³, ¿e pomog± mu oraz dotrzymaj± tajemnicy, choæby od tego zale¿a³o ich ¿ycie. Ale co bêdzie, je¶li przyjdzie profesor Dumbledore i zabierze go stamt±d? Albo co gorsza, przyjdzie Snape? Harry zacisn±³ powieki. Nawet nie chcia³ sobie tego wyobra¿aæ.
Wtedy — zupe³nie niespodziewanie — jego pier¶ przeszy³ bolesny skurcz. A potem kolejny. I jeszcze jeden. Przycisn±³ d³oñ do serca. Nie móg³ oddychaæ.
¦wiat rozp³yn±³ siê w ciemno¶ci i dr¿eniu.
Harry upad³ na pod³ogê, a ka¿dy jego nerw zap³on±³.
* * *
Snape nie wiedzia³, co dok³adnie wydarzy³o siê po tym, jak opu¶ci³ jadalniê. Nie pamiêta³, jak doszed³ do swojej sypialni, ani w jaki sposób znalaz³ siê w ³azience. Nawet teraz, gdy sta³ nad umywalk± i dr¿±cymi rêkoma op³ukiwa³ twarz, nie by³ pewny, co siê sta³o. W jaki sposób straci³ nad tym wszystkim kontrolê?
O ma³o go nie uderzy³. Chcia³ go uderzyæ. Pragn±³ zrobiæ nawet wiêcej ni¿ to.
Ta my¶l by³a przera¿aj±ca.
Ponownie op³uka³ twarz. Nastêpnie zamkn±³ oczy i wzi±³ kilka g³êbokich wdechów w marnej próbie uspokojenia zszarganych nerwów. W koñcu wyprostowa³ siê, wróci³ do sypialni i usiad³ bezw³adnie na krze¶le. Z³o¶æ powoli wypala³a siê, pozostawiaj±c po sobie potworne znu¿enie oraz pustkê. Tym razem czu³ to wyra¼nie — magiê, która wci±¿ utrzymywa³a siê w ch³opcu. Tê sam± magiê, która za wszelk± cenê mia³a upodobniæ go do Jamesa. Ona siêga³a do umys³u Severusa, igraj±c z nim, odbieraj±c trze¼wy os±d, i przez jeden moment by³ tak cholernie pewny, ¿e stoi przed nim nastoletni James.
Potter le¿a³ tam, bezbronny, ale wci±¿ butny, szydz±cy z niego.
Potter sta³ przed nim, z ró¿d¿k± w d³oni, a jego twarz wykrzywi³a siê brzydko w wyrazie z³o¶ci.
— Co zrobi³e¶ mojej mamie? — krzykn±³ Harry. — Zmusi³e¶ j±, by to zrobi³a, czy po prostu j± zgwa³ci³e¶?
— Co zrobi³e¶ Lily, Snape? — krzykn±³ James. — Zaszanta¿owa³e¶ j±, czy po prostu rzuci³e¶ na ni± Imperio?
Wspomnienie zachowania Pottera wci±¿ mia³o ostre krawêdzie, serce wci±¿ przyspiesza³o swój bieg, a krew kr±¿y³a szybciej w ¿y³ach. Jednak pomimo tego, ¿e omal nie oberwa³ w g³owê talerzem i rzucono mu w twarz obrzydliwe oskar¿enia, nie potrafi³ siê d³u¿ej z³o¶ciæ. Czy nie by³ pewny, ¿e prêdzej zostanie obwiniony o ca³e z³o ¶wiata, ni¿ us³yszy „dziêkujê” za to wszystko, co ostatnio zrobi³? Czy nie spodziewa³ siê, ¿e ch³opak mo¿e wybuchn±æ? Czy nie bra³ pod uwagê ka¿dej mo¿liwo¶ci?
Dzieciak nic nie wiedzia³ o jego relacjach z Lily, a poza tym Severus by³ jedyn± osob± w zasiêgu rêki, na której móg³ wy³adowaæ gniew, jaki kumulowa³ siê w nim przez ostatnie dni. Snape podejrzewa³, ¿e rozmowa o Dursleyach by³a tylko czubkiem góry lodowej, zapalnikiem, od którego wszystko potoczy³o siê niczym kostki domina. Na dodatek ¶wiadomie pozbawi³ Pottera wyimaginowanej kontroli, bo tak po prostu stwierdzi³ zwyk³y fakt, ¿e by³ bezsilny i nic nie móg³ zrobiæ.
Snape westchn±³. Pamiêta³ ³zy ch³opca i to jak kuli³ siê, chwytaj±c za ramiê. Jak bardzo go skrzywdzi³? Czy u¿y³ a¿ tyle si³y? Wiedzia³, ¿e powinien go wyleczyæ, a potem… jako¶ to wszystko naprawiæ. Mia³ jednak w±tpliwo¶ci, czy potrafi³. By³ przyzwyczajony do respektu, nawet je¶li podszytego strachem, wiêc jak teraz ma poradziæ sobie ze zbuntowanym i okaleczonym na duszy nastolatkiem?
W koñcu zdecydowa³, ¿e najpierw obaj musz± och³on±æ. Nic dobrego z tego nie wyniknie, je¶li miêdzy nimi znowu rozpêta siê k³ótnia. Przymkn±³ oczy i skoncentrowa³ my¶li na swoim oddechu, który powoli wyrównywa³ siê, a¿ sta³ siê jednostajnym rytmem. Kiedy resztki z³o¶ci opu¶ci³y go, a umys³ znów mia³ cudownie jasny, zwlók³ siê z krzes³a i uda³ siê do sypialni ch³opca.
Zapuka³ do drzwi. Cisza. Zapuka³ ponownie. Znowu brak odpowiedzi. Nacisn±³ klamkê.
Pokój by³ pusty.
— Milly. — Skrzatka pojawi³a siê przed nim z cichym trzaskiem. — Przyprowad¼ pana Pottera.
— Tak jest, sir. — Stworzenie uk³oni³o siê, ³opocz±c d³ugimi uszami i znik³o. Po kilku sekundach pojawi³o siê ponownie z wyra¼nym zdenerwowaniem. — Panicza nie ma, sir. Milly przeszuka³a ca³± posiad³o¶æ i panicza nigdzie nie ma, sir.
Wnêtrzno¶ci Severusa skrêci³y siê w ciasny, dusz±cy supe³. Merlinie i wszyscy ¶wiêci, Czarny Pan grasuje, ¶miercio¿ercy i dementorzy na wolno¶ci, a dzieciak nawet nie ma ró¿d¿ki. Albus go zabije, a Lily nigdy nie wybaczy.
— Pomo¿esz go szukaæ.
Zacisn±wszy palce na ró¿d¿ce, aportowa³ siê na granicy rezydencji. S³oñce powoli znika³o za horyzontem i to sprawi³o, ¿e serce podskoczy³o Severusowi do gard³a — my¶l, ¿e Potter jest teraz ca³kowicie sam i bez ¿adnej ochrony, a wkrótce wszystko poch³onie ciemna noc, by³a nie do zniesienia. Przecie¿ tu a¿ roi siê od zwodników, trolli, szyszymor, kapp i kelpi…
Bez wahania przeszed³ liniê wyznaczon± przez bia³e kamienie i ustawi³ ró¿d¿kê na otwartej d³oni. Maj±c nadziejê, ¿e ch³opak nie zaszed³ daleko i uda siê go namierzyæ w ten prosty sposób, wypowiedzia³ szybko:
— Wska¿ mi Harry'ego Pottera.
Na szczê¶cie zaklêcie zadzia³a³o. Ró¿d¿ka obróci³a siê wokó³ w³asnej osi, wskazuj±c wschód.
Nie trac±c czasu, razem z Milly przeczesywa³ okolicê, to aportuj±c siê, to przemierzaj±c drogê pieszo. Kiedy s³oñce zupe³nie zniknê³o, a ciemno¶æ rozpostar³a siê nad ¶wiatem, Severus spojrza³ na niebo. Pe³na tarcza ksiê¿yca ¶wieci³a jasno. Wilko³aki, pomy¶la³ w panice, jakby tego by³o ma³o, mog± rozszarpaæ go wilko³aki! Spokojnie, mo¿e jeszcze wszystko dobrze siê skoñczy. Potter wci±¿ pozostawa³ w zasiêgu zaklêcia wskazuj±cego, wiêc ile mo¿e im zaj±æ odnalezienie go? Och, jak tylko dorwie tego durnego dzieciaka i przywlecze do domu, to da mu taki wyk³ad, ¿e ch³opak popamiêta go do koñca ¿ycia!
Wkrótce Snape stan±³ na rozwidleniu ¶cie¿ki. Z prawej strony rozpo¶ciera³ siê bór, a na wprost wzgórza. Ponownie rzuci³ zaklêcie i ró¿d¿ka zatrzyma³a siê na drodze przed nim. Jednak ju¿ po chwili zaczê³a krêciæ siê we wszystkich kierunkach.
Przytkn±³ palce do skroni, na której perli³y siê krople potu. Albo Potter znalaz³ siê poza zasiêgiem, albo dzia³o siê co¶ z³ego. Severus rozkaza³ Milly wróciæ do Prince Manor i powiadomiæ o wszystkim Albusa, je¶li w ci±gu kwadransa nie wróci z ch³opcem. Nastêpnie aportowa³ siê o dwie mile. Po ponownym „wska¿ mi” ró¿d¿ka obróci³a siê szybciej i pewniej, wskazuj±c pó³nocny zachód. Potter musia³ byæ blisko. Pamiêtaj±c, ¿e niedaleko znajduj± siê ruiny posiad³o¶ci Prewettów, wybra³ je jako kolejny punkt aportacyjny.
Jedno spojrzenie na zdeptan± trawê, zgarniêty na bok bluszcz i uchylone frontowe drzwi sprawi³o, ¿e jego cia³o ogarnê³a niesamowita ulga. W tê czê¶æ okolicy nikt siê nie zapuszcza³, co oznacza³o, ¿e ch³opak by³ tutaj. Severus wyszepta³ Lumos i wszed³ do brudnego pomieszczenia. Od razu us³ysza³ ¶wiszcz±cy, nierówny oddech.
Potter le¿a³ na ziemi. Jego oczy uciek³y w g³±b czaszki, palce wygiê³y siê groteskowo, a on sam trz±s³ siê spazmatycznie. Snape pozna³ to od razu. Atak postcruciatusowy.
Przypad³ do ch³opca, nie zwa¿aj±c na brud pod³ogi, i chwyci³ go w ramiona. Nastêpnie aportowa³ siê na granice posiad³o¶ci, by po szybkim przest±pieniu kamieni przenie¶æ ich prosto do swojego laboratorium. Milly natychmiast pojawi³a siê obok i zagarnê³a przedmioty znajduj±ce siê na du¿ym stole. Jedn± d³oni± przytrzymuj±c g³owê ch³opca, Severus po³o¿y³ go na blacie i smagniêciem ró¿d¿ki przywo³a³ potrzebne eliksiry. Pomimo mocnego u¶cisku Potter przelewa³ mu siê przez rêce. Severus nie chcia³ rzucaæ zaklêcia parali¿uj±cego, bo sztuczne unieruchomienie sprawi³oby ch³opcu jeszcze wiêkszy ból ni¿ ten, który z pewno¶ci± ju¿ odczuwa³, wiêc przywi±za³ go, wyczarowuj±c magiczne wiêzy wokó³ kostek, nadgarstków i torsu.
— Milly, przytrzymaj mu g³owê, nie dam rady napoiæ go w ten sposób.
Choæ skrzatka wpatrywa³a siê w ca³± scenê z szeroko otwartymi, przestraszonymi oczami, wykona³a polecenie bez sprzeciwu. Snape si³± zmusi³ szczêki Pottera do rozwarcia i wla³ najpierw eliksir post-Crucio, a nastêpnie przeciwbólowy oraz na rozlu¼nienie miê¶ni. Od³o¿y³ puste fiolki i obserwowa³ ch³opca.
Pocz±tkowo nic siê nie zmieni³o. Cia³o Pottera nadal drga³o i ³apa³o p³ytkie, chrapliwe oddechy. Dopiero po kilku sekundach nagle wygiê³o siê w ³uk tak mocno, ¿e sznury napiê³y siê niebezpiecznie. Snape szybko poluzowa³ je, by zbyt mocny nacisk nie wyrz±dzi³ ch³opca krzywdy. Zaci¶niête usta ch³opca otworzy³y siê lekko i wydoby³ siê z nich ¿a³osny skowyt. K±tem oka Severus widzia³, jak Milly cofa siê i kuli z piê¶ciami przyci¶niêtymi do uszu.
Wtem wszystko usta³o. Harry opad³ bezw³adnie na blat. Jedynym dowodem tego, co przed chwil± siê wydarzy³o, by³ ciê¿ki, przyspieszony oddech.
Severus opar³ siê ciê¿ko na rêkach i czeka³, a¿ Potterowi wróci ¶wiadomo¶æ.
* * *
Harry dryfowa³. To okropne, rw±ce uczucie w piersi znika³o. Mia³ wra¿enie, jakby morze wyrzuci³o jego cia³o na brzeg i fale obmywa³y je, ³agodz±c wszelki ból. Dryfowa³. Bez koñca. Przyp³yw, odp³yw, przyp³yw, odp³yw… Móg³by tak pozostaæ ju¿ na zawsze.
Powoli kolejne doznania wraca³y do niego, jakby ka¿dy ze zmys³ów w³±cza³ siê jeden po drugim. Najpierw us³ysza³ ciche szmery; kto¶ co¶ mówi³ niskim g³osem. Nastêpnie w nozdrza wdar³ siê ciê¿ki zapach ziemi oraz zió³. W koñcu pod plecami poczu³ twarde pod³o¿e, a na ciele przygniataj±cy ciê¿ar czego¶ krêpuj±cego. To ostatnie przestraszy³o go, wiêc otworzy³ oczy.
Zobaczy³ kamienny sufit, a przynajmniej tak mu siê wydawa³o — nie mia³ okularów i choæ jego wzrok polepsza³ siê z dnia na dzieñ, wci±¿ z oddali wszystko by³o rozmazane. Harry zamruga³ kilkakrotnie, próbuj±c zrozumieæ, gdzie siê znajduje. Ostatnie co, pamiêta³, to ruiny opustosza³ego domu…
Nagle wszystkie wspomnienia wróci³y do niego z si³± szar¿uj±cego byka.
K³ótnia, ucieczka, upadek na pod³ogê.
Spojrza³ w bok. Och nie… Snape sta³ tu¿ przy nim i obserwowa³ go wnikliwie. Choæ nie wygl±da³ na w¶ciek³ego, Harry drgn±³, gdy mê¿czyzna wyci±gn±³ ró¿d¿kê. Snape zamar³, a jego ciemne oczy ¶widrowa³y go, jakby chcia³y wypaliæ w nim dziurê. Wymrucza³ zaklêcie i wiêzy znik³y. Tym razem du¿o wolniej od³o¿y³ ró¿d¿kê do kieszeni i schowa³ d³onie w fa³dach szaty.
— Czujesz siê na si³ach, ¿eby wstaæ?
Harry nie by³ pewny, ale spróbowa³. Podniós³ siê na ³okciu i jego ramiona zadr¿a³y od niechcianego ciê¿aru. Z trudem pod¼wign±³ siê do siadu, po czym rozejrza³ siê wokó³. Snape wyja¶ni³:
— Jeste¶my w moim laboratorium, w podziemiach Prince Manor.
— Co siê sta³o? C-co to by³o?
— Czy pani Pomfrey wspomina³a ci o bólach fantomowych? — Harry skin±³ g³ow±. — S± nieprzyjemne, ale niegro¼ne i rzadko wystêpuj± przy dbaniu o ogóln± kondycjê psychofizyczn±. Jednak przy tak rozleg³ym uszkodzeniu nerwów stres czy nadmierny wysi³ek mog± sprawiæ, ¿e ból fantomowy przybierze ostrzejsz± postaæ, przekszta³caj±c siê w napad. Magomedycy nazywaj± to atakiem postcruciatusowym. Je¶li nerwy s± zbyt przeci±¿one, czasowo zaburza siê równowaga pomiêdzy neuroprzeka¼nikami i nastêpuj± nadmierne wy³adowania bioelektryczne. Pierwszym symptomem jest nag³y oraz silny ból w miejscu uderzenia kl±twy, a nastêpnie gwa³towne drgawki, a niekiedy utrata przytomno¶ci. Ka¿dy jeden atak wywo³uje regres w leczeniu, wyd³u¿aj±c czas jego trwania, i jest bardzo niebezpieczny, szczególnie gdy osoba nim dotkniêta nie otrzyma pomocy.
Po³owa z tego, co Snape powiedzia³, by³a dla Harry'ego niezrozumia³ym naukowym be³kotem, ale ogólny sens wy³apa³ bez problemu. Prze³kn±³ g³o¶no. Nie chcia³ ponownie byæ ubezw³asnowolnionym i straciæ nadziejê na normalne ¿ycie. Nie zniós³by tego.
— Dlatego tak wa¿ne jest, ¿eby¶ nie przeci±¿a³ swojego organizmu. To, ¿e mo¿esz ju¿ chodziæ i wykonywaæ codzienne czynno¶ci, nie sprawia, ¿e jeste¶ zdrowy. Nie bez powodu nadal musisz przyjmowaæ eliksir post-Crucio. — Snape zamilk³ na chwilê. — Chod¼, zaprowadzê ciê do twojego pokoju. Bêdziesz móg³ siê po³o¿yæ.
Mê¿czyzna wyci±gn±³ rêkê, ale nie dotkn±³ go. Po prostu zaoferowa³ j± w razie, gdyby Harry potrzebowa³ pomocy. Okaza³o siê to byæ s³usznym posuniêciem, poniewa¿ jak tylko stan±³ na nogi, kolana ugiê³y siê pod nim i uczepi³ siê mocno ramienia.
— Bêdziesz teraz os³abiony, ale to nic niezwyk³ego. Twój organizm jest wyczerpany zarówno po ciê¿kim dniu, jak i ataku. Poza tym da³em ci eliksir na rozlu¼nienie miê¶ni. Ograniczenie w koordynacji jest jednym z efektów ubocznych.
Snape wyprowadzi³ go z podziemi. Gdy dotarli do sypialni, Harry mia³ wra¿enie, jakby przebieg³ maraton i nigdy nie czu³ wiêkszej wdziêczno¶ci na widok ³ó¿ka.
Kiedy opad³ na miêkki materac, westchn±³ i przymkn±³ powieki.
£ó¿ko ugiê³o siê lekko. Wróciwszy do rzeczywisto¶ci, Harry otworzy³ oczy. Snape siedzia³ obok, a jego twarz przybra³a neutralny wyraz. Dlaczego nie jest na niego w¶ciek³y czy choæby rozgniewany? Dlaczego nie skrzycza³ go za ostatnie zachowanie ani nawet za ucieczkê? Z jednej strony Harry ba³ siê tego, co Snape mo¿e zrobiæ lub powiedzieæ, ale z drugiej czu³ niewypowiedzian± ulgê, ¿e mê¿czyzna odnalaz³ go w tamtej chacie i nie zostawi³.
Ten prosty fakt odblokowa³ co¶ w Harrym i wszystkie uczucia powróci³y ze zdwojon± moc±. Jednak by³y zbyt spl±tane i nie wiedzia³ ju¿ na kogo jest z³y ani z jakiego powodu, ani czemu czuje siê tak potwornie.
Skuli³ siê na boku, plecami do Snape'a, i ukry³ twarz w zgiêciu ramienia. Pomimo ¿e zacisn±³ zêby na nadgarstku, z jego gard³a wydoby³ siê ¿a³osny, zawstydzaj±cy d¼wiêk. Okropna ¶wiadomo¶æ, ¿e Snape jest ¶wiadkiem tego, jak siê rozkleja, by³a nie do zniesienia. Czu³ siê ods³oniêty — jakby wszystkie uczucia ostatnich dni, znajduj±ce w ten sposób uj¶cie, pozostawi³y go nagim i przez to jeszcze bardziej nara¿onym na zranienie.
Poci±gaj±c nosem, wytar³ twarz rêkawem.
— Mo¿e chusteczkê?
Zaskoczony odwróci³ g³owê i spojrza³ na Snape'a za³zawionymi oczami. Kiwn±³ g³ow± i machniêciem ró¿d¿ki mistrz eliksirów wyczarowa³ chusteczkê.
— Milly. — Z cichym trzaskiem skrzatka pojawi³a siê w pokoju. — Zrób herbatê dla dwóch osób i przynie¶ z mojego sk³adzika ma¶æ na otarcia oraz siniaki.
Harry ponownie zwin±³ siê w ciasny k³êbek. Nie podnosi³ g³owy a¿ do momentu, w którym Milly wróci³a z tac± pe³n± nie tylko herbaty, ale tak¿e ciasteczek z cukrem.
— Usi±d¼ i zdejmij koszulkê — poleci³ Snape. — Nie czujesz bólu, ale za jaki¶ czas dzia³anie eliksirów minie. Trzeba równie¿ uleczyæ twój policzek.
Harry zrobi³, jak mu kazano, mimo ¿e nie u¶miecha³o mu siê rozbieraæ przed Snape'em, i zdziwi³ siê na widok czerwonych prêg na torsie. Zmarszczy³ brwi.
— By³e¶ przywi±zany, pamiêtasz? Musia³em to zrobiæ, bo nie da³o siê ciebie utrzymaæ.
Snape odkrêci³ s³oiczek prze¼roczystej mazi i rozsmarowa³ j± równomiernie na uszkodzonej skórze. W mgnieniu oka otarcia i siñce znika³y, nie pozostawiaj±c po sobie ¿adnego ¶ladu.
Harry spojrza³ spod grzywki na Snape'a. Mê¿czyzna wydawa³ siê byæ ca³kowicie zaabsorbowany swoim zadaniem, gdy skupia³ siê wzrok na ruchach w³asnych palców. Harry zmarszczy³ brwi. Wujostwo nigdy nie przejmowa³o siê jego zranieniami ani tym, ¿e co¶ go boli. Za ka¿dym razem, gdy nie udawa³o mu siê uciec przed band± Dudleya i zostawa³ sprany na kwa¶ne jab³ko, wuj Vernon jedynie burcza³, jakim to Harry jest chuliganem, a ciotka Petunia krzywi³a siê z niesmakiem.
— Wiesz… — zacz±³ mistrz eliksirów jakby od niechcenia. — Gdy odnalaz³em ciê po ataku na Privet Drive, by³e¶ w takim stanie, ¿e nie wierzy³em w mo¿liwo¶æ wyleczenia ciê. Spodziewa³em siê, ¿e na zawsze pozostaniesz w ¶pi±czce lub bêdziesz sparali¿owany, a najlepszym wypadku podzielisz los Longbottomów. — Spojrza³ na chwilê Harry'emu w oczy. — Czy zastanawia³e¶ siê, dlaczego na cmentarzu Czarny Pan rzuca³ na ciebie kl±twê Cruciatus kilkakrotnie, zamiast pozwoliæ ci cierpieæ przez d³u¿szy czas? Dla zabawy? Bo siê znudzi³? Zmêczy³? Nie, on chcia³, ¿eby¶ walczy³, by móg³ wygraæ w równym pojedynku. Nie udowodni³by swojej wy¿szo¶ci, gdyby zniszczy³ ciê do tego stopnia, ¿e nie potrafi³by¶ podnie¶æ siê czy trzymaæ w d³oni ró¿d¿ki. Nikt nie rzuca tej kl±twy nieprzerwanie, je¶li nie chce zadaæ nieodwracalnych szkód.
Snape uchwyci³ jego lewe ramiê. Niezwykle delikatnie rozsmarowywa³ ma¶æ na sporej wielko¶ci siñcu, jaki utworzy³ siê w miejscu, w którym kilka godzin temu widnia³ czerwony ¶lad palców. Nastêpnie kontynuowa³:
— Nie jeste¶ jedyn± osob±, która znajduj±c siê w podobnej sytuacji, nie mo¿e poradziæ sobie z emocjami. Co wiêcej, spodziewa³bym siê, ¿e kto¶, kto mia³ zniszczon± po³owê nerwów, o ile oczywi¶cie nie oszaleje, wpadnie w depresjê, do¶wiadczy hu¶tawek nastrojów lub stanie siê agresywny albo p³aczliwy. Tymczasem minê³y dwa tygodnie i dopiero wczoraj, gdy twoje ¿ycie wywróci³o siê do góry nogami, zdecydowa³e¶, ¿e masz do¶æ.
Harry zda³ sobie sprawê, ¿e po raz pierwszy w ¿yciu Snape normalnie z nim rozmawia. Mo¿e w ten sposób próbowa³ nawi±zaæ niæ porozumienia? Choæ trochê naprawiæ tê potworn± sytuacjê?
— Naprawdê ty mnie wtedy uratowa³e¶? — zapyta³ nagle. — Od Lucjusza?
— Owszem. Profesor Dumbledore ci nie powiedzia³?
Harry potrz±sn±³ g³ow± w zaprzeczeniu. Tymczasem Snape skoñczy³ z jego ramieniem i powoli przytkn±³ koniec ró¿d¿ki do policzka. Wypowiedzia³ lecznicze zaklêcie, a gdy rozciêcie zamknê³o siê, skrupulatnie zaaplikowa³ ma¶æ.
— Za³ó¿ koszulkê i podwiñ nogawki… Ach, dobrze, ¿adnych uszkodzeñ.
Snape odstawi³ s³oiczek na nocny stolik i chwyci³ fili¿ankê. Harry pod±¿y³ jego przyk³adem. Herbata mia³a idealn± temperaturê, wiêc wzi±³ ³yk. Na jêzyku poczu³ dziwn± mieszankê wanilii, pomarañczy i miêty. Napój smakowa³ mu nawet bez cukru, ale mimo to doda³ jedn± kostkê.
Po d³ugiej ciszy Snape zapyta³.
— Dlaczego uciek³e¶?
Harry ¶cisn±³ palce na fili¿ance, zastanawiaj±c siê, jak ma na to odpowiedzieæ? W koñcu wzi±³ g³êboki oddech i wyzna³ prawdê:
— Ba³em siê.
Po tych s³owach Snape wygl±da³, jakby by³ w rozterce, co stanowi³o tak niecodzienny widok, ¿e Harry wpatrywa³ siê w niego zdumiony.
— Ja nie… — Odchrz±kn±³. — Nie uderzy³bym ciê.
Harry zmiesza³ siê. Potrz±sn±³ g³ow± i wzruszy³ ramieniem.
— Bardziej ba³em siê kary. Tego, co mnie czeka po tym, co zrobi³em i powiedzia³em. By³e¶… bardzo z³y.
— Dlaczego? Pojêcie szlabanu nie jest ci obce i nieraz karano ciê w Hogwarcie.
— Ale nie tak. Nie wiedzia³em… To znaczy… — Czemu tak trudno by³o to wyt³umaczyæ? — Przegi±³em, prawda? Naprawdê przegi±³em. Co by mnie tu czeka³o? Wci±¿ by³by¶ na mnie z³y i bez przerwy kara³by¶ mnie za to. Mia³bym szczê¶cie, je¶li codziennie wykonywa³bym jakie¶ prace. Jednak nieustannie obra¿a³by¶ mnie i to nie mia³oby koñca. Znowu zrobi³bym co¶ ¼le, choæby przez przypadek, i „jak mi przykro Harry, dzisiaj pójdziesz spaæ bez kolacji”. Ci±gle obawia³bym siê, ¿e mnie zamkniesz, je¶li powiem co¶ nie tak, bo nie bêdziesz móg³ znie¶æ mojego widoku, lub gorzej.
Snape spojrza³ na niego w ca³kowitym oszo³omieniu.
— Pozwól, ¿e u¶ci¶lê, bo nie jestem pewien, czy dobrze zrozumia³em. — Zgi±³ pierwszy palec, wyliczaj±c: — Obawia³e¶ siê, ¿e zadawa³bym ci niekoñcz±ce siê prace fizyczne, obra¿a³ na ka¿dym kroku, odmawia³ jedzenia, zamyka³ lub gorzej? A wszystko dlatego, ¿e by³bym na ciebie z³y?
Harry przytakn±³.
— Za kogo ty mnie masz!? Za barbarzyñcê? O ile znany jestem z ciêtego jêzyka i braku tolerancji dla g³upoty, to nic mi nie wiadomo o lubowaniu siê w torturowaniu ma³ych ch³opców czy torturowaniu w ogóle, nawet je¶li mam ku temu dobre powody.
Harry poczu³ siê nieco g³upio, ale jednocze¶nie ponuro pomy¶la³, ¿e czego niby mia³ siê spodziewaæ po cz³owieku, który zdawa³ siê podzielaæ opiniê wo¼nego o przykuwaniu uczniów do sufitu i ch³ostach? Sk±d mia³ wiedzieæ, czy by³y to jego prawdziwe opinie, czy tylko tak mówi³, ¿eby uczniowie siê go bali? Zreszt± ka¿dy wiedzia³, ¿e Snape jest niesprawiedliwy i d³ugo trzyma³ w pamiêci ka¿d± urazê. Harry utkn±³ w tym miejscu sam i nikt nie przyjdzie mu na ratunek.
— Sk±d w ogóle przysz³o ci co¶ takiego do g³owy?
Harry wymamrota³ co¶ niewyra¼nie o Filchu.
— I wzi±³e¶ to na powa¿nie? — W g³osie Snape'a pobrzmiewa³o niedowierzanie pomieszane z rozbawieniem. Ha-ha, pomy¶la³ Harry, bardzo ¶mieszne. Mimo to poczu³ siê nieco lepiej. Doskonale zdawa³ sobie sprawê, ¿e mê¿czyzna go nie cierpi i dobrze by³o wiedzieæ, ¿e nie ma zamiaru wykorzystywaæ przeciw niemu swojej nienawi¶ci. Nagle przygryz³ wargê, my¶l±c o tym, jak okropne on sam powiedzia³ dzisiaj s³owa. — Nie przygryzaj — nadesz³o ostrze¿enie. — Pamiêtasz?1
Przytakn±³, zaciskaj±c usta, ale po chwili nie¶wiadomie znowu je przygryz³. Tym razem Snape pozwoli³ mu na to. Harry utkwi³ wzrok w podo³ku i powiedzia³ bardzo cicho:
— Przepraszam. — Zerkn±³ nerwowo w górê. — Za naczynia… i… — ¦cisn±³ fili¿ankê, a¿ zbiela³y mu knykcie. — To co powiedzia³em o mojej mamie. ¯e ty… no wiesz.
— Przeprosiny przyjête. — Nagle Snape sztywno wyprostowywa³ siê, a nastêpnie machn±³ rêk± w kierunku ramienia Harry'ego. — Nie chcia³em. I nie powinienem.
— Okej.
— Musisz jednak widzieæ, ¿e tamten incydent nie mo¿e siê powtórzyæ. Rozumiem, ¿e ta ca³a sytuacja jest trudna, ale nie bêdê tolerowa³ takiego zachowania. Dlatego w ramach kary spêdzisz w moim laboratorium trzy godziny na przygotowywaniu sk³adnika do eliksiru.
Harry odetchn±³ z ulg±, na co Snape uniós³ brew.
— Na twoim miejscu przemy¶la³bym, czy jest warto czuæ ulgê. Zapewniam ciê, ¿e wybiorê najbardziej paskudny, wyczerpuj±cy i trudny do przygotowania sk³adnik, jaki wynaleziono w ca³ej historii warzycielstwa. Powiedzmy, ¿e kara bêdzie adekwatna do przewinienia. — Odwróci³ siê na piêcie i zanim zamkn±³ za sob± drzwi, doda³: — Dobrej nocy. Miejmy nadziejê, ¿e nie przy¶ni± ci siê eliksiry, bo po jutrzejszym dniu znienawidzisz je na bardzo d³ugi czas.
Kiedy drzwi zamknê³y siê za nim, Harry zda³ sobie sprawê, ¿e nie odebra³ przytyku Snape'a jako czego¶ obra¼liwego czy maj±cego zraniæ. To brzmia³o tak, jakby na swój dziwaczny sposób mê¿czyzna próbowa³ ¿artowaæ.
Harry umo¶ci³ siê na ³ó¿ku i wtuli³ w ko³drê, zakrywaj±c po sam czubek g³owy. W swoim ciep³ym kokonie my¶la³ nad tym, jak bardzo dziwaczny by³ ten dzieñ. Zapowiada³ siê strasznie i by³ straszny prawie do samego koñca, ale ostatecznie wszystko posz³o ku lepszemu. Mo¿e jednak ¿ycie tutaj nie bêdzie takie z³e, jak s±dzi³.
_________________________
[1] Je¶li niektórzy nie pamiêtaj±, w rozdziale dziesi±tym Snape powiedzia³ Harry'emu, ¿e musi wyzbyæ siê swoich dawnych nawyków, aby ludzie z najbli¿szego otoczenia nie poznali go po zachowaniu.
NASTÊPNY ROZDZIA£: WITAJ, SYRIUSZU!
Wszystko super, jak zwykle. Trafi³a ci siê jedna literówka, ale wskazywaæ nie bêdê, bo i nie jest to jaki¶ ra¿±cy b³±d. Zastanawia mnie tylko czemu Harry tak po prostu móg³ przej¶æ przez kamienie? Czy bariera ochronna Dumbledore'a nie powinna uniemo¿liwiæ mu przekroczenie ich? Nie bêdê ukrywaæ, ¿e ju¿ nie mogê siê doczekaæ nastêpnego rozdzia³u.